Chodzi mi to po głowie już od kilku lat. Zanim zostałam mamą i założyłam Pomelody zetknęłam ze stwierdzeniem, że każde dziecko rodzi się z talentem muzycznym. Postanowiłam ten temat zgłębić, a że praktyczna ze mnie kobieta, to ostatnie lata poświęciłam temu, w jaki sposób tego potencjału w dziecku nie zabić, a następnie: jak zapewnić mu odpowiednie środowisko rozwoju.

Moje pierwsze dziecko pokazało mi, że w muzyce chodzi o radość jej tworzenia, a nie o teorię jej wykonywania. Na drugim dziecku sprawdziłam, na czym to wszystko dokładnie polega. Przyszedł czas na trzecie dziecko i kolejny etap mojego rozwoju. Tym razem na tapetę biorę słuch absolutny. 

Na etapie muzycznego kształcenia się, z ludźmi ze słuchem absolutnym spotykałam się wielokrotnie. Następnie, na etapie dokształcania się w zakresie umuzykalniania niemowląt i dzieci spotykałam się z tezą, iż dzieci z takim słuchem się po prostu rodzą, ale nierozwijany zanika.

Postanowiłam więc uporządkować te sprawy przede wszystkim dla siebie, a kiedy niektóre kwestie zaczęły mi się układać w całość pomyślałam, że chciałabym tę umiejętność rozwijać u mojego trzeciego dziecka. Wpisem tym rozpoczynam pewnie jakąś dłuższą drogę, ale chcę nim usystematyzować pewne kwestie, które posłużą zarówno muzycznym laikom, jak i profesjonalnym muzykom, którzy ze zjawiskiem się zetknęli osobiście, ale nijak się to przekłada na wiedzę jak prowadzić muzycznie swoje własne dziecko.

Czym jest słuch absolutny?

Najprościej rzecz ujmując słuch absolutny to umiejętność identyfikowania (lub wydobycia) dowolnej wysokości dźwięku bez odnoszenia się do wysokości wzorcowej. Stwierdzenie to nabiera sensu, gdy uświadomimy sobie, że większość ludzi percypuje wysokości dźwięku w sposób relatywny. Taki słuch możemy nazwać słuchem względnym (relatywnym) i ćwiczymy go w procesie umuzykalniania.

Czyli kiedy ktoś zagra nam na instrumencie dźwięk C mówiąc – „to jest dźwięk C”, a po chwili zagra dźwięk „G”, będziemy w stanie określić wysokość tego drugiego poprzez odniesienie się do wzorca. Słuch absolutny nie wymaga, by dana wysokość zaistniała w jakiejś relacji do innej wysokości. Osoba z taką umiejętnością słyszy „A” i nazywa ten dźwięk „A”, tak samo jak większość z nas widzi kolor czerwony i nazywa go kolorem czerwonym bez konieczności przyłożenia go do czegoś niebieskiego. 

Ponoć słuch absolutny miał zarówno Beethoven jaki i Mozart. Z drugiej jednak strony słuchem relatywnym – czyli takim jak ja – posługiwał się Brahms i Wagner.

Analogia do kolorów jest całkiem obrazowa, zastanówmy się bowiem nad tym, jaką ilość czasu i uwagi poświęcamy w procesie uczenia dziecka nazywaniu kolorów, które widzi, a jaką nazywaniu dźwięków, które dziecko słyszy. Może więc słuch absolutny nie jest jakimś ponadnaturalnym supertalentem, ale możliwością dostępną całkiem szeroko, której po prostu nie wykorzystujemy?

Pomysły na malowanie z najmłodszymi 2

Natura i geny czy wychowanie i trening?

Mówi się, że statystycznie słuch absolutny posiada jedna na 10 tysięcy osób. Jednak wśród osób posługujących się językami tonalnymi (mandaryńskim, wietnamskim, tajskim itp.) umiejętność ta występuje 30% częściej (ciekawe badania na ten temat prowadzi Diana Deutsch). W językach tonalnych wysokość dźwięku – ton, ma funkcję dystynktywną i decyduje o znaczeniu wyrazu. To czy daną samogłoskę w na pozór „tym samym wyrazie” wypowiemy na tej samej czy wznoszącej się wysokości, może zupełnie zmienić znaczenie słowa. Stąd płynie wniosek, że wychowanie i trening umiejętności rozpoznawania wysokości jest ważniejszy niż bagaż, który otrzymujemy w genach.

Ale ta akurat informacja czytelników mojego bloga zdziwić nie powinna, jako że od zawsze trąbię tu o przeważającej roli bogatego środowiska muzycznego i aktywnego muzykowania nad genami „po tatusiu, któremu słoń nadepnął na ucho”. 

