Choć prawdopodobnie nie obcy jest Wam mój szalony entuzjazm w stosunku do instrumentów, wykonanych własnoręcznie, a mój blog obfituje w przepisy na takowe, to istnieje jeszcze inna sprytna droga: kupić tanie i dobre gotowe instrumenty. Można oczywiście kupić także drogie lub słabe… lub też drogie i słabe (co zdarza się mam wrażenie najczęściej), ale takiej opcji nie rozważamy 🙂

Proponuję Wam więc kilka instrumentów, które naprawdę kupić warto (a które nie spustoszą portfela!) zgrupowanych w kategorie wiekowe, cenowe i sklepowe. Wpis ten wynika z wielu lat doświadczeń ze sklepami i zakupu setek lub nawet tysięcy już instrumentów.

Jeśli cena nie jest kwestią najważniejszą, ale chętnie dowiecie się jaki instrument kupić dziecku w jakim wieku i po co to robić lub szukać inspiracji w „instrumentowym temacie” to zapraszam tu.

A jeśli macie ochotę posłuchać jak poniższe instrumenty brzmią obejrzyjcie ten filmik → https://www.youtube.com/watch?v=hJBX-KlJNsI

Tymczasem przystępujemy do zasad wstępnych i moim zdaniem kluczowych dla sprytnego finansowo podejścia do zagadnienia kupowania instrumentów dla maluchów:

Nigdy nie kupuj zestawów!

Jeśli nie chcesz koszmarnie przepłacić i dostać jednego może znośnego i kilku „bezsensownych” instrumentów to nie kupuj w zestawach – no chyba że chcesz, to kupuj

Nie kupuj w sklepach z zabawkami

Od tej reguły są pewnie wyjątki – wiadomo. Niektóre z zabawkowych sklepów mogą mieć w ofercie sprawdzone marki produkujące czasem „przy okazji” taże pare instrumentów (np.:  GOKI, BIGJIGS, PLAN TOY, PINTOY), ale w większości skończy się to katastrofą – wściekle kolorowym, ale nie brzmiącym instrumentem czy grającą plastikową zabawką w zdecydowanie zawyżonej cenie.

Tu warto zwrócić uwagę na istotę problemu – to właśnie producenci zabawek mają takie atesty, które pozwalają im napisać, że przedmiot ten używać może dziecko 0+, 1+ itd. W przypadku instrumentów producent zabezpiecza się pisząc, że jest to produkt dla dziecka powyżej 3 roku życia. I często właśnie to jest powodem dla którego płacimy za coś co zabija wyglądem, nie brzmi jak jakikolwiek instrument i kosztuje krocie. Dlatego moja propozycja to sprawą się nie przejmować i kupować prawdziwe instrumenty, samemu uznając co jest dla dziecka bezpieczne a co nie.

Instrumenty nie muszą być firmowe

Jeśli nie chcesz przepłacać to zdecyduj się na tamburyno, bębenek czy marakasy bez wyrzeźbionego logo marki. Poniżej sugeruję Wam instrumenty co do których nie dostrzeglibyście różnicy w brzmieniu produktu markowego i niemarkowego

PODZIAŁ ZE WZGLĘDU NA WIEK

Poniżej moje propozycje na podstawowe zestawy dostosowane do wieku, a więc i możliwości motorycznych dziecka, natomiast znacznie więcej na ten temat znajdziecie we wpisie o Pomysłach na prezenty.

Maluszki do 12 miesięcy

Wiadomo, że gdy patrzymy na sprawę kontaktu malucha z instrumentem to możemy obrać dwa kierunki.

1. Rodzic grający dziecku – wtedy rzecz jasna można zacząć od pierwszych dni i wykorzystywać absolutnie każdy instrument jaki wpadnie nam w ręce.

2. Dziecko grające samo. Tutaj dobrze sprawdzają się więc instrumenty małe i łatwie do chwycenia takie jak: malutkie marakasy lub jajko grzechotka oraz plastikowy tulipan

Maluchy powyżej roczku do 2 lat

Tutaj – w odpowiedzi na potrzebę walenia w coś, doskonale sprawdzi się bębenek lub tamburyno (albo po prostu jedno i drugie jednocześnie). Potrząsanie jest jak najbardziej dalej w cenie więc do podstawowych marakasów (w tym przypadku już nieco większych) warto dorzucić coś o zupełnie innym, metalicznym, wręcz magicznym brzmieniu, przypominającym zaprzęg reniferów św. Mikołaja. Mowa o janczarach. Naprawdę fajnym instrumentem w tym wieku są także kastaniety. Niesamowicie rozwijają motorykę małą i często występują w uroczych kształtach co sprawia, że bardzo łatwo wykorzystać je do innych, nie tylko muzycznych zabaw.

Dzieci w wieku przedszkolnym

Tutaj inspiracji znajdziecie już co nie miara, natomiast jeśli chodzi o instrumenty z dolnej półki cenowej to hitem w tym wieku będzie trójkąt i tonblok lub guiro. Jest naprawdę wiele sposobów wydobywania dźwięku z tych instrumentów, a dodatkowo są takie nietuzinkowe w swoim brzmieniu i rozwijające wyobraźnię. Podstawowym zestawem dla dziecka w wieku przedszkolnym byłby według mnie taki, który zawiera tamburyno, trójkąt, tonblok i pewnie dzwonki, ale dobre dzwonki nie występują niestety w cenach poniżej 20 zł.

PODZIAŁ ZE WZGLĘDU NA SKLEP I CENĘ

Tutaj moje lata doświadczeń doprowadziły do dwóch ulubionych źródeł: Allegro i Moje Bambino.

Allegro – kolorowo

W przypadku Allegro myślę, że bez sensu, żebym podawała Wam konkretnych sprzedawców – dostępność produktów zmienia się, linki wygasają, wiecie jak to jest. Natomiast podaję nazwy, pod którymi znajdziecie instrumenty o których mowa.

Instrumenty do 10 zł

Janczary – (janczary z drewnianym uchwytem – ok. 6 zł)

Plastikowy dzwoneczek (dzwoneczek tulipan – ok. 3 zł)

Jajka plastikowe (jajko shaker ok. 4 zł)

Kastaniety drewniane (kastaniety zwierzaki: biedronka, żabka, kaczka – ok. 6 zł)

Marakasy drewniane (duże 20 cm ok. 6 zł, małe 13 cm ok. 3 zł)

Instrumenty do 20 zł

Tamburyno/bębenek drewniany (tamburyno bębenek drewniany 2w1 – ok. 14 zł)

Moje bambino – drewno 

To moje odkrycie w kategorii: piękne instrumenty drewniane bez wzorów. Moje Bambino to sklep internetowy zajmujący się (podejrzewam) głównie wyposażaniem przedszkoli, ale można zamówić u nich pojedyncze sztuki i z punktu widzenia stosunku ceny do jakości i wyglądu, ich oferta jest naprawdę świetna (przynajmniej jeśli chodzi o instrumenty, bo na moje oko materiały plastyczne mają dosyć drogie).

Instrumenty do 20 zł

Trójkąt 10 zł

Guiro 11,90 

Podwójny tonblok 11,90

Tamburyn 19, 90

Jingle pałeczka 19,90

 

Podsumowując:

Wiadomo, że im więcej tym lepiej. Wiadomo, że fajnie byłoby mieć więcej sztuk i muzykować całą rodziną i z przyjaciółmi, ALE mam nadzieję, że wpis ten okazał się pomocny w stworzeniu takiej podstawy, która zapewni Waszym dzieciom swobodny dostęp do instrumentów, a Was nie puści z torbami. Jeśli tak właśnie było to podeślijcie rodzicowi, któremu może się przydać i tym sposobem dołóżcie swoją cegiełkę do promowania aktywnego muzykowania z dzieciakami (co bym się nie czuła taka osamotniona w tej walce;))

 

A jeśli finansowo nawet taki okrojony zbiór instrumentów jest czymś na co teraz nie możecie sobie pozwolić, to przypominam, że fantastyczne brzmienia można uzyskać za grosze!

Z reguły mamy w domu dzwonki i mówimy na nie “cymbałki”, bo jakże by inaczej 😉 

O tym jaka jest różnica pomiędzy dzwonkami, cymbałami, a co to jest marimba, ksylofon i wibrafon, czyli instrumentami z grupy idiofonów niebawem na blogu. W końcu przychodzi taki moment, że zaczynamy się zastanawiać po co my je w ogóle mamy? Dziecko miało się umuzykalniać, miało być wychowanie przez sztukę, tylko trochę nie wiadomo jak.

Dzieci uwielbiają “naparzać” w co popadnie, więc bębenek i dzwonki są takie naturalne. 

Dostępne na rynku dzwonki, to dzwonki diatoniczne (często kolorowe) oraz chromatyczne, czyli takie popularne “białe i czarne”.

Dzwonki diatoniczne
Dzwonki chromatyczne

Najprościej będzie grać nam na skali (szczególnie na takiej, która ma mniej niż 8 dźwięków), bo łatwo się improwizuje i dźwięki po prostu do siebie pasują. Pierwotną skalą znaną w każdej kulturze jest pentatonika, a na dzwonkach chromatycznych są to górne sztabki.

Jak to zrobić, żeby było miło dla ucha?

Najlepiej podzielić się górnymi dzwonkami. Jedna osoba na kilku (np. pierwsze cztery)  wymyśla i gra w tempie wzór rytmiczno-melodyczny, który powtarzany tworzy ostinato. W tym czasie (i tym samym tempie!) druga osoba gra na pozostałych już bardziej swobodnie rytmicznie przebiegi. W zależności od wieku dziecka, jego muzykowanie będzie różnie wyglądać i to jest ok! 

Drugą rzeczą, która wymaga trochę wczucia się i artystycznego wyrazu jest naśladowanie stylu tintinnabuli, który stworzył Arvo Pärt – estoński kompozytor muzyki współczesnej (możecie znać go z utworów wykorzystywanych w filmach). Tintinnabuli charakteryzuje się długim wybrzmiewaniem, tak jak uderzony dzwonek i ciekawym współbrzmieniem na poziomie harmonicznym. O czym dokładnie mówię możecie posłuchać tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=TzIZPZN5K60

https://www.youtube.com/watch?v=TJ6Mzvh3XCc

Zachęcam serdecznie do wspólnego muzykowania, improwizacji i swobody 🙂

O tym dlaczego w ogóle zacząć wychowywanie przez sztukę, oraz bardzo rozlegle o tym jak to dokładnie zrobić napisałam właśnie całą książkę (można zobaczyć tutaj), a ten wpis ma tylko lekko Was zainspirować.

Mamy w domu maluszka, 10 miesięcy, półtora roku – te klimaty. Wiemy już jak ogromną wartość wnosi obcowanie ze sztuką i przymierzamy się do tematu wprowadzenia jej elementów do naszego życia. 

