Zakładam taki scenariusz, że Wasza reakcja była następująca: O! Fajna grzechotka! Czekaj? Marakasy? Jakie marakasy!?

No i coś w tym jest, bo ta egzotyczna nazwa odzwierciedla instrument perkusyjny należący do grupy idiofonów, którego „grzechotkowy” kształt budzi w nas dziecięcy instynkt. Chwyć i graj! Nic prostszego i bardziej satysfakcjonującego zarazem. Ze względu na swoją bezpieczną budowę nadaje się zarówno dla maluszków jak i starszaków (czyli także nas – dorosłych), a jego brzmienie jest, cóż tu wiele mówić, kojące. Bo choć najczęściej marakasy używane są w gorących latynoamerykańskich rytmach, ich pierwotne pochodzenie łączy się z południowo amerykańskimi rytuałami.

To jeden z moich ulubionych instrumentów do grania i wykonania samemu. Ten projekt zajmuje dosłownie 3 minuty! Mając w domu plastikowe łyżeczki (choć mogą rzecz jasna być i metalowe) i puste plastikowe jajko (np. jajko niespodzianka) możemy wyczarować naprawdę trwałe marakasy o różnym brzmieniu.

Jak zrobić marakasy?

Potrzebujemy:

– 2 plastikowe (lub metalowe) łyżki

– plastikowe jajko (np. z jajka niespodzianki lub z kreatywnych zestawów dźwiękowych)

– kolorowe taśmy (ja użyłam washi tape)

– garść kaszy (ja użyłam jaglanej)

 

Krok 1: pudełko rezonansowe

W tym kroku będziemy tworzyć brzmienie instrumentu. Wszystko zależy oczywiście od tego czym wypełnimy jajko.

Krok 2: rączka

Umieść wypełnione jajko w zagłębieniu łyżek i sklej je taśmą. Połączenie trzonków plastikowych łyżek tworzy naprawdę wygodną rączkę.

Krok 3: dekoracja

W kroku drugim mogliśmy użyć taśmy „niechlujnie” ale skutecznie. Teraz użyjmy jej by ozdobić nasz instrument. Im ciekawsze wzory taśm tym ciekawszy efekt końcowy. Ale jeśli decydujecie się na zwykłą, przeźroczystą taśmę to ma to dodatkowy walor – widać tańczące w jajku wypełnienie. Możesz także udekorować marakasy naklejkami, markerami lub farbą.

 

I już! Jeśli mam być szczera to po zrobieniu takich „naszych” ręcznie wykonanych marakasów w wielu kolorach i o różnym brzmieniu, kupno takich prawdziwych traci sens. Tym bardziej, że do środka możecie zrobić ich wiele, wkładając do środka najróżniejsze rzeczy:

  • soczewicę
  • kasze drobne
  • fasolę
  • piasek
  • spinacze
  • itp

Dajcie znać jeśli takie zrobicie 🙂

Dla starszaków (3+) instrument doskonały. Można by stwierdzić, że to już nie zabawa, ale prawdziwy trening aparatu gry. Bo w piszczałkę/harmonijkę, którą Wam tu proponuję można dmuchać „po prostu”, ale można także poprzez nacisk warg regulować szczelinę tego „stroika”, a więc i zmieniać barwę oraz wysokość dźwięku. Kiedy zrobiłam ją po raz pierwszy, uwierzyć nie mogłam, że potrzeba do jej stworzenia tak niewiele.

POTRZEBUJEMY:

  • dwa patyczki lekarskie (opakowanie 100 szt. do kupienia za parę złotych na allegro pod nazwą „patyczki laryngologiczne”, ale przy najbliższej wizycie u lekarza (czego rzecz jasna Wam nie życzę), można także uśmiechnąć się do Pani Doktor
  • dwie gumki recepturki
  • wykałaczka
  • papierek docięty na szerokość i długość patyczka
  • ewentualnie taśma washi lub naklejki do ozdoby wierzchniej części piszczałki

Jeśli macie ochotę swoją harmonijkę to najlepiej zacząć właśnie od tego. Użycie taśmy „washi tape” jest szybkie i efektowne, więc polecam ten sposób bardzo.

Let’s go 🙂

1. Składamy harmonijkę jak kanapkę z serem (którym jest papierek), a końce obwiązujemy gumkami recepturkami.

2. Wykałaczkę przecinamy na pół odcinając także ostre, spiczaste końcówki.

3. Uzyskane w ten sposób dwa krótkie patyczki wsuwamy do środka harmonijki (po tej samej stronie papierka) w połowie jej długości.

4. A na koniec chwytając dwoma palcami obydwa wystające końce patyczków rozsuwamy je w stronę gumek, do końca.

Kto się tym cieszy tak jak ja? 😉

Szybki wpis. Z pomysłem na zabawę i prezent, który można wykonać samemu.