Co do samych genów: może ktoś pamięta jeszcze z biologii, że istnieje coś takiego jak polimorfizm pojedynczego nukleotydu. Jest to zmienność sekwencji DNA polegająca na zmianie pojedynczego nukleotydu, który występuje w określonej pozycji w genomie. SNP czyli polimorfizm pojedynczego nukleotydu – z angielskiego Single Nucleotide Polymorphism, występuje normalnie w DNA danej osoby – średnio co każde 300 nukleotydów, co oznacza, że ​​w ludzkim genomie może być 10 milionów SNP.

Mogą one pełnić rolę markerów biologicznych, pomagając naukowcom zlokalizować geny związane z chorobą lub wyjątkowymi zdolnościami na przykład takimi właśnie jak słuch absolutny. Istnieje więc SNP zidentyfikowany jako RS 3057 lub „gen słuchu absolutnego”. Nie wiem jak się sprawy mają w Europie, ale ma go 50% Azjatów, więc nie jest to coś tak rzadkiego jak by się mogło wydawać.

Rozumienie i posługiwanie się muzyką a słuch absolutny

Wszystkie dzieci słyszą muzykę, ale jaką muzykę słyszą przez większość czasu? Najczęściej słyszą to, co jest przeciwieństwem muzyki wartościowej i co ja nazywam tandetą, jednak nie dlatego, że jestem radykalną wyznawczynią muzyki poważnej i się na popularną muzykę obrażam, ale dlatego, że jest to twór o bardzo niskiej zawartości informacji. Ich konstrukcja opiera się na kilku klawiszach i paru akordach (w większości T, S, D). Tak sam jak nie ograniczamy naszego języka do kilku prostych zdań, tak samo chcemy wystawić dzieci na interakcję z muzyką o wysokiej zawartości informacji. Tak się składa, że w kulturze zachodniej najczęściej jest to głównie muzyka klasyczna i jazz.

Słuch absolutny jest w pewnym sensie warunkiem wstępnym, aby muzykę chłonąć, odpowiednio przetwarzać, rozumieć, a następnie swobodnie tworzyć, ale istnieje prawdopodobieństwo, że rodzą się z nim wszystkie dzieci. Jednak po czasie ta umiejętność zanika (troszkę jak z pływaniem) ponieważ nie jest ćwiczona, używana i wzmacniana – nikt nie mówi dzieciom, że dźwięk C to C, F to F itd. skąd więc mają to wiedzieć?

Z dźwiękami jak z kolorami

Pomyślmy w jaki sposób uczymy się rozpoznawać kolory. Jest to proces, na który składają się wielokortne powtórzenia niemal każdego dnia. Codziennie dzięki zmysłowi wzroku widzimy całe spektrum kolorów od fioletowego do czerwonego, a następnie kojarzymy to z informacją, którą przyjmujemy wielokrotnie przez to, że ktoś powtarza nam, że czerwony to czerwony, a zielony to zielony. W ten sam sposób, dzięki zmysłowi słuchu wiązkę częstotliwości od około 16 do 20 tysięcy herców słyszymy niemal cały czas, ale w tym przypadku nikt nie mówi nam, że to jest C lub G, więc jak mielibyśmy się tego dowiedzieć. 

Spektrum dźwiękowe wydaje się szerokie, ale w zachodniej kulturze muzycznej dźwięki, do których naprawdę się odwołujemy to tak naprawdę te, które pojawiają się na klawiaturze fortepianu. Jest ich tylko dwanaście, ale pojawiają się one wielokrotnie w różnych rejestrach. W jaki sposób dzieci uczą się języka ojczystego: słyszą brzmienie tego samego słowa powtarzanego wielokrotnie dzień po dniu, zbierają statystyki na temat tych brzmień i po pewnym czasie znaczenia zaczynają przywiązywać się do poszczególnych słów. To samo dzieje się z dźwiękami. Słyszą wszystkie rodzaje dźwięków w naturze, ale te 88 konkretnych dźwięków częściej niż inne. Zaczynają więc układać je w głowie i słyszą je coraz częściej, ale wciąż ktoś musi je nazwać. Bez względu na to, jak często słyszysz dźwięk C, jeśli nie wiesz, że ten dźwięk to właśnie C, sam nigdy się tego nie dowiesz – wynika więc z tego, że powinniśmy nazwać dźwięki.

Jak wytrenować słuch absolutny?

Nie wiem.

Ale to, co postanowiłam w oparciu o powyższe informacje i przemyślenia to, aby osadzić w kontekście, ułatwić i uprzyjemnić sobie proces nazewnictwa dźwięków dla mojego najmłodszego syna, zapragnęłam stworzyć 24 drobne fragmenty muzyczne, z których każdy zaczynać się będzie ode mnie nazywającej brzmiące dźwięki trójdźwięku, po którym nastąpiłaby, krótka muzyczna forma w tej tonacji.