Od czego zacząć? Jak to sobie zorganizować? 

Dziś o tym.

Praktycznie. 

W szczególności jednak skupiam się na aktywnym tworzeniu. 

O wprowadzeniu do odbierania sztuki innym razem. 

Rodzic jest najważniejszy

Tak. Właśnie rodzic. Bo jak on się zniechęci, to już pozamiatane. Dlatego proponuję tu podejście wymagające jak najmniej przygotowań, sprzątania i kosztów. Pewnie, że można by kreatywniej, z większym rozmachem czy coś. Ale względny komfort rodzica w tym wszystkim to rzecz najważniejsza, bo dziecko będzie lubiło to, co będzie wprawiało Was oboje (i rodzica i dziecko) w dobry nastrój, większe znaczenia ma tu więc dobra atmosfera jaką budujecie niż sam efekt końcowy. Rola rodzica nie sprowadza się do przygotowania farb i posprzątania stołu lub kupienia instrumentów. Jeśli chcesz by dziecko czytało książki – czytaj książki. Jeśli chcesz by dziecko tworzyło i rozwijało kreatywność – twórz i rozwijaj się z nim. 

Brak oczekiwań

Nie chcemy by dziecko było Mozartem lub Van Goghiem. W ogóle nic namacalnego nie chcemy osiągnąć. Nie mamy na celu wyprodukowania dzieła, opanowania techniki malarskiej ani zrobienia domowej wystawy prac. Skupiamy się w całości na procesie, doświadczaniu, byciu razem.

Aktywne tworzenie zamiast biernej percepcji

O tym w sumie jest cały ten blog, ale i tu warto podreślić bo to jest ten element, który w przestrzeni plastycznej przychodzi naturalniej, no bo albo obraz oglądam, albo biorę farby i maluję. Ale jeśli nie wezmę farb i na oglądaniu poprzestaję, to się potem nie dziwię, że nie umiem malować, no bo i jak skoro pędzla w rękach nie miałam. Mówiąc „nie umiem malować” mamy na myśli – nie trenowałam. A w muzyce jakoś tak nam się wydaje, że możemy słuchać, słuchać, słuchać, a potem otworzyć paszczę i zaśpiewać. No a jak nie zaśpiewamy dobrze to znaczy, że się nie nadajemy po prostu. Mówiąc „nie umiem śpiewać” – mamy na myśli – ja talentu nie otrzymałam. Ciekawe prawda?

Co warto mieć

Warto podkreślam – a nie „należy”

Od strony muzycznej
  • Kilka dziecięcych instrumentów (na blogu znajdziecie wiele wpisów na ten temat)
  • Książeczki do śpiewania 
  • Różnorodna muzyka, która zachęca do współwykonywania – podśpiewywania, tańca, grania na czym popadnie (w sklepie pomelody znajdziecie wszystko, co potrzeba w tym temacie) 
  • Łatwy w obsłudze odtwarzacz muzyki
  • Instrument rodzica – czyli w pierwszej kolejności oczywiście głos i ciało, ale jeśli dodatkowo gra na czymś no to wiadomo niechaj to robi codzienni przy dziecku i dla dziecka. A jeśli nie to polecam ukulele, nauczenie się kilku chwytów i granie niezliczonej ilości piosenek na tych kilku akordach opartych. Nauczyć może się każdy. Naprawdę. I tu odsyłam do „jutubów” bo specjalistką od zakupu dobrego ukulele nie jestem.

Następnie sprawa sprowadza się do śpiewania, grania, tańczenia nawet gdy nie robi tego dziecko (bo jest za małe, albo wcale nie miało na to właśnie ochoty) lub dołączania do dziecka gdy ono pierwsze wyciągnie instrumenty, książeczki do śpiewania czy zacznie bujać się w rytm muzyki. 

O tym jakie muzyczne aktywności fajnie jest wprowadzić w domu pisałam tu (link poniżej), a jeśli ktoś chciałaby w tym zakresie doszkolić się naprawdę fachowo to polecam mój kurs on-line.

Rytuały muzykowania, które warto stosować w domu lub w pracy z dziećmi

Od strony plastycznej
  • Farby do malowania palcami – w większej butelce – 3 kolory podstawowe: niebieski, czerwony, żółty + biały i czarny
  • Farby w pisakach/farby w sztyfcie (Biedronka)
  • Farby akwarelowe
  • Pędzel z gałką
  • Pędzel gąbkowy – taki do stempelkowania
  • Mały wałek do malowania 
  • Duże arkusze(!) papieru

Ewentualnie

  • Tablica kredowa + kreda lub biała magnetyczna + mazaki suchościeralne
  • Barwniki spożywcze – bo wtedy jadalne farby można zrobić samemu

To są rzeczy od których wygodnie jest rozpocząć. Nie uwzględniłam w nich kredek, pomponów, ciastoliny, stempelków, naklejek i całej gamy innych plastycznych rekwizytów jako, że po pierwsze uważam, są one bardziej skomplikowane w użyciu, a po drugie skupiam się tutaj na takim „podstawowym malowaniu”, które ma w dziecku wyrobić nawyk samodzielnego sięgania po farby samemu. Tak samo w przypadku instrumentów. 

„Kreatywność wymaga odwagi” stwierdził Henri Mattisse. A ja bym chyba dopowiedziała: kreatywność dziecka wymaga odwagi jego rodzica 😉

Uchwycić moment

Skoro o samodzielnym sięganiu mowa. Uważam, że warto od samego początku umożliwić dzieciom dostęp do powyższych materiałów. I nie mam wcale na myśli ich wszystkich. Ja zorganizowałam się w ten sposób, że na wysokości dzieci dostępne jest jedno pudełko z farbami, pędzlami i wałkami, a także plik kartek oraz drugie pudełko z małymi instrumentami. Kiedy dzieci wyciągają takie pudełko z instrumentami to albo nie robię nic – tylko obserwuję, albo po chwili przysiadam się i dołączam do gry. Tak samo w przypadku malowania. Gdy dziecko sięga po te podstawowe rzeczy to sadzam je przy stole i szybko organizuję w okół niego przestrzeń wystawiając pozostałe przybory które trzymam wysoko.

Stanowisko do malowania 

Jakoś nigdy nie miałam z malowaniem po ścianach czy innych niż kartka miejscach problemu. Oczywiście pojedyncze wypadki się zdarzały, ale nie był to jakiś przewlekły problem. Może przez to, że z każdym dzieckiem zaczynałam bardzo wcześnie, a może takie egzemplarze mi się trafiły. A może po prostu mam wielką tolerancję na kolorowy brud 😉 W każdym razie jeśli zaczynacie późno czyli np. z półtorarocznym czy dwuletnim dzieckiem lub gdy Wasz mały artysta zupełnie nie rozumie czemu miałby ograniczać się do kartki to pozostaje łazienka. Kartka powieszona na ścianie prysznica w przypadku dzieci stojących, a w przypadku siedzących wanna. Po prostu. 

W moim przypadku sprawdziły się jednak również takie opcje:

  • malowanie na podłodze – raczej dla rodziców o mocnych nerwach, bo jak wielka nie byłaby kartka, maluch w końcu z niej zejdzie. Ale jeśli o tak nadchodzi czas kąpieli to czemu, by nie rozebrać malca, a potem przetransportować prosto do wanny
  • malowanie przy stole – w przypadku dziecka siedzącego, ale nie chodzącego jeszcze najlepiej sprawdzało mi się sadzanie go przy stole w krzesełku do karmienia. Fizycznie nie ma ono wtedy możliwości pomalować ścian. Umożliwia to też rodzicowi wygodne towarzyszenie maluchowi. Ja osobiście rozkładam na stole wielki arkusz papieru, przyklejam go do stoły taśmą i po prostu się brudzimy. Plastikowe krzesełko wkładam potem do wanny i spłukuję.
  • Malowanie na stojąco – w przypadku dzieci już chodzących najlepszą z mojego doświadczenie możliwą przestrzenią jest powierzchnia pionowa do której przymocować można arkusz oraz mały stoliczek z farbami. Jeśli nie ma możliwości zrobić tego na zewnątrz (płot! To jest to!) lub na balkonie (tam też z reguły bardzo szybko myje się podłogę) to można spróbować zorganizować taki kącik w domu. Nie sprawdziła się u nas tablica z Ikei – jest za wysoka dla malucha, ale dobrze działa arkusz papieru powieszony na drzwiach  (a drugi przyklejony do podłogi pod nim) lub po prostu malowanie przy oknie balkonowym. Szybę szybko się myje 😉

Trzeba liczyć się z tym, że swobodny dostęp do farb oznacza, że którego dnia po „chwili nieuwagi” wejdziemy po pokoju i naszym oczom ukaże się żywy obraz 😉 dlatego wyjściem z sytuacji jest też tablica zamontowana nisko na ścianie. Może to być zarówno taka suchościeralna jak i kredowa. Chodzi o to by dziecko mogło samo z niej skorzystać, a my możemy wtedy wychwycić ten moment gdy się tym interesuje i zaproponować mu więcej możliwości. 

#WYCHOWANIEPRZEZSZTUKĘ

Największym problemem, na jaki napotykam, jest brak jakiejkolwiek refleksji nad znaczeniem sztuki w wychowaniu i życiu człowieka. Jednak z racji położenia, w jakim znajduję się zawodowo i prywatnie, w sposób naturalny otaczają mnie ludzie gotowi do rozważań w tym obszarze. I wtedy najczęstszym przypadkiem jest totalny brak zrozumienia, czym jest wychowanie przez sztukę.

Z mojego doświadczenia, wielu to pojęcie najczęściej kojarzy się z wychowaniem do odbioru sztuki, a więc kształceniem w zakresie teorii malarstwa, teatru, nauka nut, przyswojenie nazwisk reżyserów, artystów, tytułów obrazów. Drugie najpopularniejsze skojarzenie to szeroko pojęte kreatywne spędzanie czasu z dzieckiem. I to głównie w obszarze prac plastycznych: kolorując i robiąc własne slime’y. 

Możliwe, że także wśród czytelników tego bloga znajdzie się grono osób, które zechce potraktować książkę Rok wychowania przez sztukę przede wszystkim jako zbiór pomysłów na twórcze zabawy. I dobrze, lepszy rydz niż nic, ale to nie jest to pełnia mojego zamysłu na nią.

Problem z pierwszym podejściem (wychowania do odbioru dzieł sztuki) jest taki, że tego rodzaju wiedza wydaje się kompletnie bezużyteczna, nadająca się co najwyżej na lekko burżuazyjne hobby. Drugiej wizji trudno odmówić wdzięku, ale nie wydaje się, żeby była jakąś integralną częścią wychowania drugiego człowieka. Raczej sposobem na zabicie czasu i zajęcie czymś dzieci. Stąd też, gdy rodzic ma się za „niekreatywnego” czy mającego dwie lewe ręce do prac ręcznych, taką sferę jak wychowanie przez sztukę przekreśla na wstępie w całości, klasyfikując jako „nie jego bajkę”.