Zbierając już różne macierzyńskie doświadczenia z sytuacji gdy niemowlaki zjadały absolutnie wszystko lub dzieciom skończyło się Play-doh z zestawu (czytaj zostało skrupulatnie „wpracowane” w dywan) i rozpoczęły się jęki (bo już nie ma, a przecież nie skończyli jeszcze!) – doszłam do wniosku, że jednym z moich maminych magicznych sztuczek jest posiadanie przepisu na szybką, prostą, naturalną i bezpieczną ciastolinę, której nie strach niemowlakowi dać. Ale też nie mającego w składzie rzeczy, których nie mam akurat lub raczej nigdy w domu (uwielbiam Pinterestowe przepisy na różnego rodzaju slimy, ciasta, play-doh, piaski itd tylko, przepraszam bardzo, nie wiem kto lubi wykorzystywać/marnować litr kleju, albo 2 szklanki roztworu do soczewek kontaktowych!)

A więc oto i on:

PRZEPIS 

1 szkl. mąki

0,5 szkl. soli

1 szkl. wrzącej wody

1 łyżka oleju

1 łyżka kwasku cytrynowego

barwnik spożywczy w dowolnej formie, trochę farby

Sól, mąkę i kwasek cytrynowy wymieszać, wlać olej i wrzątek, na sam koniec trochę barwnika (u nas proszkowy, do barwienia jajek – pozostałość z Wielkanocy). Szybko wymieszać łyżką i mieszać tak, aż składniki nieco nie przestygną. Masa jest gęsta i z początku trochę lepka, ale szybko zaczyna odklejać się od ścianek miski i mieszanie zaczyna bardziej przypominać ugniatanie łyżką. Na koniec ciepłą kulkę ugniatamy ręką jak ciasto.

Wychodzi jej naprawdę sporo!

A teraz dodatkowa inspiracja.

Pomysły na zabawy

W większości przypadków, robimy ciastolinę razem – co już samo w sobie jest fajnym zajęciem, a następnie oddaję ją dzieciom.

Czasem, w przypływie miłości, pożyczam im także różne moje narzędzia kuchenne: foremki do ciasteczek, sztućce, wałek, praskę do czosnku.

Gdy mam czas z nimi posiedzieć, wyjmuję „wszystko”: koraliki, muszelki, guziki, kamyki, wyciorki, ruchome oczka, zapałki i co mi jeszcze w ręce wpadnie i wbijamy to w ciastolinę. Czasem rozprasowaną – tworząc taki „kolaż”, czasem niekoniecznie.

Pomysł na prezent

Przyszło mi do głowy, że skoro już „rozłożyłam kredens”, to może mogę zrobić też ciastolinę dla znajomych. I tu pojawia się właśnie ta myśl, że jeśli tylko macie w domu jakieś fajne szczelne pojemniczki to zestaw różnych kolorów może być dobrym pomysłem na prezent. Ostatecznie można użyć słoików. Ale ostatecznie 🙂

 

Instrumenty perkusyjne są wspaniałe!
Niesamowicie rozwijają dziecko poprzez doświadczenie tworzenia muzyki. Dzięki nim każdy może muzykować. Nie mówiąc już o tym jakie to przyjemne. Dodatkowo dziecięce wersje profesjonalnych instrumentów są kolorowe i piękne. Sama radość!
Jednym słowem: instrumenty perkusyjne są wspaniałe…
ALE
…drogie.

Podsunę Wam więc kilka pomysłów jak samemu (a najlepiej z dzieckiem) zrobić kilka instrumentów, prawie bez kosztowo, z rzeczy, które na ogół mamy w domu.

Według mnie to rozwiązanie jest nie tylko lepsze bo tańsze, ale głównie dlatego, że radośniejsze – więcej przy nim zabawy z dzieckiem i to uczucie rozpierającej nas (i dzieci) dumy, gdy zrobimy coś zupełnie sami!

Słówko teorii:

Wszelkiego rodzaju bębny to instrumenty muzyczne z grupy membranofonów, potrzeba więc czegoś co posłuży nam jako membrana oraz pudło rezonansowe.

Do dzieła!

POTRZEBUJEMY:

– puste opakowanie po kawie zbożowej lub inne w kształcie tulei
– balonik
– taśmę do przytrzymania balona (ja użyłam izolacyjnej) lub gumkę recepturkę
– coś do ozdoby (ja użyłam taśmy washi, ale mogą być to farby lub naklejki)

Krok 1 – przycinamy balon

i tak powstała nasza membrana

Krok 2 – naciągamy membranę na pudełko (teraz już fachowo: pudło rezonansowe)

Krok 3 – dla pewności membranę „przytrzymujemy” mocno taśmą izolacyjną lub naciągniętą gumką recepturką

Krok 4 – dowolnie ozdabiamy i gotowe!