Może się co prawda skończyć, jak z naturalną higieną niemowląt oraz uczeniem niemowląt czytania metodą Domana – czyli pomysł mi się podoba, zapał mam wielki tylko czasu mi brak i systematyczności.

Ale pomysł podsuwam, bo może ktoś inny skorzysta.

Czy dorośli mogą wytrenować słuch absolutny?

Niestety. Gdyby zależało to jedynie od treningu, to wszyscy absolwenci Akademii Muzycznych kończyliby studia z tą zdolnością. 🙂

Tylko niemowlęta mogą rozwinąć słuch absolutny, a to dlatego, że dzieci rodzą się z niesamowitą zdolnością do przetwarzania jednostek fonetycznych każdego języka używanego na ziemi. To oznacza 6 500 różnych języków, które zawierają razem około 2 000 fonemów. Aby zrozumieć tę liczbę warto wspomnieć, że w zależności od przyjętych kryteriów liczba fonemów w języku polskim określana jest od 31 do 42. Ten okres zwiększonej plastyczności mózgu nazywany jest okresem krytycznym. Różnicę pomiędzy okresem sensytywnym (dotyczącym zdolności muzycznych w ogóle), a krytycznym (dotyczącym słuchu absolutnego) wyjaśnię poniżej. 

Dziesięć miesięcy przed pierwszymi urodzinami i na długo przed nauką mówienia dzieci są już oceniane pod kątem poświęcenia się swojemu językowi ojczystemu, w tym językowi muzyki. To taki czas, który po angielsku określić można by jako „use it or lose it”.  Mówiąc najprościej: jeśli niemowlęta nie muszą rozpoznawać pewnych dźwięków, wysokości lub tonów, tracą zdolność do tego. Mózg niemowląt składa się z miliardów neuronów rozgałęziających się, oddziałujących na siebie tworząc połączenia synaptyczne, im bardziej stymulujemy synapsy, tym bardziej wzmacniamy dane połączenia. Ale kiedy pewne synapsy nie są wzmacniane, zanikają bezpowrotnie. Kiedy dziecko jest zanurzone w języku muzyki, jego mózg analizuje go szukając powtarzających się wzorów i sekwencji. W ten sposób zaczyna się rozwijać słuch absolutny. 

To co więc robię to oprócz aktywnego tworzenia muzyki, poprzez wspólne muzykowanie z moim niemowlęciem, stwarzam mu także okazje do zanurzenia się muzyce zawierającej duży ładunek informacji. Jest to dla mnie zupełnie naturalne i przyjemne, jako, że bardzo lubię zarówno muzykę poważną jak i jazz. Mam nadzieję, że lada moment uda mi się także wprowadzić do codziennej rutyny nazewnictwo dźwięków i zobaczymy co z tego wyjdzie. 

*Okres sensytywny to czas w którym dziecko jest w stanie bardzo łatwo zdobyć pewne umiejętności lub wiedzę. Rozpoczyna się i kończy stopniowo. Po tym czasie przyswojenie umiejętności jest możliwe, ale znacznie trudniejsze.

*Okres krytyczny to czas, w którym musi wystąpić określone zdarzenie lub bodziec, aby nastąpił prawidłowy rozwój. Rozpoczyna się i kończy nagle. Po tym czasie obszary mózgowe przydzielone dla danej umiejętności dostosują się i zaczną pełnić inną funkcję.

P.S. Jeśli ktoś byłby tematem mocno zainteresowany to poniżej zamieszczam przydatną bibliografię (w języku angielskim):

1. Deutsch, E. O. Mozart: A documentary biography. 3rd edition, 1990, London: Simon and Schuster.

2. Deutsch, D. Absolute pitch. In D. Deutsch (Ed.). The psychology of music, 3rd Edition, 2013, 141-182, San Diego: Elsevier. [PDF Document] [Web Link]

3. Geschwind, N. and Fusillo, M. Color-naming defects in association with alexia. Archives of Neurology, 1966, 15, 137-146.

4. Deutsch, D. The Enigma of Absolute Pitch. Acoustics Today, 2006, 2, 11-18, [PDF Document]

5. Deutsch, D. Paradoxes of musical pitch. Scientific American, 1992, 267, 88-95, [PDF Document]

6. Terhardt, E., and Seewann, M.  Aural key identification and its relationship to absolute pitch. Music Perception, 1983, 1, 63-83.

7. Halpern, A. R. Memory for the absolute pitch of familiar songs. Memory & Cognition, 1989, 17, 572-581.

8. Levitin, D. J. Absolute memory for musical pitch: Evidence for the production of learned melodies. Perception & Psychophysics, 1994, 56, 414- 423.