Dlaczego napisałam książkę Rok wychowania przez sztukę?

Bo widzę ogromną lukę pomiędzy naukową refleksją nad rolą sztuki i jej obecnością we współczesnej edukacji i wychowaniu, a codziennością wielu ludzi, którzy choć odczuwają niekiedy wewnętrzną potrzebę uczestnictwa w sztuce, to jednak stanowi ona według nich równoległą rzeczywistość, do której dostęp jest przeznaczony tylko dla wybranych.

Z jednej strony widzę aktywność naukowców, których przemyślenia i postulaty zaklęte są w esejach sygnowanych przez wydawnictwa akademickie i pisane językiem właściwym tej grupie. Z drugiej – „skroluję” liczne blogi z pomysłami na prace artystyczne i kreatywne spędzanie czasu z dzieckiem i boleśnie odczuwam, jak bardzo płytkie, pobieżne, a czasem nawet chybione jest to działanie.

W mojej artystycznej duszy, przyobleczonej w osobowość praktyka i ciało matki, która na świat wydała trzech chłopców, powstało wielkie pragnienie zasypania tej przepaści – to potężnych rozmiarów czeluść pomiędzy głęboko refleksyjną teorią sztuki i wychowania, niedostępną dla przeciętnego zjadacza chleba, a propozycją „pomysłowych zabaw i artystycznych aktywności”, która jest budowana na grząskim i pozbawionym fundamentów gruncie.

Jest jeszcze jedne powód, dosyć praktyczny. Robię coś, co się sprawdza. Towarzyszy mi przy tym uczucie dokonywania jakiegoś odkrycia i jest to doznanie ekscytujące, które trzepocze we mnie, chcąc rozwinąć skrzydła i ulecieć w przestrzeń. Więc skoro to działa, skoro może zbierać pokaźniejszy plon na gruntach rozleglejszych niż moje rodzinne poletko, to niech leci, niech pracuje, bo nie lubię marnowania.

Jestem nerwusem, cholerykiem, a sztuka pomaga mi ogarniać własne emocje i regulować domową atmosferę. Kiedy tracę cierpliwość, gonię między obiadem, pracą, jednym-drugim-trzecim dzieckiem, sztuka reguluje mój oddech, pozwala mi spojrzeć inaczej, nabrać dystans. Bez tego byłabym pewnie mocno znerwicowaną kobieto-matką.

Moje dzieci są nerwusami, cholerykami, i, coż, nie mogę się za to na nich gniewać, mają to przecież po mnie. Sztuka pomaga im się wyciszyć, czymś się zachwycić, ćwiczyć uważność, spokój, skupienie. Obserwuję, jak tworzą, rozkwitają, znajdują rozwiązania, koncentrują się coraz dłużej, mają sobą tyle do powiedzenia, a ich warsztat, tego w jaki sposób to wyrazić, się poszerza i myślę sobie wtedy: „Kurczę, to jest naprawdę dobre!”

KSIĄŻKA DOSTĘPNA >> TUTAJ

Dla kogo jest ta książka?

Czy to jest książka dla rodziców? Z pewnością! Ale czy tylko? Na pewno nie.

Kluczowe nie jest to, czy jesteś rodzicem, bo zawsze jesteś przede wszystkim sobą. Jesteś twórczy, ale boisz się nazwać siebie artystą (bo nie ukończyłeś studiów kierunkowych, a Twoje prace nie są wystawiane w muzeach na całym świecie). Albo czujesz, że sztuka Cię pociąga i mogłaby Ci się spodobać, ale nie masz pojęcia, jak się za to wszystko zabrać. A może to mit talentu związał Cię i usadowił w miejscu dla tych, którzy się „nie nadają”?

Jeśli czułeś niedosyt twórczy, będziesz czuć go nadal, a samo bycie rodzicem niewiele zmieni. Ale ten status daje impuls i możliwości: nową szansę, ponieważ fizycznie cofasz się do świata instrumentów, farby, wierszy. Możesz zacząć od nowa.

Bez względu na to, co Cie powstrzymuje, Twój dzisiejszy dzień może być bardziej twórczy niż wczorajszy! A atmosfera Twojego domu może stać się swobodniejsza, radośniejsza i bardziej artystyczna. Otrzymasz wskazówki i przepisy, ale nie znajdziesz tu zupełnie gotowych rozwiązań. Nie o to chodzi. Będę podpowiadać, wyjaśniać i nakierowywać Cię zarówno treścią rozdziału na każdy tydzień, jak i pomysłami, którymi możesz się zainspirować. Dostaniesz wszystko, czego potrzeba, ale to od Ciebie zależy, jak będzie potem przebiegać Twoja kreatywna ścieżka.

To jest książka o rozwijaniu i pielęgnowaniu u siebie postawy twórczej, kreatywności, wrażliwości, zachwytu. O tym, że nigdy nie jest za późno na naukę gry na instrumencie, chwycenie pędzla albo napisanie wiersza, ale także o tym, jak się konkretnie za to zabrać, niezależnie od tego, czy lat masz kilkanaście, kilkadziesiąt, czy robisz to dla swojego kilkumiesięcznego malca.

KSIĄŻKA DOSTĘPNA >> TUTAJ

Wyobraźmy sobie, że traktujemy rozwój językowy dzieci w dokładnie taki sam sposób jak traktujemy ich rozwój muzyczny. Rodzi się dziecko, ale nie mówimy do niego ani słowa. Część rodziców wyszłaby z założenia, że przecież słyszy radio w samochodzie czy odgłosy dochodzące z telewizora, więc jest otoczone językiem. Z resztą kiedyś pójdzie do przedszkola, a tam będą jakieś zajęcia z języka polskiego i się nauczy. Może ci ambitniejsi z rodziców raz w tygodniu zabieraliby maluchy na jakieś prywatne zajęcia języka polskiego, spodziewając się, że tam właśnie przez te 45 minut tygodniowo pani prowadząca – ekspert od mówienia będzie mówić do dzieci we właściwy sposób. Albo ograniczyliby się jedynie do puszczania dzieciom audiobooków – ale tylko poradników z zakresu uprawy warzyw. Jedni mieliby obawy przed mówieniem do dziecka z powody braku wyższego wykształcenia polonistycznego. Inni nie widzieliby żadnej potrzeby mówienia do dzieci i w ogóle sensu uczenia ich języka, bo da się bez tego żyć.

Aż przyszedłby ktoś i powiedział: Ale Ludzie! Te dzieci mają PRAWO posługiwać się językiem, wyrażać to co myślą, komunikować z innymi w sposób pełny i swobodny. I teraz, gdy okazało się że używanie języka jest jednak fajne i przydatne, ale te dzieciaki mają 8 czy 10 lat jest im okropnie trudno przyswoić coś co jako niemowlęta wchłonęłyby jak gąbka: gaworząc w wieku kilku miesięcy, nazywając otaczające je przedmioty w wieku półtora roku i tworząc całe zdania będąc dwulatkami.

Więc w pocie czoła te „duże dzieci” starałyby się nadrobić stracone lata, połowa pewnie zniechęciłaby się po drodze, pozostała część osiągnęła jakiś poziom odkrywając jednak takie sfery, których już nigdy nie nadrobią choćby poprzez nieprzystosowany aparat mowy.

Tak skończyłaby się ta smutna historia. I tak dokładnie dzieje się z rozwojem muzycznym dzieci i niemowląt. Przeczytajcie tekst jeszcze raz wstawiając słowa „muzykowanie/taniec/śpiew/granie na instrumentach” w miejsce „mówienia”.

Na przykładzie rozwoju językowego właśnie oraz programu Pomelody przyjrzyjmy się więc jak powinno to wyglądać

Krok 1

Brak oczekiwań / realne oczekiwania – Zarówno od dzieci jak i od siebie samych

Język:

Każda najmniejsze próba gaworzenia przez malucha sprawia nam radość. Gdy dziecko przekręca swoje pierwsze słowo istnieje większe prawdopodobieństwo, że wszyscy w rodzinie przyjmą je do swojego języka, niż że je poprawią. Rozmawiamy z dziećmi na poruszone przez nie w prostym i często błędnym zdaniu tematy i do głowy nam nie przyjdzie powiedzieć – najpierw naucz się mówić poprawnie top potem pogadamy. Nie oczekujemy od 10-cio miesięcznego malca pełnych zdań. Nasze oczekiwania oparte są na realnych możliwościach rozwoju językowego i na naszej wiedzy o tym jak ten rozwój przebiega. Tak naprawdę przez pierwszy rok życia dziecka nie słyszymy żadnego poprawnego zdania! A jednak nie zniechęcamy się i wciąż do niego mówimy.

Nie mamy także  zbyt wygórowanych oczekiwań od siebie: nikt nie kończy studiów polonistycznych, by dobrze nauczyć dziecko mówić.

Muzyka:

Tak samo sprawa ma się z rozwojem muzycznym. On także składa się z fazy „muzycznego gaworzenia”. Tak samo potrzebuje swobody, czasu i ciągłego kontaktu z muzykującym rodzicem – nawet jeśli ma się za niewykwalifikowanego do tego zadania czy wręcz „głuchego”. Jeśli „nauczyliście” swoje dzieci jeść, chodzić i mówić to oznacza, że macie wszelkie kompetencje do tego, by „nauczyć” ich także śpiewać i tańczyć, a to dlatego, że dzieci mają ten potencjał w sobie. Potrzebują tylko przykładu, który będą mogły naśladować. I dokładnie tak jak nie musisz fizjoterapeutą czy ortopedą by nauczyć dziecko prawidłowo chodzić, tak samo też nie musisz być muzykiem po Akademi Muzycznej, by Twoje dziecko śpiewało czysto i poruszało się rytmicznie. I czerpało z tego radość.

Pomelody:

W ramach kursu Pomelody rodzic/nauczyciel ma dostęp do animowanych wykładów (animated lectures), które w prosty sposób tłumaczą jak wygląda rozwój muzyczny dziecka, jak go wspierać i czego można się spodziewać.

Krok 2

Bogaty zasób słów

Język: 

Nie tak jak w strasznej wizji którą wysnułam na początku tekstu, zupełnie intuicyjnie pragniemy stworzyć dziecku możliwie najbogatsze środowisko językowe. Wybieramy książeczki o różnej tematyce, formie, narracji. Mówimy używając zróżnicowanego słownictwa nawet mają świadomość, że tych słów dziecko jeszcze nie rozumie. I do głowy by nam nie przyszło mówić tylko: baba, ciuciu, papa.