Wysokość dźwięku naszego bębenka będzie zależeć od naciągnięcia membrany, możecie więc eksplorować to zjawisko i zrobić kilka sztuk wykorzystując różnej średnicy pudełka lub zmieniając stopień naciągnięcia balonika. Sprawdźcie też jakie jest jego brzmienie gdy podczas uderzania bębenek leży na stole, a jakie gdy trzymacie go w ręce. Do gry dobrze posłuży ołówek z gumką.

Zabawa na cały dzień.

Minimum.

Kto zrobił i cieszył się przy tym jak małe dziecko?

 

P.S. Innym razem zrobiliśmy bębenek gdy skończyła nam się Inka. W tym przypadku nasz bębenek miał dźwięczny, metaliczny „poblask” i długie wybrzmienie, a to dzięki temu, że dno pudełka kawy Inka zrobione jest z metalowej blaszki.

 

Rytuały – czyli czynności powtarzane niemal każdego dnia (lub w każdym tygodniu) to coś innego niż jednorazowe, podjęte spontanicznie muzyczne aktywności. Rzecz jasna i takie są super, ale w tym wpisie skupiam się na rytuałach jako na tych, które zbudowane są na silnym fundamencie powtórzeń. 

Wprowadzając do codziennej rutyny rytuały muzykowania wybieramy najlepszą z możliwych opcję umuzykalniania dziecka, ponieważ odbywa się to naturalnie, w domowych warunkach, w poczuciu komfortu i bezpieczeństwa. Dodatkowo z czasem takie rytuały po prostu wchodzą w krew i stają się czymś w rodzaju znaku rozpoznawczego Waszej rodziny lub, w przypadku nauczycieli Waszej relacji z dziećmi podczas zajęć. 

Rytuały muzykowania, które warto wprowadzić w domu

Oczywiście nie koniecznie wszystkie – wybierzcie te, które najbardziej pasują do Waszego kontekstu rodzinnego

1. Piosenka „kocham Cię” lub „dzień dobry” w godzinach porannych

Nie chodzi tu o jakąś konkretną piosenkę, to może być cokolwiek. Chodzi raczej o ustalenie „rozśpiewanego nastroju” od rana. U mnie w domu taką funkcję przez długi czas – szczególnie gdy w domu było niemowlę – pełnił refren piosenki „Dzień dobry kocham Cię” choć nie śpiewałam tam więcej słów ponad te z tytułu 🙂 Bo tu naprawdę nie chodzi o konkretną piosenkę tylko o śpiewanie i pozytywne przesłanie!

2. Potańcówki

U mnie najbardziej sprawdzają się po południu lub tuż przed kolacją jesienią i zimą, gdy za oknem ciemno i smutno jakoś czasami. Muzyka musi po prostu pobudzać do tańca i podobać się Wam. Naszych ulubieńców znajdziecie we wpisie: Najlepsze piosenki do potańcówek z dziećmi – subiektywne TOP 10

3. Wspólna gra na instrumentach 

– to mój faworyt. Chodzi o zupełnie swobodne granie w rytm ulubionej muzyki. Na czym popadnie i jakkolwiek 🙂

4. Kołysanka przed pójściem spać

Najlepiej rzecz jasna śpiewać a capella lub z akompaniamentem instrumentu (gitary? ukulele?) albo może to być także z towarzyszeniem płyty – ważne by śpiewać 🙂 Więcej o wartości śpiewania kołysanek przeczytacie tu: 4 fakty, których o kołysankach nie wiedziałeś A tutaj propozycje pięknych kołysanek do znalezienia na YouTube:  Wartościowe kołysanki z YouTuba

5. Książeczki do muzykowania

Jeśli nie jesteś przekonany wyśpiewywania dzieciom do kołysanek to doskonałą alternatywą na wieczorny rytuał jest wykorzystanie książeczek do muzykowania. Jako, że u nas w domu jest ich sporo (używamy je przy wielu okazjach i pisałam o tym tutaj: Książeczki do muzykowania – rodzicielski „lifehack” ) to często wieczorami jedną książeczkę czytamy, a drugą śpiewamy 🙂 

Z mojego doświadczenia wynika, że rytuały to także sposób na „indywidualistów”, czyli dzieci, które gdy zależy to od nich to chętnie pomuzykują, ale siedzą niewzruszone, lub wręcz nieruchomieją gdy to rodzic podejmuje próby wspólnej aktywności muzycznej. Z reguły próbuje on raz czy dwa i stwierdza – „moje dziecko nie jest tym kompletnie zainteresowane, wspólne muzykowanie – to nie dla nas”. Ale będąc wytrwałym i wprowadzając któryś z rytuałów systematycznie okazuje się często, że po jakimś czasie maluch zaczyna się o tę aktywność dopominać. 