9. Brady, P. T. Fixed scale mechanism of absolute pitch. Journal of the Acoustical Society of America, 1970, 48, 883-887.

10. Baharloo, S., Johnston, P. A., Service, S. K., Gitschier, J., and Freimer, N. B.  Absolute pitch:  An approach for identification of genetic and nongenetic components. American Journal of Human Genetics, 1998, 62, 224-231.

11. Lennenberg, E. H. Biological Foundations of Language. 1967, New York: Wiley.

12. Deutsch, D., Henthorn, T. and Dolson, M. Tone language speakers possess absolute pitch. Invited Lay language paper, 138th meeting of the Acoustical Society of America, Columbus, Ohio 1999.

13. Deutsch, D., Henthorn T. and Dolson, M. Absolute pitch, speech, and tone language: Some experiments and a proposed framework. Music Perception, 2004, 21, 339-356, [PDF Document]

14. Deutsch, D., Henthorn, T., Marvin, E., & Xu H-S. Absolute pitch among American and Chinese conservatory students: Prevalence differences, and evidence for a speech-related critical period. Journal of the Acoustical Society of America, 2006, 119, 719-722, [PDF Document]

15. Deutsch, D., Li, X., and Shen, J. Absolute pitch among students at the Shanghai Conservatory of Music: A large-scale direct-test study. Journal of the Acoustical Society of America, 2013, 134, 3853-3859, [PDF Document] [Web Link]

jesteś artystą - odkryj to w sobie

Hej, Ty! Tak, Ty. Jesteś artystą, serio. I udowodnię Ci to dzisiaj na 3 różne sposoby. Z płótnem z Pepco i akrylami z Biedry. Nie broń się, nie marudź, nie mów, że nie masz czasu, materiałów czy (o zgrozo!) kreatywności. Wszystko masz. A ja pokażę Ci, jak tego używać! 

Sztuka Cię szuka

Wierzę, że nie każdy ma akurat wolną ścianę, by zrobić sobie kosmos. Powaga, wierzę. Co prawda, jeśli jesteś w gronie szczęśliwców i masz ściany czy sufity do kosmicznych wojaży, to mega-turbo-hiper-fajnie! Koniecznie zajrzyj do mojego wpisu “Namaluj sobie kosmos!” po dokładne instrukcje. 

Jeśli jesteś ze mną dłużej, to zapewne widziałeś już także moje Pomysły na malowanie z maluchami (Nie widziałeś? Klikaj i nadrabiaj, warto!). Ale wychowanie przez sztukę nie jest tylko dla dzieci – owszem, jest przede wszystkim dla nich, ale głęboko wierzę, że każdy dorosły nosi w sobie artystę i czasem trzeba go tylko dopuścić do głosu. Mówicie mi o tym zresztą sami, bo… kupujecie moją książkę “Rok wychowania przez sztukę”, nie mając dzieci. To absolutnie wspaniałe! 

Metody, o których dzisiaj opowiem, znajdziecie też w mojej książce. Tak, nadają się zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Tak, w książce jest ich więcej. Tak, cała książka to kopalnia kreatywnych pomysłów, dzięki którym powiecie: “O kurde, jednak potrafię!”. Udowadniam, że łatwo oswoić sztukę i mieć z niej TYYYYYLE radości.

Kroplą farby namaluję… 

Są 3 drogi do tego, by odkryć w sobie artystę: 1. Próbować. 2. Próbować. 3. Próbować. Niezależnie od tego, którą z tych dróg wybierzesz, na pewno odnajdziesz cel! 😉 Dorzucę Ci zatem tylko krótką ściągę z rzeczami, które przydadzą nam się tym razem:

  • podobrazie – płótno, białe, zwykłe, takie z serii “3 sztuki za 30 zł”, mam 3 różne rozmiary, bo… akurat takie mam. Każde inne będą równie dobre. 
  • pędzel – jeden czy trzy, duży czy mniejszy, płaski czy puchaty – jaki chcesz. U mnie dodatkowo gąbeczka, daje ciekawy efekt.
  • farby akrylowe – najzwyklejsze z Biedry nadają się świetnie, serio. Mogą być też inne, bardziej “profesjonalne”, ale nie chcę słyszeć wymówek, że nie malujesz, bo nie masz czym! 
  • taśma malarska – moim zdaniem, powinna być w każdym polskim domu (jak kosz na śmieci pod zlewem ;)) 
  • taśma washi – brzmi egzotycznie, co? A to taka mniejsza taśma malarska z papieru, tylko ładniejsza.
  • suszarka – nie, nie żartuję!
  • ściągaczka do szyb – to chyba mój ulubiony przyrząd malarski! Za chwilę będziesz mieć tak samo, więc… 

… lecimy! 