Muzyka:

Niestety odpowiednikiem tych prostych sylabicznych wyrazów jest tzw. muzyka dziecięca na którą często decydujemy się właśnie dlatego, że jest dziecięca. Aby jednak rozwój muzyczny dziecka zachodził prawidłowo środowisko muzyczne musi być możliwie najbogatsze. Co to znaczy? Zróżnicowanie tonalne, rytmiczne, stylistyczne oraz szeroką gamę barw, form, instrumentariów – czyli niestety coś zupełnie przeciwnego do większości „muzyki dziecięcej” dostępnej na rynku. Najlepiej też decydować się na muzykę stworzoną w taki sposób, by po prostu! sprawiała przyjemność w odbiorze również (a może przede wszystkim) rodzicowi/opiekunowi.

Pomelody:

Muzyka w ramach aplikacji Pomelody jest nie tylko świeża, ale również maksymalnie zróżnicowana. Każdy album to jakby zestaw ok. dwudziestu płyt z muzyką w różnych stylach. Piosenki skomponowane są tak by dziecko osłuchiwało się z różnymi skalami, metrami, instrumentami, ale  przede wszystkim tak (biorąc pod uwagę to, że to rodzic jest muzycznym autorytetem dziecka) by sprawiały przyjemność także rodzicom!

Krok 3

Rozmowa – komunikacja

Język:

Chcemy, by nasze dzieci znały język po to by móc się z nami komunikować! Nie interesuje nas jedynie nauczenie ich zbioru wierszy, które mogłyby przez całe życie recytować. Język jest żywy i chcemy, by dzieci mogły posługiwać się nim, aby wyrazić swoje myśli i używać go w życiu codziennym

Muzyka:

Muzyka nosi wiele cech języka i używanie jej do komunikowania się jest jedną z nich. Nasze dzieci mają potencjał, by wyrażać się głosem i ciałem, ale tak jak w przepadku języka potrzebują praktyki. Sprowadza się ona do muzycznych zabaw z wykorzystaniem ruchu ciała, śpiewu, improwizacji, gry na instrumentach w bardzo prostych i wesołych formach. Piosenka, którą znacie („Koła autobusu kręcą się?”) może być zarówno wyklaskana, wyśpiewana na wymyślonych sylabach, możesz podrzucać do niej rytmicznie dziecko na kolanach, zaśpiewać ją w samochodzie, tańczyć do niej lub pozwolić dziecku grać do niej na garnkach.

Pomelody:

Zestaw zajęć on-line (Pomelody Classes) inspiruje rodzica do aktywności jakie wykonywać można z maluchami i starszymi dziećmi. Możesz wykonywać je razem z dziećmi przed telewizorem (niczym ćwiczenia z Chodakowską) jak i wykorzystać jako materiał, który zainspiruje Cię do samodzielnego wprowadzania przedstawionych aktywności w trakcie dnia.

Krok 4

Żywy język

Język:

Języka używamy w kontekście – pytamy, kiedy chcemy czegoś się dowiedzieć, opowiadamy, gdy chcemy podzielić się czymś, a przy tym stosujemy jego różne formy łącząc strukturę werbalną z inną formą wyrazu. Dodajemy gestykulację, intonację, odgłosy, łączymy go z obrazem.

Muzyka:

Muzyka jest także materią, który przybiera różne formy i służy różnym celom. Inna jest muzyka użytkowa, inna artystyczna. Inna jest muzyka w relacji ze słowem. Ciekawą formę tworzy muzyka i obraz.

Pomelody:

Program Pomelody zawiera tak osobliwe formy muzyczne jak słuchowiska (audio stories) oddające charakter muzyki i wyrabiające gust dziecka poprzez obcowanie z różnorodnością.

W ramach podsumowania zapraszam Was na filmik w którym opowiadam o tym jak w praktyce: śpiewać, tańczyć i grać z dzieckiem.

Podstawą jest dom przepełniony muzyką. A najpiękniejsze jest w tym wszystkim to, że każdy z Was, rodziców,  może taki przepełniony muzyką dom również stworzyć. Nie trzeba grać na fortepianie, skrzypcach, czy flecie, wystarczy instrument, który mamy zawsze przy sobie – nasze ciało, potrafiące, śpiewać, wydawać, różne dźwięki, klaskać, tupać. A jeśli w ręce wpadnie nam jeszcze bębenek, marakasy czy sztućce kuchenne, to już właściwie niczym nie różnimy się od rodziców Fryderyka Chopina.

Czy chcę powiedzieć, że Chopin nie byłby geniuszem, gdyby rodzice nie muzykowali z nim w domu – nie wiadomo. Pewne jest jednak, że to właśnie rodzic jest największym autorytetem dziecka; nie Pani od muzyki. To muzykującego rodzica dziecko pragnie naśladować. Tak samo jak naśladuje go, by uczyć się chodzić czy mówić.

Rodzice pełnią najważniejszą rolę we wczesnej edukacji muzycznej dzieci!  I co ciekawe, wcale nie muszą sami posiadać edukacji muzycznej żeby osiągnąć sukces w rozwijaniu tych umiejętności u swoich dzieci.
Badania przeprowadzone przez Lindę Kelley i Briana Sutton-Smith pokazały, że kluczową rolę pełni zapewnianie środowiska muzycznego w domu, w którym wychowują się dzieci. Przeprowadzono badania w 3 grupach – z udziałem rodziców, którzy byli profesjonalnymi muzykami, rodziców którzy włączali w życie rodzinne aktywności muzyczne pomimo, że sami nie byli muzykami oraz rodzice, którzy w żadnym stopniu nie byli zorientowani na muzykę. W wyniku tych badań zaobserwowano podobny poziom rozwoju umiejętności muzycznych w dwóch pierwszych grupach oraz przepaść pomiędzy dziećmi z trzeciej grupy. Co więcej, zauważono również, że rodzice którzy praktykowali wspólne aktywności muzyczne ze swoimi dziećmi cieszyli się lepszą relacją z nimi. Tak więc wspólne, rodzinne muzykowanie przyczynia się nie tylko do rozwoju naszych pociech, ale też wspiera spędzanie wartościowego czasu z najbliższymi

Muzykujmy z dziećmi! Nawet kiedy myślimy, że jesteśmy w tym fatalni! Bo całe ciało dziecka “chce” chodzić/śpiewać/tańczyć/mówić i potrzebuje tego; kluczowym wymogiem jest jednak, by miało wzór do naśladowania, żeby widziało, jak chodzi/śpiewa/tańczy osoba, którą chce naśladować, która jest jego autorytetem – kochająca i opiekująca się nim.

Proste? Bardzo proste 🙂

Na blogu znajdziecie też wiele inspiracji dotyczącej wartościowej muzyki i animacji do znalezienia na YouTube czy Vimeo.

P.S.

Z wykształcenia i zawodu jestem kompozytorką. Jako, że skończyłam także rytmikę przez wiele lat pracowałam w szkołach (także baletowych i muzycznych) i przedszkolach jako nauczyciel. I nie mogłam w sobie pomieścić dwóch rzeczy: wiedzy o wrodzonych predyspozycjach dzieci do być muzykalnymi i obrazu dzieci jaki znałam. Takich od przedszkola wzwyż. Kiedy więc dokopałam się do pojęcia okresu sensytywnego – czyli tego czasu gdy organizm jest szczególnie nastawiony na rozwój danej funkcji – i zrozumiałam, że ten muzyczny rozwój odbywa się tak naprawdę jeszcze zanim dzieci do przedszkola (a więc w moje ręce 😉 ) w ogóle trafią, powoli zaczęło mi się wszystko łączyć. Moje wykształcenie, usposobienie, zainteresowania, mąż wizjoner, fakt, że zostałam „w międzyczasie” mamą dwójki, ludzie których spotkałam, którzy postanowili w naszą wizję zainwestować czas, pieniądze, energię, emocje i stali się jej współautorami, rodzina i przyjaciele, którzy wspierali nas do utraty tchu.

I tak powstało Pomelody.

Uwielbiam odgłosy śpiewu ptaków. Ale naprawdę! Przepadam za nimi. Pewnego dnia odkryłam nawet, że chyba mam na tym punkcie lekkiego bzika – było to na studiach, zauważyłam wtedy, że znacznie lepiej przyswajam wiedzę, relaksuję się i uspokajam, gdy puszczę sobie na YouTube odgłosy lasu, z ptakami w roli głównej. Zwróciłam uwagę także na to, że wszystkie dzwonki/budziki/alarmy, które wybieram imitują ptasie śpiewy. I coś mi się wtedy przypomniało.

Nie tak dawno temu, żył kompozytor (zmarł w 1992 roku) – Olivier Messiaen – francuz, który tego bzika odczuwał do tego stopnia, że prócz komponowania muzyki, był także ornitologiem z zamiłowania. I pasja ta odbiła się w jego muzyce bardzo głęboko. Podczas długich pobytów w lesie notował śpiew ptaków, a następnie przekazywał go w utworach. W okresie, gdy tworzył wiele na fortepian jego sposób komponowania na ten instrument stał się tak charakterystyczny właśnie przez to, że nabrał ptasiego charakteru (widać i to słychać głównie w fakturze utworów). Dziś powiedzielibyśmy kolokwialnie, że był niezłym zajawkowiczem jako, że pod wpływem jego pasji powstały: Przebudzenie ptaków (Réveil des oiseaux), Ptaki egzotyczne (Oiseaux exotiques), Katalog ptaków (Catalogue d’oiseaux) i wiele innych utworów, gdzie odnajdujemy ptasie inspiracje.

Posłuchajcie:

Olivier Messiaen: Réveil des Oiseaux (1953)

Muzyka współczesna?

Piszę o tym po to, by w prosty sposób przybliżyć Wam fragment okresu w historii muzyki, który generalnie znamy bardzo mało. Ci całkiem zorientowani będą kojarzyć, że był sobie Bach w odległym baroku, był też i Mozart w klasycyzmie. Chopin romantyk nam polakom się w głowach gdzieś obija od czasu do czasu, ale co było później? Co to za diabelstwo się potem do muzyki poważnej wkradło, że się tego słuchać nie da?

A osobiście uważam, że XX i XXI wiek w historii muzyki, to najciekawszy czas. Najbardziej dynamiczny, zaskakujący kreatywny i otwierający nasz umysł. Najbardziej też swobodny, kolorowy i spontaniczny – czyli bardzo bliski światu dziecka. Mam swoją teorię na temat tego dlaczego tej muzyki jako dorośli nie słuchamy, nie rozumiemy, nie lubimy. Ale nie o tym dziś.

Dziś chcę Wam zasugerować w jaki sposób można tę współczesną muzykę dzieciom przybliżyć, na przykład poprzez właśnie ptasie śpiewy.