Rytuały muzykowania, które warto wprowadzić w pracy z dziećmi

Tu sprawa wygląda podobnie, rzecz jasna nie koniecznie chodzi o to by stosować wszystkie – wybierzcie te, które najbardziej pasują do sposobu w jaki pracujecie z dziećmi

  • piosenka powitalna
  • czas kołysanki – dzieci kładą się na podłodze nauczyciel kładzie się z nimi i śpiewa piosenkę (lub ewentualnie puszcza ją z płyty i śpiewa do niej) 
  • potańcówka – swobodna, każde dziecko tańczy jak chce
  • wspólna gra na instrumentach perkusyjnych – takich zrobionych w klasie lub kupionych – można wykorzystać także garnki, pokrywki, pudełka, zabawki i inne przedmioty. Korzystamy z akompaniamentu odtwarzacza muzyki, rozsypujemy instrumenty na podłodze i dajemy dzieciom pełną swobodę używania ich – oczywiście towarzysząc im!
  • czytanie książek z akompaniamentem instrumentów – często w przedszkolach nie ma tyle instrumentów, by starczyło dla całej grupy. Gdy mamy ich tylko kilka warto wykorzystać je jako akompaniament do opowiadanej lub czytanej historii – troszkę na zasadzie mini-przedstawienia lub słuchowiska tworzonego na żywo. Tak jak w poniższym przykładzie:

https://www.youtube.com/watch?v=yAGWenIEFSc&t=5s

  • piosenka sytuacyjna: o myciu zębów lub rąk, o jedzeniu, o ubieraniu się, o siadaniu na dywanie lub robieniu koła – chodzi o to by zdecydować się na taką, którą będziemy używać zawsze 
  • piosenka pożegnalna 

Zarówno w domu jak i w pracy z dziećmi rytuały sprawdzają się fantastycznie. Sprawdźcie sami, a jak macie już w tym temacie doświadczenie to podzielcie się w komentarzu.

A jeżeli chcesz stać się prawdziwym ekspertem od umuzykalniania dziecka zapraszam do mojego kursu Power od Melody, gdzie zajdziesz wszystko, co potrzeba, żeby rozwinąć potencjał swojego malucha.

To jest wpis prosto z serca. Kto mnie już troszkę zna ten wie, że jestem prawdziwą pasjonatką przynajmniej dwóch rzeczy: muzykowania i dobrych książek dla dzieci. No i bum! Dziś o książkach do muzykowania, które są najlepszym narzędziem do rodzicielstwa jakie umiem sobie wyobrazić. 

W naszym domu „sing-along books” są najczęściej używanymi książkami (nie spodziewajcie się tu więc zdjęć nowiutkich egzemplarzy książek :D) Nie tylko dlatego, że to super zabawa, więc ja często po nią sięgam, ale także dlatego, że są to książki po które najwcześniej i najchętniej sięgają moje dzieci. Zachodzi tu takie zjawisko, że gdy pytam mojego cztero czy dwulatka czy może sam przeczytać jakąś książkę to tłumaczą mi, że nie umieją czytać (choć rzecz jasna oglądają je sobie). Ale śpiewać? Śpiewać każdy potrafi, więc po taką książkę sięgnąć i ją „wyśpiewać” to nie problem. 

Niektórzy z Was piszą do mnie także, że dzieci (szczególnie te starsze) nie lubią gdy czyta im się książki po angielsku i jedyną akceptowalną przez nich formą wprowadzenia dodatkowego języka jest wykorzystanie muzyki. Dlatego właśnie takie „narzędzia” w domu mieć to niemal rodzicielski „life hack” 🙂

Jeśli jest ktoś nie przekonany do tego, żeby takie książki w domu posiadać (choć mnie się to w głowie nie mieści;)) to pośród wielu ich zalet wymienię tylko, że:

  • Są świetne gdy nie czujemy się swobodnie w muzykowaniu – gdy masz poczucie, że słoń nadepnął Ci na ucho i zastanawiasz się czy nie krzywdzisz swoich dzieci wydając z siebie dźwięki, książeczki które się śpiewa po prostu dodają pewności siebie
  • Są idealne do wprowadzania dwujęzyczności w domu (jeśli książeczki są po angielsku – tak jak te, prezentowane w poniższym wpisie)
  • Są niczym iskra zapalająca do muzykowania – bo jak już wyśpiewasz raz, to czemu następnym razem nie wziąć bębenka i nie zaakompaniować lub rozdać w tym czasie instrumenty dzieciakom. A jak już Ci bębenek zbrzydnie to może sprawisz sobie małe ukulele i nauczysz się tych trzech chwytów potrzebnych do „Old McDonald had a farm”? I dalej już leci… Nie mówiąc o tym, że potem zaczynasz wyśpiewywać książki, które wcale do wyśpiewywania być nie miały, melodyjnie wołasz dzieci na kolację, wyśpiewujesz piosenki znane Ci z książeczek stojąc z dzieckiem w korku i nawet się nie spostrzegasz, gdy zapewniasz dziecku najlepsze warunki do rozwoju muzycznego – mimochodem 😉
  • Doskonale nadają się dla noworodków – czytanie kilkutygodniowemu człowiekowi książki ma w sobie element pytania o sens, ale śpiewanie maluchowi to już sprawa zupełnie naturalna
  • W przypadku książki z płytą – dzieci uczą się aktywnego słuchania, skupiania uwagi, wyrabiają pamięć słuchową oraz wyobraźnię. A narracja plastyczna w tym przypadku obrazuje kontekst, oddaje charakter muzyki i ułatwia pojmowanie konceptu zawartego w danym utworze.
  • Są idealnym sposobem na zamknięcie dnia. Moje dzieciaki rytualnie odsłuchują piosenek wieczorem na dobranoc, wyciszając się nieco, odpływając i zasypiając. A ja potem cichuto wchodzę i im wyciągam książki z pod policzków 🙂
  • Można je też czytać! – tylko po co?

Poniżej podrzucam Wam moich faworytów w kategorii: „sing-along books

Mój absolutny numer 1

Uwielbiam coś kupić tanio (jak się sami z resztą przekonacie w dalszej części wpisu, który oparty będzie na samych promkach, akcjach i okazjach), ale przyznaję, że za tę rzecz warto zapłacić! Rok temu – w jednym z pierwszych wpisów na tym blogu, pisałam o swojej wielkiej miłości do wydawnictwa Barefoot Books, którego jedną książkę z płytą – kołysanki „Mrs. Moon” otrzymałam kilkanaście lat temu! Było to podczas mojego pobytu w USA i jaka wielka była moja radość 4 lata temu, gdy okazało się, że wydawnictwo to ma swój kanał na YouTube z cudną muzyką i pięknymi animacjami swoich książeczek typu sing-along. Do głowy mi nie przyszło, że takie książeczki uda mi się zdobyć. Wyobrażacie więc sobie moją radość gdy okazało się, że mogę wybierać i przebierać on-line w polskiej księgarni Kangurek (https://ksiegarniakangurek.pl) w ofercie wydawnictwa Barefoot Books i to w cenie która nie zabija wcale, a wcale (czego się obawiałam) – czyli 34 zł za książkę z płytą i nutami! 

Warto wspomnieć, że w książeczce oprócz tego co w wersji animowanej znajduje się kilka dodatkowych stron z treściami poszerzającymi kontekst piosenki, a także, że na płycie jest wersja tradycyjna z wokalem oraz sam podkład do współwykonywania 🙂

Ja posiadam:

  • Driving the tractor 
  • The wheels on the bus
  • Up, up, up!
  • Space song rocket ride
  • We all go traveling by

I czuję, że wcale na tym nie poprzestanę. Wszystkie pięknie zilustrowane, wszystkie z płytą i doskonałą muzyką na niej. Z resztą kto nie wierzy niech się przekona.

Więcej o tym cudnym wydawnictwie i ich kanale na YouTube pisałam we wpisie o wartościowej muzyce dla dzieci po angielsku

Piękny numer 2

Tu już wchodzimy w okazje, promki i wielką dumę z udanego zakupu. Zestaw 6 książek kupiłam w TKMaxx za kilkanaście złotych! Ale dałabym za niego i stówkę, bez mrugnięcia okiem. 

Są przeciekawie zilustrowane – to tak jakby zdjęcia elementów uszytych ze skrawków różnych materiałów.

Książeczki są bez płyty, ale to co dla nich specyficzne to modyfikacja w tekście. Tak więc na farmie starego McDonalda znajdziecie np. wilki które przestraszyły resztę zwierząt, więc musiał przyjechać po nie hycel i je zabrać bo się w takim terrorze nie dało żyć 🙂

W tym zbiorze posiadam takie tytuły:
– Old McDonald had a farm
– Hey diddle diddle
– The wheel on the bus
– Twinkle twinkle little star
– There was an old lady who swallow a fly
– Incy Wincy spider

Możliwe, że było ich więcej, ale wiecie jak to jest z polowaniem w TKMaxx – raz zwycięstwo, raz porażka.