Nie tylko na małym formacie

Uwielbiam abstrakcję. Uwielbiam tak bardzo, że czasem nie mogę się oprzeć i przenoszę ją na wielki format. Efekt zawsze jest dla mnie zaskoczeniem. Wiem też, że tego samego nie uzyskam 2 razy, ale… niezmiennie namawiam i głoszę, że warto! Zresztą, popatrzcie sami. W naszym domu niektóre ściany wyglądają tak i jestem z nich megadumna!

I tak:

To co dzisiaj zmalujemy? 😉 

Dziś będzie kosmicznie! Absolutnie nie z tego świata. Nie dość, że nie będzie o muzyce, to jeszcze się ubrudzę (i to solidnie, naprawdę solidnie!). Wiem, wiem, też macie na to ochotę, więc… zróbmy sobie KOSMOS! I to dosłownie. Zapraszam do mojego kosmodromu.

Po co mi ten kosmos? 

Jeśli ktoś z Was zadaje sobie takie pytanie, to… chyba nie czytał jeszcze mojej książki “Wychowanie przez sztukę”. Pomijając już ten najbardziej oczywisty z oczywistych faktów, czyli: kosmos jest super, to heloł – kto by się nie chciał budzić i patrzeć na gwiazdy (nawet, gdy za oknem południe i pieje kogut)? Ja bym chciała. Moi chłopcy też chcieli, więc mają – zrobiłam im kosmos w pokoju.

Czego potrzebujecie, by mieć własny kosmos?

Ściana to podstawa. Najlepiej w duecie z sufitem, wiadomo. Bez tego ani rusz. A gdy już macie powierzchnię, na której za parę godzin otworzycie własny kosmiczny portal, to zostają Wam tylko:

  1. Farby (u mnie: 3 odcienie błękitu i czarny – good home z Castoramy)
  2. Pędzle: 2 szersze do malowania ściany, 1 wąski do rozrzucania gwiazd 
  3. Wałek (noooo, powiem Wam, że jednak się przydał, chociaż używałam głównie pędzli)

I już. O folii zabezpieczającej, drabinie i innych takich nie mówię, bo to standardy.

Co musicie wiedzieć

Czy przy tym się chlapie? O taaaaaak, chlapie się cholernie. 

Czy warto? Bardzo, BARDZO warto.

Czy Twój kosmos będzie taki sam jak mój? Nie. I to jest piękne! 

Koniec zachęcania, nadszedł czas oglądania. Tutaj macie film, a pod nim – kilka zdjęć z mojego Insta, na których zdradzam dodatkowo, co zrobić, by w Waszym kosmosie zaświecił księżyc.

Niech stanie się księżyc

To nie tak, że ciągle mi mało, ale jeśli mam kosmos i mogę mieć księżyc, to sami wiecie – nie ma takiej siły, która mnie powstrzyma. Wyszło chyba fajnie, nie?

Mnie się podoba, więc wrzucę jeszcze jedno fotko:

I na koniec jeszcze inna perspektywa:

Mam nadzieję, że Wam również kosmicznie się podobało. To co, zrobicie sobie własny kosmos? 🙂

Pomysły na malowanie z najmłodszymi 2

Tak, malować można z zupełnym maluchem. Takim, że wiecie: rok czy 8 miesięcy i dopiero siada. Niesamowite? Odkrywcze? Zaskakujące? Wcale nie. Po prostu, trzeba się przełamać, może lekko zainspirować, podpatrzeć, jak robią to inni… Dlatego właśnie przychodzę do Was z konkretem: 3 sposobami na to, jak malować z bardzo małym dzieckiem. Bo się da. Można. A ile zabawy jest przy tym! Poczujecie to sami. Zapinajcie pasy – jedziemy!

Pomysły na malowanie z najmłodszymi

Zanim zaczniemy…

Muszę Wam oczywiście powiedzieć, (bo: wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc zadbam o Wasze “żołądki” już teraz 😉 ), że ciężarówkę konkretnych tipów i przepisów z dokładną listą niezbędnych elementów do codziennego wychowywania estetycznego, daję w książce “Wychowanie przez sztukę”. Tam znajdziecie info, co i jak dla małych, większych, dla tych całkiem dużych, słowem: nie da się ukryć, że warto.

Jak to się robi – 3 sposoby na malowanie z maluchem

Ale wróćmy do tematu. Kiedy mówię ludziom, że z rocznym dzieckiem można śmiało malować farbami, zazwyczaj spotykam się z wielkimi wybałuszonymi oczami i pełnym trwogi: ALE PRZECIEŻ DO BUZI! Tak, tak, wszyscy wiemy, że małe dzieci wkładają do buzi, co popadnie, ale serio, da się to obejść. Spokojnie, rodzicu, to tylko malowanie! 