Aby temat muzyki współczesnej uczynić bardziej zjadliwym, wykorzystam okazję, by podzielić się innymi ptasimi inspiracjami:

Odgłosy lasu dla relaksu

Mam to szczęście mieszkać pod miastem, nieopodal lasu. I gdy przychodzi zima to nie słońca i nie zieleni brakuje mi najbardziej, ale właśnie tych odgłosów. Wtedy z pomocą przychodzą mi takie nagrania. Spróbujcie! Włączcie sobie taki akompaniament: myśli i pracuje się lepiej, relaksuje, sprząta, zasypia nawet. Dzieci jakieś mniej płaczliwe, salon jakiś bardziej posprzątany gdy takie odgłosy w tle 😉

Na YouTubie takich nagrań sporo, ale jeśli ktoś ma ochotę ściągnąć sobie na urządzenie i odtwarzać offline na domowej „wieży” czy w samochodzie to polecam taką stronkę. Tam za darmo do ściągnięcia paczka kilku ścieżek z takimi odgłosami. Bardziej dżungla niż las, ale równie przyjemnie.

Rainforest on the Edge

Odgłosy ptaków

Jeśli ktoś do tej „ptasiej sprawy” podchodzi bardziej encyklopedycznie, to strona glosy-ptaków.pl świetnym narzędziem, żeby się w temacie podszkolić. Znajdziecie tam alfabetyczną listę ptaków, które występują w Polsce wraz z ich zdjęciami i odgłosami:

Ptasia aplikacja

Dla prawdziwych świrków, ale także z innych powodów warto sprawdzić aplikację Dawn Chorus. Z założenia jest ona budzikiem w którym dźwięk alarmu można skomponować z odgłosów różnych ptaków. Inne powody, które mam na myśli to takie, że aplikacja ta jest po prostu bardzo estetyczna, i przedstawia ilustracje ptaków wraz z ich angielskimi nazwami i odgłosami. Więc choć przyznam, że jako budzik nie używam jej wcale (mam przecież dzieci, które nie dadzą mi zaspać) to jako piękny dźwiękowy leksykon ptaków służy świetnie.

Aplikacja jest darmowa – jeśli ktoś ma ochotę wypróbować:

IOS – https://itunes.apple.com/us/app/dawn-chorus/id1146931666?ls=1&mt=8

Android – https://play.google.com/store/apps/details?id=com.dawnchorus

Słuchowa analiza ptasiego śpiewu

Wkręconym w temat starszakom można zaproponować tę YouTubową ciekawostkę. Ptasi śpiew prezentowany jest tutaj oryginalnie oraz w kilkukrotnym zwolnieniu. Nagranie stare i skrzeczące, ale dla prawdziwej pasji zgłębiania, żadna to przeszkoda. A niesamowite to uczucie zrozumieć jak skomplikowane muzyczne twory wydobywają się z tych maleńkich dzióbków.

Ciekawostka

A kto nie widział na fanpejdżu bloga takiej ciekawostki, temu proszę, o! Takie cudo!

Bird Song Music Box

Beautiful mechanical bird song system, incredible variations!You can see a lot of great mechanics on the channel youtube.com/channel/UChlcuGDDuXkY_gFqV8dwvegMore about rare and strange instruments on youtube.com/rareandstrangeinstruments and rareandstrangeinstruments.com

Opublikowany przez Rare And Strange Instruments Piątek, 16 marca 2018

Czy ten temat był dla was inspirujący? Czy macie ochotę na nieco więcej ciekawostek z zakresu muzyki współczesnej? Czy są tu jacyś fani ptasich odgłosów? Piszcie w komentarzach!

Szybki wpis. Z pomysłem na zabawę i prezent, który można wykonać samemu.

Zbierając już różne macierzyńskie doświadczenia z sytuacji gdy niemowlaki zjadały absolutnie wszystko lub dzieciom skończyło się Play-doh z zestawu (czytaj zostało skrupulatnie „wpracowane” w dywan) i rozpoczęły się jęki (bo już nie ma, a przecież nie skończyli jeszcze!) – doszłam do wniosku, że jednym z moich maminych magicznych sztuczek jest posiadanie przepisu na szybką, prostą, naturalną i bezpieczną ciastolinę, której nie strach niemowlakowi dać. Ale też nie mającego w składzie rzeczy, których nie mam akurat lub raczej nigdy w domu (uwielbiam Pinterestowe przepisy na różnego rodzaju slimy, ciasta, play-doh, piaski itd tylko, przepraszam bardzo, nie wiem kto lubi wykorzystywać/marnować litr kleju, albo 2 szklanki roztworu do soczewek kontaktowych!)

A więc oto i on:

PRZEPIS 

1 szkl. mąki

0,5 szkl. soli

1 szkl. wrzącej wody

1 łyżka oleju

1 łyżka kwasku cytrynowego

barwnik spożywczy w dowolnej formie, trochę farby

Sól, mąkę i kwasek cytrynowy wymieszać, wlać olej i wrzątek, na sam koniec trochę barwnika (u nas proszkowy, do barwienia jajek – pozostałość z Wielkanocy). Szybko wymieszać łyżką i mieszać tak, aż składniki nieco nie przestygną. Masa jest gęsta i z początku trochę lepka, ale szybko zaczyna odklejać się od ścianek miski i mieszanie zaczyna bardziej przypominać ugniatanie łyżką. Na koniec ciepłą kulkę ugniatamy ręką jak ciasto.

Wychodzi jej naprawdę sporo!

A teraz dodatkowa inspiracja.

Pomysły na zabawy

W większości przypadków, robimy ciastolinę razem – co już samo w sobie jest fajnym zajęciem, a następnie oddaję ją dzieciom.

Czasem, w przypływie miłości, pożyczam im także różne moje narzędzia kuchenne: foremki do ciasteczek, sztućce, wałek, praskę do czosnku.

Gdy mam czas z nimi posiedzieć, wyjmuję „wszystko”: koraliki, muszelki, guziki, kamyki, wyciorki, ruchome oczka, zapałki i co mi jeszcze w ręce wpadnie i wbijamy to w ciastolinę. Czasem rozprasowaną – tworząc taki „kolaż”, czasem niekoniecznie.

Pomysł na prezent

Przyszło mi do głowy, że skoro już „rozłożyłam kredens”, to może mogę zrobić też ciastolinę dla znajomych. I tu pojawia się właśnie ta myśl, że jeśli tylko macie w domu jakieś fajne szczelne pojemniczki to zestaw różnych kolorów może być dobrym pomysłem na prezent. Ostatecznie można użyć słoików. Ale ostatecznie 🙂

 

Mogłabym napisać tekst o tym jak należy kupować tylko ręcznie robione/lutnicze/profesjonalne instrumenty dzieciom. O tym jak bębenek czy kalimba za kilkadziesiąt złotych psuje rynek i wypacza kolejne pokolenie. O tym, że jak ktoś chce, by w domu były instrumenty to nie pozostaje mu nic innego jak przeznaczyć na to od kilku stów do „całej wypłaty” i się na taki wydatek szarpnąć, bo albo to robić dobrze, ale nie robić w ogóle. Mogłabym. 

Ale nie napisze 🙂

Nie napiszę dlatego, że po pierwsze pamiętam taką jesień, gdy spadł pierwszy śnieg, a mi spędzał sen z powiek fakt, że w tym miesiącu naprawdę nie mam za co kupić dziecku bucików zimowych i ostatnia porada jaką chciałam wtedy uzyskać to taka, że jak kupie takie w CCC to zepsuję mojemu dziecku nogi, zdrowie, przyszłość i przyszłość jego dzieci. 

I również dlatego, że spotykam się z wieloma rodzicami i wielokrotnie, gdy na pytanie jaki instrument warto kupić i gdzie, odpowiadałam: taki i za tyle (polecając coś „dobrego”, „ręcznie robionego” i drogiego jak diabli) to czułam ogromny dysonans wewnętrzny: „Aha, czyli muzyka jest dla wszystkich, łączy rodziców, jest językiem maluchów, każde dziecko rodzi się z tym potencjałem, dzieciaki powinny swobodnie muzykować na różnych instrumentach ALE to rodzica wyniesie razem jakieś 780 zł za te kilka przeszkadzajek.” 

O Karinie co grała na keyboardzie 

Pewnego razu, w drugiej klasie podstawowej szkoły muzycznej, moja koleżanka postanowiła powierzyć mi wielką tajemnicę. Po tym jak już przyrzekłam, że na pewno nie powiem nikomu, a już w szczególności naszej Pani od fortepianu, przyznała się, że w domu nie ćwiczy na prawdziwym pianinie, tylko na keybordzie. Jej rodziców nie było stać, plus mieszkanie mieli za małe, a keyboard mogła rozkładać na stole w kuchni i po skończonym ćwiczeniu chować do szafy. Czułam się fatalnie i okropnie żałowałam, że Karina postanowiła uczynić właśnie mnie powiernicą tego niechlubnego sekretu. Było mi smutno, że rodzice nie mogą kupić jej instrumentu, byłam przerażona, że gdy Pani się dowie to ją „zabije”, a że parę razy sama dostałam porządnie po łapach, to mój strach nie był taki zupełnie wyssany z palca. Ale co ciekawe, bardzo wyraźnie pamiętam, jeszcze jedną towarzyszącą mi wtedy myśl, że z Kariny to żaden muzyk nie będzie. No jak!? Ćwicząc na keyboardzie!?

Czy Pani od fortepianu miała rację, że aby odpowiednio ustawić aparat gry ćwiczyć powinno się na odpowiednim instrumencie?

Miała.

Czy keyboard może równać się z prawdziwym pianinem?

Nie.

Czy dobrze byłoby, żeby Karina miała w domu świetny instrument.

Oczywiście, że tak.

Dla profesjonalistów nawet różnica pomiędzy dwoma świetnej klasy fortepianami będzie miała znaczenie. Nie bez przyczyny niektórzy z wirtuozów jeżdżą w świat grając  koncerty jedynie na własnym instrumencie. A i początkujący muzyk – dziecko jest w stanie dostrzec różnicę i warto je na nią uwrażliwiać. Ale tutaj sprawa rozgrywała się na zupełnie innym poziomie. Dla Kariny to było grać albo nie grać. Muzykować i rozwijać swój potencjał, albo zarzucić temat z powodu braku odpowiednich narzędzi. 

O tym tak naprawdę ten tekst. 

O wielkiej dziurze pomiędzy jakością a badziewiem, wypaczonym systemem edukacji muzycznej a niedotkniętym potencjałem z jakim teoretycznie rodzi się każde dziecko, pomiędzy „prawdziwymi muzykami” a tymi którym „słoń nadepnął na ucho”. O tym, że ktoś powiedział nam: „wszystko, albo nic”, a my mu uwierzyliśmy.

Dziś piszę o tym na przykładzie kupowania instrumentów dla maluchów, ale być może temat, który jest we mnie taki żywy i rozdrapany przybierze pewnego kolejnego razu także jakiś inny kształt.

Zasady gry

I oczywiście na wstępie muszę uprzedzić o dwóch podstawowych rzeczach.