Nie najpiękniejsze, ale praktyczne bardzo

I znów świetna okazja w TKMaxx – zestaw 4 książek za nieco ponad 20 zł z tego co pamiętam. I chociaż grafika zupełnie przeciętna (a szkoda) to przez swoje kartonowe wydanie ze smaczkami typu wykrojone postacie, to książeczki te są już przez moje dzieciaki zmaltretowane. W zestawie

– Old McDonald had a farm
– The wheel on the bus
– Five in the bed
– If you’re happy and you know it

Mogłabym się jeszcze poprzechwalać tym co w domu posiadam, bo nie przesadzam pisząc, że jestem absolutną fanką książeczek do śpiewania, ale niestety pozostałe elementy naszej kolekcji  – a jest ich jeszcze kilkanaście – trafiły do mnie w sposób nie do odtworzenia. Coś znalazłam na „garage sale”, coś dostałam, coś kupiłam w second handzie, coś od znajomych co się przeprowadzali…

Aby więc wpis był konkretny i na temat, zakończę w ten sposób:

  • Kto nie ma takiej książeczki w domu niech kupi choć jedną i spróbuje, a podejrzewam, że oszaleje tak jak ja. A jak nie on to przynajmniej jego dziecię!
  • Hurra dla księgarni Kangurek ( i być może innych księgarni – nie wiem, nie sprawdzałam – tak się ucieszyłam, jak zobaczyłam, że tam były, że już więcej nie szukałam) która sprzedaje takie perły jak sing-along books wydawnictwa Barefoot Books
  • Hurra dla udanych połowów w TKMaxx

Jednym z naszych umuzykalniających rytuałów są „potańcówki” lub „jam session” –  czyli po prostu włączamy muzykę i szalejemy. W przypadku potańcówek: tańczymy, biegamy, ja coś próbuję ćwiczyć – każdy to co lubi i potrzebuje, jeśli zaś chodzi o dżemowanie” to polega ono na tym, że wyjmuję koszyk instrumentów, kładę na dywanie i niech się dzieje!  I o ile w miesiącach letnich takie sesje urządzamy sobie raz/dwa razy w tygodniu o tyle w miesiącach jesienno-zimowych staje się to naszym codziennym rytuałem.

Po co to? Po to, by nie niszczyć i tłumić, tylko pielęgnować i rozwijać potencjał muzyczny z jakim rodzi się każde dziecko. I robić to tak naturalnie jak to jest w przypadku jego potencjału do mówienia czy chodzenia. Więcej o tym posłuchacie tu:

A w tym wpisie dzielę się z Wami naszymi ulubionymi piosenkami do takich wybryków. A na końcu znajdziecie link do playlisty, którą stworzyłam dla Was na YouTube (swoją prywatną mam na Spotify/Itunes – co sprawdzało się u mnie bardzo bo mam ją zawsze pod ręką gdy humorki dzieciaków wymagają nowego zastrzyku energii).

Oto nasze TOP 10

Happy 

Pharrell Williams

Groovin’ on a feeling

Laid Back 

Never Let You Go 

Kygo

Night Train

James Brown 

Wind the Bobbin up 

Pomelody

Stevie Wonder i Ariana Grande

Faith

Merecumbe 

Johnny Colon

Sugar, Honey, Honey

The Archies

I Feel Good

James Brown 

Uptown Funk 

Mark Ronson

Jak pewnie zauważyliście są to takie piosenki, które nastrajają na dobry humor, także nawet i element muzykoterapii się wkrada 😉

A kto nie subskrybuje kanału Pomelody, tego zachęcam bardzo bo znajdziecie tam nie tylko playlistę z muzyką taneczną dla dzieciaków –> Playlista na YT

ale także wiele innych skarbów.

Miłego!

Często Wam proponuję jakiś „przepis” na instrument sugerując, że stworzycie go z rzeczy znalezionych w domu. Nie wiem czy to tylko ja tak mam, ale nie ma u mnie takiego miesiąca, żeby gdzieś w kuchni nie leżała jakaś opuszczona zakrętka od słoika. Ja naprawdę nie wiem co ja z tymi słoikami robię! Więc jeśli jest ktoś taki jak ja, komu takie zakrętki od słoika się w domu pałętają to uraduje go wieść, że można z nich zrobić coś ekstra! Banjo!

POTRZEBUJEMY:

  • patyczek lekarski
  • zakrętkę od słoika
  • 4 gumki recepturki
  • taśmę typu „duct tape” albo inną mocną taśmę
  • ozdobną taśmę washi tape (do dekoracji patyczka – można również udekorować go inaczej lub nie dekorować wcale)
  • nożyczki

Let’s go:

1. Gumki recepturki przecinamy.

Robimy to po to by zawiązać je na pokrywce uwzględniając fakt, że im bardziej je naciągniemy tym wyższy będzie ich dźwięk.