I to na 3 świetne sposoby:

  1. Malowanie czymś innym niż pędzel (i tu spoiler: genialny grzebień przyniosłam na tę okazję!)
  2. Malowanie “pieczątkami”, ale takie, do którego nie trzeba obierać ziemniaków (wiem, że za to na pewno docenicie ten pomysł)
  3. Malowanie – odkrywanie, czyli, jak to zrobić, by maluchowi chciało się ćwiczyć rączkę i machać nim po kartce

Takie rzeczy właśnie. Dodam tylko, że wszystkie potrzebne elementy do każdej z tych 3 zabaw, macie zapewne w domu, więc możecie się tak bawić z maluchem jeszcze dziś. I że na końcu filmu opowiadam o żalach, które powieszę na ścianie w specjalnym pokoju, więc… Oglądajcie!

Jak to u mnie wygląda w praktyce?

Zakładam, że w tym momencie jesteście już po obejrzeniu filmu na YT. Pewnie niektórzy z Was myślą: “Eeeeee, pogadała, poopowiadała, ciekawe, czy sama tak robi”. Otóż: robię. Ba, uwielbiam to i chwalę się tym nawet na moim Instagramie (serio, totalnie uważam, że dziecięca twórczość absolutnie na to zasługuje). 

Dlatego nasze malowanki możecie zobaczyć chociażby tu:

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Anna Weber (@annavonweber)

i tu:

A tu jeszcze zanim zamieszkaliśmy w domu:

i jeszcze tu:

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Anna Weber (@annavonweber)

Wychowanie przez sztukę jest proste. Dzieci noszą w sobie potrzebę ekspresji, wystarczy dać im tylko możliwość na jej pokazanie. Bogate środowisko estetyczne we własnych 4 ścianach buduje się od takich małych rzeczy, jak malowanie klockiem czy grzebieniem. Czy to nie cudowne? 

Pssst! Jeśli nie masz dzieci, ale też chcesz zacząć malować i nie wiesz jak, czym, w którą stronę – polecam Ci mój film Malowanie dla dorosłych. 

Wszyscy jesteśmy wrażliwi estetycznie. W różnym stopniu, ale wszyscy. Nie miałam nigdy co do tego wątpliwości, zwłaszcza w chwilach gdy obserwowałam, jak maleńkie dzieci reagują na muzykę, kolory, przyrodę. Jest to jednak kwestia elementarna dla zagadnienia gustu, ponieważ nie można dyskutować o kształtowaniu smaku jeśli się uznaje, że niektórzy „z urodzenia” wcale wrażliwości estetycznej nie mają.

Jeśli nawet w rozwijaniu tzw. wybitnego talentu tak ogromną rolę odgrywa środowisko, to o ile bardziej jest to istotne w przypadku potencjału przeciętnego (takiego jakie posiada większość z nas – ale wystarczającego!)

Skoro samego Chopina w tak znakomitym stopniu ukształtowała atmosfera domu, treści z jakimi się stykał, ekspozycja na dobrej jakości muzykę, kontakt ze wspaniałymi artystami, a był to niewątpliwie człowiek wybitny, to tym bardziej my potrzebujemy takiej stymulacji. Już jako dzieci!

Czy w takim razie odbiór muzyki jest sprawą obiektywną i jazz jest po prostu lepszy od rocka, a pop bardziej wartościowy niż hip-hop? Nie, nie w tym rzecz.

W ramach większości gatunków muzycznych utwory mogą być dobre lub złe. Każdy z nas słyszał pewnie nową aranżację czy cover znanej piosenki, która podobała nam się zdecydowanie bardziej niż ta oryginalna. Można więc jedną i tę samą piosenkę zrobić i dobrze i źle. I to jest właśnie sprawa kluczowa dla tematu kształtowania gustu.

Po wysłuchaniu jakiegoś kiepskiego kawałka techno i oryginalnego drum and base, można w zupełnie obiektywny sposób odpowiedzieć na pytanie, który utwór jest lepszy. Będzie to jednak dyskusja nierozerwalnie związana z warsztatem kompozytorskim lub wykonawczym. Dlatego właśnie można uznać jakąś muzykę za wartościową, a inną za tandetę. Z tego samego powodu można również nie przepadać za jazzem, mając jednocześnie świadomość, że to niesamowicie bogata, dobra muzyka, a także mieć ochotę posłuchać niewymagającego popu, zdając sobie sprawę z tego, że akurat ten „kawałek” nie jest najwyższych lotów. 