  1. Nie popieram bylejakości, chińskości, uciekam od plastiku, tandety i rozlatujących się, a przy tym często stwarzających dla maluchów niebezpieczeństwo „grzechotek i cymbałków”. Nie cierpię gdy w markecie robią zestawy tak, by dać tam jedne względnie przyzwoite marakasy, a do tego niegrający flet czy harmonijkę i plastikową kołatkę. Przykro mi, że sprzedawcy instrumentami nazywają plastikowe „elektryczne gitary”, „dico-pianinka” z wgranymi melodyjkami czy jakieś kolorowe grające zabawki ze światełkami. Nie wspominam już nawet o temacie edukacji muzycznej czy o samej muzyce – a właściwie dziecięcym disco-polo, gdyż niemal całe swoje zawodowe życie podporządkowałam walce z kiczem w muzyce dla dzieci i naturalnym rozwijaniu potencjału muzycznego maluchów.

Kto bloga zna ten wie, że szukam rzeczy wartościowych i takie jak wymieniłam, na pewno nimi nie są.

ALE też:

  1. Nie zgadzam się z „koneserami” których postawa kopie jeszcze większą dziurę pomiędzy naturalną chęcią muzykowania w każdym dziecku, a konwenansami i sztywnymi ramami, które wyznaczają kto jest, a kto nie jest „prawdziwym muzykiem”. Nie cierpię powtarzanej wciąż w edukacji zbitki słów: „talent muzyczny” tak jakby to było coś mistycznego i danego tylko pojedynczym jednostkom. Nie mogę znieść tego, że serenady czy divertimenta (z włoskiego i francuskiego rozrywka, zabawa) Mozarta słuchamy na sztywno w sali filharmonii nie stukając nawet palcem w bucie, bo nie pozwala nam na to kij, który włożyli nam w tyłek „prawdziwi znawcy muzyki”. I nie poprę głosów, które mówią, że kupienie dzwonków czy kalimby za 40 zł to coś co nie wypada albo zrujnuje dziecięcy talent.

Uwaga trzecia:

Inaczej sprawy mają się z dzieciakami w wieku 0-4 lata, a inaczej, gdy rozmawiamy o profesjonalnej nauce gry na skrzypcach, gitarze czy pianinie w późniejszym wieku. Dla maluchów instrumenty mamy mieć w domu po to, by koszyk wypełniały różne przeszkadzajki, by dzieciaki miały różnorodność i wolny do niej dostęp, by urządzać z nimi „jam session”, by czuły się swobodnie, by nie martwić się gdy coś zniszczą, ubrudzą, połamią (choć wiadomo, że najlepiej byłoby żeby instr były tak trwałe, by to się nie wydarzało, ale w starciu z 3 latkiem zdarza się nawet i egzemplarzom bardzo pancernym). A w przypadku starszaków uczących się gry na jakimś konkretnym instrumencie to już jest zupełnie inna bajka. 

I małe podsumowanie mojego zakupowego doświadczenia 

Sama kupiłam w życiu tysiące różnych instrumentów. Dwa razy w miesiącu prowadzimy zajęcia dla kilkuset! rodzin (po kilkadziesiąt rodzin w grupie, gdzie  jednym z elementów jest wspólne muzykowanie na instrumentach, tak by każdy mógł coś mieć w rękach) do tego wyposażałam w instrumenty wiele grup przedszkolnych czy własnych zajęć rodzinnego muzykowania, które prowadzę od 4 lat. Nie mówiąc już o testowaniu na własnych dzieciach. Zdarzało mi się wielokrotnie kupić badziew i być wściekłą 😉 Znam to uczucie i nie lubię go jak każdy inny konsument.

Dlaczego to piszę?

Bo przeszłam tradycyjny system szkolnictwa muzycznego, bo jestem dyplomowaną pianistką i rytmiczką oraz magistrem sztuki (kompozytorką), a czasem czuję, że dopiero teraz – przy moich dzieciach, od nich! uczę się co to jest radość muzykowania. Która nie zależy od jakości wykonania instrumentu, która nie zależy nawet od jego posiadania! 

Bo szukam złotego środka i nie interesuje mnie odpowiadanie komuś kto pyta mnie jaki instrument kupić dla dziecka wytartym hasłem: „jak już kupować to coś dobrego”, bo chcę, by taki rodzic miał świadomość co to znaczy dobro w kontekście jego domu, jego rodziny, jego dzieci… A z drugiej strony moją pracą jest tworzenie i proponowanie rodzicom wartościowych narzędzi, a instrumenty MADE IN CHINA do nich w większości nie należą.

Bo wiele otrzymałam już wiadomości o tym, że dzięki mojej zachęcie w tym roku czy na te urodziny maluch dostanie koszyk instrumentów. I wyobraźcie sobie co by było, gdybym należała do przedstawicieli takiej „muzycznej klasy wyższej” i odpowiedziała, że ma to sens jedynie gdy… i tu szereg wymogów jakie taki profesjonalny instrument musi spełniać, a następnie odesłała do „prawidłowych” drogich producentów. Oznaczało, by to, że zamiast koszyka maluch dostanie jeden – za to wybitnie brzmiący bębenek. 

I tutaj jeszcze jedna uwaga. Bardzo, ale to bardzo cieszę się, że tacy producenci istnieją. Że robią rzeczy wybitnie dobre. Rozumiem doskonale – sama będąc producentką wartościowej muzyki, jak ogromny jest koszt produkcji takich wartościowych perełek. Cieszę się też niezmiernie, że są ludzie których stać na kompletowanie pięknej kolekcji dobrych instrumentów lub tacy którzy mając tę świadomość, ale portfel mniej zasobny, umieją wyszperać je na pchlich targach. Tak trzymać!

Bo w teorii oczywiście lepsze instrumenty, to lepsze instrumenty. Tyle, że ja nie jestem teoretykiem, ale praktykiem. I szukam rozwiązań dla przeciętnego rodzica, jakim jestem ja, z ograniczonymi zasobami pieniężnymi i czasowymi, natomiast z wielką chęcią wprowadzenia mojego małego dziecka w radość muzykowania.

Jak w skokach narciarskich. Na wstępie odrzucamy skrajne wyniki: instrumenty lutniczne, robione ręcznie, profesjonalne, oraz badziew z AliExpress. 

Co pozostaje? 

Instrumenty ze średniej półki

Tutaj lekko się powtórzę: 

Ogólną zasadą jest dla mnie kupowanie instrumentów z półki „prawdziwe” a nie „dla dzieci”. 

Czasem oznacza to oryginalny bębenek, kupiony na świątecznym targowisku, z membraną ze skóry zwierzęcej za kilkadziesiąt złotych (wersja na bogato, ale wtedy raczej mamy pewność, że nie tylko nasze dzieci, ale i cała rodzina, znajomi, a może nawet dzieci moich dzieci będą mogły z nich korzystać). Kto może, niech kupuje. 

Czasem oznacza to zdecydowanie się na zakup w sklepie z instrumentami, zamiast w sklepie z zabawkami lub supermarkecie (np. kiedy mowa o flecie, ukulele czy dzwonkach chromatycznych). 

Czasem chodzi tylko o to, by kupować sprytnie i zamiast w dziale „zabawki dziecięce -> instrumenty dla dzieci” kupić w sprawdzonych miejscach (polecam je w linkach) za taką samą cenę, jedynie z tą różnicą, że instrument będzie drewniany i bez nadruków.

Nie kupowałabym też w sklepach z zabawkami on-line. Nie mamy wtedy szansy instrumentu wypróbować, a jednak szansa, że to badziew jest całkiem spora. Od tej reguły są pewne wyjątki – wiadomo. Niektóre z zabawkowych sklepów mogą mieć w ofercie sprawdzone marki produkujące czasem „przy okazji” taże pare fajnych instrumentów (np.:  GOKI, BIGJIGS, PLAN TOY, PINTOY), ale w większości skończy się to katastrofą – wściekle kolorowym, ale nie brzmiącym instrumentem czy grającą plastikową zabawką w zdecydowanie zawyżonej cenie.

Instrumenty nie muszą być firmowe. 

Jeśli nie chcesz przepłacać to zdecyduj się na tamburyno, bębenek czy marakasy bez wyrzeźbionego logo marki. W poniższym wpisie sugeruję Wam instrumenty, co do których nie dostrzeglibyście różnicy w brzmieniu produktu markowego i niemarkowego oraz podaję jak szukać u sprzedawców na Allegro, a także podlinkowuję miejsce, w którym można znaleźć drewniane (bez nadruków) instrumenty takie jak: tamburyna, trójkąty, tonbloki, guiro w bardzo przystępnych cenach.

Instrumenty dla maluchów – tanio i dobrze 

A czasem chodzi o mądre kupowanie na okazjach w Lidlu czy Biedronce! 

Szok, ale jednak 😉

Co z instrumentami z marketu?

Plastikowe instrumenty z Auchan czy Tesco trzeba generalnie zaliczyć do badziewia level hard. Ale ostatnio ktoś zapytał mnie na naszej grupie o jakość instrumentów z Biedronki. Zainteresowałam się tym, bo nie znam ich (te z Lidla mam już obczajone) a ich producent – Classic World ma w swojej ofercie kilka świetnych drewnianych zabawek, które służą nam od lat, więc napisałam, że kupię i przetestuję. Ostatecznie instrumenty z Lidla polecam, służą moim dzieciakom i dzieciom na zajęciach już parę lat, są trwałe i całkiem dobrze brzmiące. Sprzedawane są okazyjnie w zestawach. Trójkąty brzmią pięknie i są z wbudowanym sznureczkiem, który nie spada, bardzo fajne jak na swoją cenę są klawesy, tamburyno i bębenki, a dzwonki na kilkadziesiąt sztuk które posiadam brzmią przyzwoicie i dobrze stroją. 

I tu właśnie dochodzimy do ciekawostki.

Jedne z pośród wielu egzemplarzy lidlowych dzwonków były nastrojone „źle”! Wcale nie w naszym tradycyjnym C-dur, ale w skali frygijskiej – od „mi”. Wydało mi się to tak inspirujące, że ten egzemplarz pozostał z nami w domu. Stał się nawet powodem dla którego powstała piosenka „What can you spy” z pierwszego sezonu Pomelody. Właśnie ona jest w skali frygijskiej (mogliście się zorientować, że brzmi nieco inaczej) i właśnie ją mogę z powodzeniem na tych dzwonkach wykonywać. Niesamowitą frajdę sprawia mi też obserwowanie moich dzieciaków, które w te dzwonki swobodnie „nawalają” improwizując tym samym na skali frygijskiej i poszerzając swoje melodyczne horyzonty. 

Pomyślałam, że to doskonały pomysł, by dzwonki produkować w innych niż tylko dur skalach. I wtedy pare lat temu odkryłam prze-fantastycznego producenta – firmę Auris.