Na tym etapie możemy nawet te gumkowe struny nastroić odpowiednio je naciągając

2. Odcinamy niepotrzebne fragmenty

3. Rozsuwamy gumki, ustawiając w odpowiedniej pozycji

4. I przyklejamy na nie taśmę, by nie przesuwały się

5. Ozdabiamy patyczek

6. Patyczek przyklejamy do zakrętki

I gramy 🙂

Bardzo proste! Bardzo przyjemne!

O tym, że w tym świecie mnóstwo jest muzycznego „fast foodu” i jak go odróżnić od muzyki wartościowej, był już całkiem obszerny wpis (Sprawdź czy karmisz dziecko estetycznym fast foodem).

O tym, że YouTube to ocean syfu w którym pływa kilka złotych rybek, ale trzeba się porządnie naszukać, Pomelody to hodowla złotych rybek, a sklep Pomelody to miejsce w którym można je złowić bez wysiłku, też już było.

A dziś znów pigułka. Prace przeszukiwawcze wykonałam za Was i przedstawiam gotowe propozycje „skarbów YouTuba” – piosenek, które doskonale nadadzą się jako akompaniament do zabaw w pokoju dziecięcym lub do wspólnego słuchania, zapewniając równocześnie wartościowe środowisko muzyczne.

Nie wierzcie mi na słowo – sprawdźcie sami!

W związku z licznymi prośbami skompletowałam dla nas YouTubową playlistę z wartościową muzyką dla dzieci. Link na końcu wpisu. Znajdziecie tam ponad 60 piosenek (w tym kilkanaście pełno wymiarowych piosenek Pomelody) które polecałam tutaj oraz w różnych innych wpisach i postach na blogu. A dodatkowo będę tę playlistę aktualizować i dorzucać jakieś skarby napotkane, więc zapiszcie sobie ją.

Rozpocznijmy od krótkiego przypomnienia:

Cechy bogatego środowiska muzycznego

⁃różnorodność barw (a więc różnorodne instrumentarium)

⁃różnorodność stylistyczna (każdy ze stylów muzycznych to jak inny gatunek książki – rządzi się innymi prawami, a więc wnosi inną wartość)

⁃różne tonacje i skale (istnieje daleko więcej sposobów organizacji dźwięków niż tylko gama wesoła i smutna, muzyka która otacza nas w ogromnej większości utrzymana jest w tonacji durowej, czasem zdarzą się utwory molowe – te smutne – ale to wciąż tak jakby powiedzieć, że obrazy są namalowane farbami niebieskimi lub czerwonymi. A co z całą paletą pozostałych barw?)

⁃różne metra – w naszym poniższym zestawie takiej akurat różnorodności nie znajdziecie niestety – w tym przypadku zdecydowanie bardziej polecam Pomelody 😉

Zaczynamy…

…od jednej z moich ulubionych kolekcji muzyki – Putumayo. Polecam chyba wszystko co pod tą zbiorczą nazwą wydano, ale ja wybrałam dla nas (i naszych dzieciaków) kilka poniższych pozycji:

Zwróćcie uwagę na różnorodność także w warstwie językowej. Może nie myśleliście o tym w ten sposób, ale różne języki to także różne melodie, a dzieciom wcale nie przeszkadza, że to coś czego nie rozumieją.

No i regge po francusku – czemu nie!?

Gdy czas „do roboty”

Mam taki pomysł (jeszcze niezrealizowany) by tę piosenkę puszczać wtedy gdy czas już sprzątać, a raczej odgruzować dziecięcy pokój. Ma w sobie to coś co sprawia, że chce się chwycić za klocki, puzzle, samochodziki i pokazać im gdzie ich miejsce! Przynajmniej ja to tak odczuwam 😉

Jump in the line

Doskonała do szaleństw, skoków do rodzinnej potańcówki LUB puszczenia dzieciom w pokoju (po uprzednim usunięciu niebezpiecznych przedmiotów) i zamknięcia za nimi drzwi… ufff – kawka!

Mały książę

tej ekranizacji nie oglądaliśmy (a czujemy, że warto, tylko czasu wciąż brak), ale muzykę polecamy całym sercem.

Pomelody

Muzyka w ramach aplikacji Pomelody jest nie tylko ciągle świeża (co tydzień pojawia się nowy materiał), ale również maksymalnie zróżnicowana. Każdy sezon to jakby zestaw ok. dwudziestu płyt z muzyką w różnych stylach. Piosenki skomponowane są tak by dziecko osłuchiwało się z różnymi skalami, metrami, instrumentami, ale  przede wszystkim tak (biorąc pod uwagę to, że to rodzic jest muzycznym autorytetem dziecka) by sprawiały przyjemność także rodzicom! Na YouTube dostępne są te „zabawowe” piosenki:

Musicale!