Trzeba jednak brać pod uwagę, że umiejętność zrozumienia i docenienia muzyki lub obrazu, który nie jest jak cukier – prosty, słodki i łatwo przyswajalny, po prostu wymaga treningu. Wysiłek w niego włożony zwróci się z nawiązką. Energia powstała pod wpływem obcowania z wartościową, wymagającą treścią jest bowiem znacznie większa. Jest to swego rodzaju inwestycja i dokładnie ten proces mam na myśli, stwierdzając, że gust wymaga kształtowania. 

Jeśli więc zapytacie mnie, czy tandetny pop w samochodzie raz na jakiś czas „zniszczy dziecko”, to ja zapytam, jak wiele dobrej muzyki słucha na co dzień. Bo to znowu jest tak jak w tym porównaniu z dietą. Czy hamburger raz na jakiś czas „zabije” dziecko, jeśli jego dieta jest stale pełnowartościowa i zbilansowana? Nie ma więc co dać się zwariować, ale na pewno warto skupić się na tym, by muzyka jaka otacza dziecko, była po prostu bogata i wartościowa.

A kto jest zachęcony do zgłębienia tematu kształtowania gustu, tworzenia pięknego domowego środowiska – jednym słowem – #wychowania przez sztukę tego odsyłam do tej książki.

O tym dlaczego w ogóle zacząć wychowywanie przez sztukę, oraz bardzo rozlegle o tym jak to dokładnie zrobić napisałam właśnie całą książkę (można zobaczyć tutaj), a ten wpis ma tylko lekko Was zainspirować.

Mamy w domu maluszka, 10 miesięcy, półtora roku – te klimaty. Wiemy już jak ogromną wartość wnosi obcowanie ze sztuką i przymierzamy się do tematu wprowadzenia jej elementów do naszego życia. 

Od czego zacząć? Jak to sobie zorganizować? 

Dziś o tym.

Praktycznie. 

W szczególności jednak skupiam się na aktywnym tworzeniu. 

O wprowadzeniu do odbierania sztuki innym razem. 

Rodzic jest najważniejszy

Tak. Właśnie rodzic. Bo jak on się zniechęci, to już pozamiatane. Dlatego proponuję tu podejście wymagające jak najmniej przygotowań, sprzątania i kosztów. Pewnie, że można by kreatywniej, z większym rozmachem czy coś. Ale względny komfort rodzica w tym wszystkim to rzecz najważniejsza, bo dziecko będzie lubiło to, co będzie wprawiało Was oboje (i rodzica i dziecko) w dobry nastrój, większe znaczenia ma tu więc dobra atmosfera jaką budujecie niż sam efekt końcowy. Rola rodzica nie sprowadza się do przygotowania farb i posprzątania stołu lub kupienia instrumentów. Jeśli chcesz by dziecko czytało książki – czytaj książki. Jeśli chcesz by dziecko tworzyło i rozwijało kreatywność – twórz i rozwijaj się z nim. 

Brak oczekiwań

Nie chcemy by dziecko było Mozartem lub Van Goghiem. W ogóle nic namacalnego nie chcemy osiągnąć. Nie mamy na celu wyprodukowania dzieła, opanowania techniki malarskiej ani zrobienia domowej wystawy prac. Skupiamy się w całości na procesie, doświadczaniu, byciu razem.

Aktywne tworzenie zamiast biernej percepcji

O tym w sumie jest cały ten blog, ale i tu warto podreślić bo to jest ten element, który w przestrzeni plastycznej przychodzi naturalniej, no bo albo obraz oglądam, albo biorę farby i maluję. Ale jeśli nie wezmę farb i na oglądaniu poprzestaję, to się potem nie dziwię, że nie umiem malować, no bo i jak skoro pędzla w rękach nie miałam. Mówiąc „nie umiem malować” mamy na myśli – nie trenowałam. A w muzyce jakoś tak nam się wydaje, że możemy słuchać, słuchać, słuchać, a potem otworzyć paszczę i zaśpiewać. No a jak nie zaśpiewamy dobrze to znaczy, że się nie nadajemy po prostu. Mówiąc „nie umiem śpiewać” – mamy na myśli – ja talentu nie otrzymałam. Ciekawe prawda?

Co warto mieć

Warto podkreślam – a nie „należy”

Od strony muzycznej
  • Kilka dziecięcych instrumentów (na blogu znajdziecie wiele wpisów na ten temat)
  • Książeczki do śpiewania 
  • Różnorodna muzyka, która zachęca do współwykonywania – podśpiewywania, tańca, grania na czym popadnie (w sklepie pomelody znajdziecie wszystko, co potrzeba w tym temacie) 
  • Łatwy w obsłudze odtwarzacz muzyki
  • Instrument rodzica – czyli w pierwszej kolejności oczywiście głos i ciało, ale jeśli dodatkowo gra na czymś no to wiadomo niechaj to robi codzienni przy dziecku i dla dziecka. A jeśli nie to polecam ukulele, nauczenie się kilku chwytów i granie niezliczonej ilości piosenek na tych kilku akordach opartych. Nauczyć może się każdy. Naprawdę. I tu odsyłam do „jutubów” bo specjalistką od zakupu dobrego ukulele nie jestem.