Trafiłam tam ponieważ mają oni w swojej ofercie dzwonki pentatoniczne. Ale z perełek dzwonkowych to tak naprawdę tyle. Pozostałe to C dur diatoniczne lub chromatyczne. Są świetnej jakości, pięknie brzmiące, nieziemsko estetycznie wykonane.

Cena jest do tego wszystkiego bardzo adekwatna (od ok. 50 euro wzwyż) – co oznacza, że choć marzy mi się lira od nich (150-250 euro) to długo jeszcze nie będzie mnie na nią stać. Nie jestem w tym chyba sama, bo od lat polecam tę markę wielu osobom, ale prawie nikt się na zakup nie decyduje. 

Gdyby nie „wypadek” z lidlowymi dzwonkami, mogłabym dojść do wniosku, że jestem skazana na nasze C-dur. A tu taki kwiatek wesoły. Postanowiłam się tym  jakże alternatywnym podejściem do „czystego stroju dzwonków” podzielić na grupie. 

Ja mam takie podejście, że nawet cieszę się gdy dzwonki stroją inaczej niż w C-dur 🙂 Bo gama durowa otacza nas wszędzie! Tak samo gdy coś lekko nie stroi (np. flet) to tak naprawdę to jest bardzo rzadka okazja dla dziecka, żeby się spotkać z mikrotonowością. Jak jest nielogicznie typu sztabki są coraz mniejsze, a dźwięk coraz niższy to wiadomo  – przeginka. Albo jak dwie różne sztabki maja ten sam dźwięk. I inne takie kwiatki 🙂 ale jak kiedyś w Lidlu dorwałam dzwonki ze skalą frygijską czyli od „mi, fa, sol…” to byłam zachwycona 🙂 do tej pory uważam je za perełkę w naszej kolekcji 😀 ale wiadomo ze zawsze trzeba zagrać zanim się kupi. Szukam dobrego brzmienia w ukulele na którym ja gram dzieciom, ale jeśli daje małym!!! dzieciom „na poszarpanie” to wcale się nie przejmuję, że struny plastikowe, bo potem mi nie żal jak ją złamią (to mi się raz zdarzyło z dobrym ukulele i był płacz… – mój 😉 ) Także takie mam alternatywne podejście i myślę, że wszystko zależy do czego te instr dzieciom dajemy. Jak do nauki gry na instr – to inna bajka, ale jak do swobodnego muzykowania. To lepiej mieć takie niż żadne, bo krzywdy tym dzieciom nie zrobimy. Choć, rzecz jasna, że jak mamy większą sumkę do wydania to fajnie kupić świetne instrumenty.

I przy tej okazji wywiązała się krótka dyskusja o tym czy niestrojące dzwonki z supermarketu mogą być wartościowe. Jak dla mnie mogą, ale do wszystkiego trzeba podejść świadomie. Jak w życiu.

„Nie czysto” – jest pojęciem względym 

Nieświadome kupowanie badziewia to coś innego niż otwarta głowa i poszukiwanie okazji, dlatego postanowiłam zebrać tu pare moich spostrzeżeń na „rozstrojone dzwonki”

Czy coś jest czysto czy nie czysto? To jest pojęcie bardzo względne.

  • Dla kultury zachodnioeuropejskiej pomiędzy dźwiękim „c” a „cis” nie ma nic. Dla kultury wschodniej tam jeszcze mieści się pół świata. Gdyby ktoś ze wschodu zaśpiewałby nam piosenkę opartą na ćwierćtonach powiedzielibyśmy mu że fałszuje, co kiedy o tym głębiej pomyślimy jest bardzo zabawne, bo to nasz słuch wypada przy jego blado.
  • Może to spaczenie kompozytorki muzyki współczesnej, ale mikrotonowość (czyli muzyka oparta na interwałach muzycznych mniejszych od półtonu) weszła już nawet do naszej kultury – oczywiście narazie w kręgach „sztuki wyższej”, w Europie znana już od mniej więcej XVIII wieku, lecz powszechnie używana była dopiero w modernizmie. Wiecie jak to fajnie móc z taką perspektywą tłumaczyć dziecku, że kiedy przejeżdża palcem po strunie gitary czy skrzypiec to nie przechodzi przez dwanaście dźwięków (a tym bardziej nie 8!) tylko przez całe spektrum różnych częstotliwości
  • Znów, to pewnie specyficzne wykształcenie i znajomość historii muzyki sprawia, że wcale nie rozumiem o co chodzi z gamą C-dur. System tonalny czyli dur-moll, tworzony przez dwa podstawowe rodzaje skal: durową  i molową, choć teraz tak popularny w muzyce rozrywkowej, służył za budulec muzyki artystycznej tylko w okresie od XVII do początku XX stulecia. Na swoich studiach kompozytorskich nie zdarzyło mi się z tego systemu skorzystać! Tak! Nigdy ani ja, ani żaden mój kolega nie wykorzystaliśmy podczas studiów gamy C-dur, ani żadnej innej w systemie dur/moll 🙂 
  • Zagadnienie stroju to dopiero argument. Cały myk polega na tym, że oktawa czyli taki interwał gdzie niższa częstotliwość jest dwa razy mniejsza niż ta wyższa jest dla nas jeszcze zrozumiała. To te dwa okalające dzwonki dźwięki „c”. Jeden nisko drugi wysoko, ale jakby te same. Ale co pomiedzy nimi. Zakładając nawet, że jest ich 12, jakie mają dokładnie mieć częstotliwości? I właśnie odpowiedź na to pytanie zależała od punktu w czasie, ale sprowadzając ją do dwóch głównych koncepcji można było to zrobić w stroju naturalnym i tak było przez większość historii muzyki, aż do połowy XVIII wieku lub równomiernie temperowanym, która to koncepcja ostatecznie wyparła poprzednią w połowie XIX wieku. Wcześniej uważano to za okropny wymysł, który sprawia, że zatraca się indywidualność brzmieniowa poszczególnych tonacji i generalnie żadna nie brzmi czysto 😉 Co ciekawe 200 lat później dla naszych uszu – nie znających alternatywy – to właśnie to brzmienie jest „czyste”, a kiedyś uważane było za niedoskonałe. 
  • Nawet sam pojedynczy dźwięk jest w sobie nieczysty 🙂 Szereg harmoniczny – czyli szereg alikwotów – tonów składowych na które można rozłożyć każdy pojedynczy dźwięk  składa się z kolejnych tonów składowych występujących w jakiejś relacji ze sobą. Co zabawne 7, 11 i 13 składowa harmoniczna jest „nieczysta” czyli nie odpowiada żadnemu dźwiękowi w stroju równomiernie temperowanym

Tutaj przykład utworu mikrotonowego na fortepian. Przeciętnie powiedzielibyśmy, że „to pianino jakieś rozstrojone” 😀

Dzieci uczą się przez kontrast – wiemy, że coś jest szybko, gdy zestawimy to z czymś wolnym. Coś jest głośne wtedy, gdy przed chwilą coś było cicho. Paradoksalnie zrozumienie „czystości” systemu równomiernie temperowanego przychodzi najlepiej wtedy, gdy usłyszymy coś „nieczystego”. 

Muzyka rozrywkowa jest zdominowana przez system tonalny i bez wątpienia nawet mając w domu najbardziej na świecie rozstrojone dzwonki, pianino czy gitarę dzieciaki wyłapią „czystość” gamy C-dur, nawet jeśli nie bądą miały jej idealnej reprezentacji w postaci markowych instrumentów.

Jaka jest alternatywa?

Kto bloga zna ten wie, że wyznaję jeszcze dwa sposoby na niskokosztowe ugryzienie tematu.

  1. Zróbcie sobie instrumenty samemu

Tu nie będę się powtarzać. Polecam zajrzeć w zakładkę „Zrób to sam”. Na pewno coś Wam tam przypadnie do gustu.

  1. To w ogóle nie muszą być instrumenty 

Miska, durszlak, drewniana łyżka, metalowa pokrywka, patelnia, garnek i blacha do pieczenia to jedne z naszych ulubionych „instrumentów” gdzie nikt jeszcze nie przyczepił się i nie wyznaczył reguł strojenia 🙂 Butelka z kaszą czy ryżem, sztućce, kluczyki, śrubki, metalowe nakrętki na sznurkach, klucze francuskie takie instrumenty też wrzućcie do koszyka! A faworytem perkusyjnym w naszym domy były przez długi czas dwa taborety z ikei i pałeczki 

Podsumowanie

Tylko bycie świadomym może nas uratować 🙂 Niech Was strach przed nieczystością dźwięku nie powstrzymuje przed zakupem bębenka, ukulele czy dzwonków, które na Wasze ucho brzmią w porządku, a nie wchodzi w grę opcja zakupu tych świetnych za stówę czy kilka. Bądźcie świadomi, unikajcie grających plastików i drewnianego badziewia które zaraz się rozleci – a to czy coś nim jest możecie ocenić sami, ale nie traktujcie zaopatrywania maluszki w instrumenty jak mistyczną sztukę, której tajniki trzeba zgłębiać latami. Chodzi nam o ostatecznie o to by odkrywać wraz z dzieckiem radość muzykowania, a nie o nakład finansowy jaki w to przesięwzięcie włożymy. Udanych świątecznych zakupów.

 

P.S. Dawajcie też znać – tu, w wiadomości do mnie lub na grupie kiedy uda Wam się znaleźć jakąś perełkę – czyli fajny instrument w przystępnej cenie.

Rytuały – czyli czynności powtarzane niemal każdego dnia (lub w każdym tygodniu) to coś innego niż jednorazowe, podjęte spontanicznie muzyczne aktywności. Rzecz jasna i takie są super, ale w tym wpisie skupiam się na rytuałach jako na tych, które zbudowane są na silnym fundamencie powtórzeń. 

Wprowadzając do codziennej rutyny rytuały muzykowania wybieramy najlepszą z możliwych opcję umuzykalniania dziecka, ponieważ odbywa się to naturalnie, w domowych warunkach, w poczuciu komfortu i bezpieczeństwa. Dodatkowo z czasem takie rytuały po prostu wchodzą w krew i stają się czymś w rodzaju znaku rozpoznawczego Waszej rodziny lub, w przypadku nauczycieli Waszej relacji z dziećmi podczas zajęć. 

Rytuały muzykowania, które warto wprowadzić w domu

Oczywiście nie koniecznie wszystkie – wybierzcie te, które najbardziej pasują do Waszego kontekstu rodzinnego

1. Piosenka „kocham Cię” lub „dzień dobry” w godzinach porannych

Nie chodzi tu o jakąś konkretną piosenkę, to może być cokolwiek. Chodzi raczej o ustalenie „rozśpiewanego nastroju” od rana. U mnie w domu taką funkcję przez długi czas – szczególnie gdy w domu było niemowlę – pełnił refren piosenki „Dzień dobry kocham Cię” choć nie śpiewałam tam więcej słów ponad te z tytułu 🙂 Bo tu naprawdę nie chodzi o konkretną piosenkę tylko o śpiewanie i pozytywne przesłanie!