Czy mówiłam Wam już, że swego czasu mój dwulatek miał absolutną „fazę” na muzykę z amerykański musicali, z naciskiem na Singing in the rain. Wypróbujcie na swoich dzieciach, bo taka muzyczka to czyste piękno.

The Chordettes

Coś jest w tych paniach. Są czarujące! A wybrane, poniższe utwory czarują i dzieciaki i dorosłych.

„Ten Hipopotam”

My – rodzice znamy i lubimy, a czy puszczaliście swoim dzieciakom? U nas strzał w dziesiątkę!

EDIT:

Kliknijcie w piosenkę poniżej i cieszcie się  gotową playlistą zawierającą ponad 60 wartościowych piosenek idealnych dla malucha, starszaka i całej rodziny 👉👉

A więcej inspiracji w tematach wartościowych materiałów dla dzieci znajdziecie także w naszej fejsbukowej grupie – Power of Melody | Wartościowe materiały dla dzieci

Kołysanki w tytule. Czyli super! bo narzędzi, by dziecko wyciszyć, zapewnić przyjemny rytuał, a przy okazji jeszcze bardzo, ale to bardzo poszerzyć jego horyzonty muzyczne (ponieważ to co poniżej to muzyczka niezwykle bogata i różnorodna) nigdy za wiele.

Ale w tym krótkim wstępie chciałam tylko dać znać, że ta muzyczka doskonale nada się także do zabawy (jako akompaniament do oglądanie książeczek, układania puzzli czy zabawy lalkami/samochodami), jazdy samochodem, oraz w wersji audio-wizualnej sposób na poradzenie sobie z czasem oczekiwania w kolejce do lekarza lub zajęcie dziecka na ten krótki moment gdy chcemy tylko … ( i tu każdy rodzic uzupełnia).

Nie przedłużając, poniżej znajdziecie listę linków do YouTuba z pięknymi i niesamowicie wartościowymi muzycznie kołysankami z całego świata. Jest to rzecz jasna mój subiektywny wybór, ale możecie mi wierzyć, że pod kątem zbilansowanej muzycznie diety dziecka warto!

Rozpoczynamy od wielogłosowej, afrykańskiej kołysanki a cappella (bez towarzyszenia żadnych instrumentów). Te niesamowite współbrzmienia tworzą jedynie głosy!

Ten utwór otwiera umysł! Jeśli wsłuchacie się w linię melodyczną możecie dojść do wniosku, że słyszycie tam więcej dźwięków pomiędzy tymi: do, re, mi, fa, sol… do których jesteśmy przyzwyczajeni. I na tym polega piękno utworów różnych kultur – przypomina nam że zachodnioeuropejskie piosenki nie posiadają monopolu na termin „muzyka”!

Kołysanka niby duńska, a jakoby taka nasza! I piękna animacja (jak i w poprzednich przypadkach) na dokładkę. Mniam.

Również polski akcent pojawił się w tej niesamowitej serii Kołysanek z całego świata. Aniamacja wciągająca bardzo, aranżacja wciągająca jeszcze bardziej, a to po prostu nasze Z popielnika na wojtusia!

Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze trzech muzycznych pięknościach afrykańskiego pochodzenia z tak nieprawdopodobnie ślicznymi animacjami!

Nie byłabym też sobą, gdybym nie zawarła w tej liście Pussycat Pomelody, które do snu nadaje się tak samo wyśmienicie jak i do śniadania, obiadu i kolacji.

Przez kilka miesięcy ta piosenka była ulubionym utworem do zasypiania dla mojego dwulatka. Nie dziwię się mu bo sama jak jej słucham to gdzieś odpływam. Jest znacznie żywsza niż wszystkie powyżej, jest też najbardzej zbliżona do tego co otacza nas na codzień.

Na zakończenie tej „listy osobistej” jeszcze jeden polski akcent, a zarazem moje nowe odkrycie. Właściwie nie moje – dziękuję za nie jednej z mam zaglądajcących bloga. Absolutnie nieziemska płyta: Kołysała mama smoka – Prusinowskich.https://www.youtube.com/watch?v=TAOHrwu_XOw Płyta cała do słuchania codziennie! A tu podsyłam to co dostępne na YouTube oraz Soundcloud:

Kto zadowolony z takiej listy skarbów YouTuba niech posyła w świat.

A jeśli macie coś czym tę listę warto uzupełnić to dajcie znać, polecam się bardzo.