2. Potańcówki

U mnie najbardziej sprawdzają się po południu lub tuż przed kolacją jesienią i zimą, gdy za oknem ciemno i smutno jakoś czasami. Muzyka musi po prostu pobudzać do tańca i podobać się Wam. Naszych ulubieńców znajdziecie we wpisie: Najlepsze piosenki do potańcówek z dziećmi – subiektywne TOP 10

3. Wspólna gra na instrumentach 

– to mój faworyt. Chodzi o zupełnie swobodne granie w rytm ulubionej muzyki. Na czym popadnie i jakkolwiek 🙂

4. Kołysanka przed pójściem spać

Najlepiej rzecz jasna śpiewać a capella lub z akompaniamentem instrumentu (gitary? ukulele?) albo może to być także z towarzyszeniem płyty – ważne by śpiewać 🙂 Więcej o wartości śpiewania kołysanek przeczytacie tu: 4 fakty, których o kołysankach nie wiedziałeś A tutaj propozycje pięknych kołysanek do znalezienia na YouTube:  Wartościowe kołysanki z YouTuba

5. Książeczki do muzykowania

Jeśli nie jesteś przekonany wyśpiewywania dzieciom do kołysanek to doskonałą alternatywą na wieczorny rytuał jest wykorzystanie książeczek do muzykowania. Jako, że u nas w domu jest ich sporo (używamy je przy wielu okazjach i pisałam o tym tutaj: Książeczki do muzykowania – rodzicielski „lifehack” ) to często wieczorami jedną książeczkę czytamy, a drugą śpiewamy 🙂 

Z mojego doświadczenia wynika, że rytuały to także sposób na „indywidualistów”, czyli dzieci, które gdy zależy to od nich to chętnie pomuzykują, ale siedzą niewzruszone, lub wręcz nieruchomieją gdy to rodzic podejmuje próby wspólnej aktywności muzycznej. Z reguły próbuje on raz czy dwa i stwierdza – „moje dziecko nie jest tym kompletnie zainteresowane, wspólne muzykowanie – to nie dla nas”. Ale będąc wytrwałym i wprowadzając któryś z rytuałów systematycznie okazuje się często, że po jakimś czasie maluch zaczyna się o tę aktywność dopominać. 

Rytuały muzykowania, które warto wprowadzić w pracy z dziećmi

Tu sprawa wygląda podobnie, rzecz jasna nie koniecznie chodzi o to by stosować wszystkie – wybierzcie te, które najbardziej pasują do sposobu w jaki pracujecie z dziećmi

  • piosenka powitalna
  • czas kołysanki – dzieci kładą się na podłodze nauczyciel kładzie się z nimi i śpiewa piosenkę (lub ewentualnie puszcza ją z płyty i śpiewa do niej) 
  • potańcówka – swobodna, każde dziecko tańczy jak chce
  • wspólna gra na instrumentach perkusyjnych – takich zrobionych w klasie lub kupionych – można wykorzystać także garnki, pokrywki, pudełka, zabawki i inne przedmioty. Korzystamy z akompaniamentu odtwarzacza muzyki, rozsypujemy instrumenty na podłodze i dajemy dzieciom pełną swobodę używania ich – oczywiście towarzysząc im!
  • czytanie książek z akompaniamentem instrumentów – często w przedszkolach nie ma tyle instrumentów, by starczyło dla całej grupy. Gdy mamy ich tylko kilka warto wykorzystać je jako akompaniament do opowiadanej lub czytanej historii – troszkę na zasadzie mini-przedstawienia lub słuchowiska tworzonego na żywo. Tak jak w poniższym przykładzie:

https://www.youtube.com/watch?v=yAGWenIEFSc&t=5s

  • piosenka sytuacyjna: o myciu zębów lub rąk, o jedzeniu, o ubieraniu się, o siadaniu na dywanie lub robieniu koła – chodzi o to by zdecydować się na taką, którą będziemy używać zawsze 
  • piosenka pożegnalna 

Zarówno w domu jak i w pracy z dziećmi rytuały sprawdzają się fantastycznie. Sprawdźcie sami, a jak macie już w tym temacie doświadczenie to podzielcie się w komentarzu.

A jeżeli chcesz stać się prawdziwym ekspertem od umuzykalniania dziecka zapraszam do mojego kursu Power od Melody, gdzie zajdziesz wszystko, co potrzeba, żeby rozwinąć potencjał swojego malucha.

Tym razem na blogu wywiad. Na moje pytania o Metodę Suzuki odpowiada skrzypaczka i pedagog – nauczyciel tej metody, ale także trenerka Pomelody 🙂 – Ania Staniak

Na czym polega metoda Suzuki i dlaczego mówi się o niej „naturalna”? Skąd nazwa „metoda języka ojczystego?”

Metoda Suzuki opiera się nauce poprzez słuchanie muzyki oraz zabawę.

Dzieciaki słuchając codziennie tej samej płyty uczą się melodii ze słuchu. Dokładnie tak samo jak w przypadku języka, z którym najpierw każdy z nas musiał się „osłuchać” zanim powiedział pierwsze „mama i tata”.  

I jak się okazuje do grania nie potrzeba znajomosci nut:) Gra staje się tak samo „prosta” jak mówienie! Hurej! Stąd też nazwa „metoda jezyka ojczystego”. W późniejszych latach, kiedy już granie staje się codziennością, pojawiają się i nuty 🙂

Czy metoda dotyczy tylko nauki gry na skrzypcach?

Początkowo nauka dotyczyła tylko skrzypiec, a to dlatego, że pomysłodawcą tej metody był japoński skrzypek i pedagog Shinichi Suzuki. W związku z tym, że przynosiła ona świetne rezultaty szybko rozszerzyła się na inne instrumenty. Obecnie mamy opcję nauki na większości instrumentów, ale możliwości są różne w zależności od miasta/kraju.

Jakie warunki trzeba spełniać, by móc uczyć się tą metodą? Czy to metoda tylko dla dzieci? Kiedy najlepiej zacząć naukę gry na instrumencie metodą suzuki?

Super jest to, że nie musimy spełniać żadnych warunków, żeby zacząć naukę. Każdy z nas może grać! 🙂 Naukę można rozpocząć od najmłodszych lat. 3-letnich skrzypków jest całkiem sporo, ale też nie brakuje dorosłych, poważnych biznesmenów uczących się tą metodą i grających koncerty razem z dzieciakami 🙂 Każdy wiek jest dobry jeśli tylko chce się grać.

Czy rodzic „nie-muzyk” może być przewodnikiem swojego dziecka w nauce gry na instrumencie? 

Zapisując swoją pociechę na zajęcia, każdy rodzic sam musi przejść szkolenie i przez miesiąc chodzić na własne lekcje skrzypiec. Dopiero po tym czasie do akcji wkracza dziecko ze swoimi mikroskrzypeczkami 🙂 Oczywiście po upływie miesiąca każdy dorosły może dalej kontynuować naukę, co jest bardzo mile widziane.

Taki „nauczony” rodzic daje przykład ćwicząc w domu i wie jak pilnować dziecko, żeby od samego początku ćwiczyło we właściwy sposób. Poza tym rodzic zdaje sobie sprawę z tego, że to granie wcale nie jest tak proste jak może się wydawać, a systematyczna praca w domu uczy obowiązkowości.

Nie wspomniałam jeszcze o dodatkowych lekcjach grupowych, które, poza lekcjami indywidualnymi, również są istotnym punktem nauki. Dlaczego? Ponieważ dają możliwość naśladowania, współpracy i jednocześnie zabawy z rówieśnikami.

Najważniejszym punktem jednak jest systematyczna praca z rodzicami w domu, ponieważ nie ma większego autorytetu dla dziecka niż rodzic. W związku z tym dziecko w naturalny sposób będzie naśladować rodzica, nie nauczyciela, który tylko pomaga i nakierowuje 🙂

A co ze skrzypcami, skąd je wziąć? 

W większości szkół można je wypożyczyć. Nauczyciele wiedzą jaki rozmiar skrzypiec będzie dla Ciebie i Twojej pociechy najlepszy. Oczywiście można też kupić instrument, natomiast w przypadku dzieciaków jest to nieopłacalna opcja ze względu na to, że rosną…

Jeśli oczywiście chcesz możesz kupić skrzypce przez w sklepie muzycznym lub przez Internet. Ale czy będą dobre? :/ W zasadzie te malutkie skrzypeczki nigdy nie brzmią oszałamiająco… można wydać 250 lub 700zł. Te droższe prawdopodobnie będą ładniej wykonane, ale czy będą dobrze brzmieć, hmmm… 

Co z nauką teorii? 

Nie jestem pewna czy we wszystkich szkołach w Polsce, ale generalnie teoria pojawia się w późniejszych latach edukacji. To dlatego, żeby dzieciaki spokojnie mogły dalej kontynuować naukę np. w szkole drugiego stopnia 🙂

Czy ta metoda jest lepsza od tradycyjnej? 

Wg mnie Metoda Suzuki jest lepsza od tradycyjnej, dlatego że wszystko odbywa się w miłej, rodzinnej atmosferze, bez przymusowych egzaminów, w naturalny sposób i poprzez zabawę 🙂 Dlatego grono jej zwolenników stale rośnie!

Jak długo trwa nauka ta metoda? 

Nauka trwa dopóki  nie ukończy się ostatniej książki z serii Suzuki Violin School. Ale nie ma określonego deadline’u. Każdemu to zajmuje taką ilość czasu jaką potrzebuje żeby ogarnąć cały ten materiał.

Jak można stać się certyfikowanym nauczycielem tej metody?

Żeby stać się certyfikowanym nauczycielem Suzuki należy ukończyć 6-stopniowy kurs nauki tą metodą. Po każdym poziomie zdaje się egzamin teoretyczny oraz praktyczny i dostaje się certyfikaty z kolejnego poziomu.

Co gdy wszystko idzie gładko i z entuzjazmem, aż nagle dziecku się „odwidzi”? Jak przełamać kryzys u dziecka? 

Dzieciakom jak wiadomo może się odechcieć w każdej chwili i to nie raz… 😉 Sposobów na zachęcenie i mobilizację jest masa. Można je znaleźć w Internecie na różnych grupach wsparcia rodziców Suzuki 🙂 

 

Ania Staniak – gdyby nie skrzypce zostałaby prawdopodobnie sportsmenką. Wybrała jednak muzykę, a w związku ze swoją wielką miłością do dzieci również nauczanie. Jest absolwentką krakowskiej Akademii Muzycznej. Jeździ po świecie koncertując z Orkiestrą Akademii Beethovenowskiej i kwartetami smyczkowymi Fusion Strings oraz InQuartet.