Następnie sprawa sprowadza się do śpiewania, grania, tańczenia nawet gdy nie robi tego dziecko (bo jest za małe, albo wcale nie miało na to właśnie ochoty) lub dołączania do dziecka gdy ono pierwsze wyciągnie instrumenty, książeczki do śpiewania czy zacznie bujać się w rytm muzyki. 

O tym jakie muzyczne aktywności fajnie jest wprowadzić w domu pisałam tu (link poniżej), a jeśli ktoś chciałaby w tym zakresie doszkolić się naprawdę fachowo to polecam mój kurs on-line.

Rytuały muzykowania, które warto stosować w domu lub w pracy z dziećmi

Od strony plastycznej
  • Farby do malowania palcami – w większej butelce – 3 kolory podstawowe: niebieski, czerwony, żółty + biały i czarny
  • Farby w pisakach/farby w sztyfcie (Biedronka)
  • Farby akwarelowe
  • Pędzel z gałką
  • Pędzel gąbkowy – taki do stempelkowania
  • Mały wałek do malowania 
  • Duże arkusze(!) papieru

Ewentualnie

  • Tablica kredowa + kreda lub biała magnetyczna + mazaki suchościeralne
  • Barwniki spożywcze – bo wtedy jadalne farby można zrobić samemu

To są rzeczy od których wygodnie jest rozpocząć. Nie uwzględniłam w nich kredek, pomponów, ciastoliny, stempelków, naklejek i całej gamy innych plastycznych rekwizytów jako, że po pierwsze uważam, są one bardziej skomplikowane w użyciu, a po drugie skupiam się tutaj na takim „podstawowym malowaniu”, które ma w dziecku wyrobić nawyk samodzielnego sięgania po farby samemu. Tak samo w przypadku instrumentów. 

„Kreatywność wymaga odwagi” stwierdził Henri Mattisse. A ja bym chyba dopowiedziała: kreatywność dziecka wymaga odwagi jego rodzica 😉

Uchwycić moment

Skoro o samodzielnym sięganiu mowa. Uważam, że warto od samego początku umożliwić dzieciom dostęp do powyższych materiałów. I nie mam wcale na myśli ich wszystkich. Ja zorganizowałam się w ten sposób, że na wysokości dzieci dostępne jest jedno pudełko z farbami, pędzlami i wałkami, a także plik kartek oraz drugie pudełko z małymi instrumentami. Kiedy dzieci wyciągają takie pudełko z instrumentami to albo nie robię nic – tylko obserwuję, albo po chwili przysiadam się i dołączam do gry. Tak samo w przypadku malowania. Gdy dziecko sięga po te podstawowe rzeczy to sadzam je przy stole i szybko organizuję w okół niego przestrzeń wystawiając pozostałe przybory które trzymam wysoko.

Stanowisko do malowania 

Jakoś nigdy nie miałam z malowaniem po ścianach czy innych niż kartka miejscach problemu. Oczywiście pojedyncze wypadki się zdarzały, ale nie był to jakiś przewlekły problem. Może przez to, że z każdym dzieckiem zaczynałam bardzo wcześnie, a może takie egzemplarze mi się trafiły. A może po prostu mam wielką tolerancję na kolorowy brud 😉 W każdym razie jeśli zaczynacie późno czyli np. z półtorarocznym czy dwuletnim dzieckiem lub gdy Wasz mały artysta zupełnie nie rozumie czemu miałby ograniczać się do kartki to pozostaje łazienka. Kartka powieszona na ścianie prysznica w przypadku dzieci stojących, a w przypadku siedzących wanna. Po prostu. 

W moim przypadku sprawdziły się jednak również takie opcje:

  • malowanie na podłodze – raczej dla rodziców o mocnych nerwach, bo jak wielka nie byłaby kartka, maluch w końcu z niej zejdzie. Ale jeśli o tak nadchodzi czas kąpieli to czemu, by nie rozebrać malca, a potem przetransportować prosto do wanny
  • malowanie przy stole – w przypadku dziecka siedzącego, ale nie chodzącego jeszcze najlepiej sprawdzało mi się sadzanie go przy stole w krzesełku do karmienia. Fizycznie nie ma ono wtedy możliwości pomalować ścian. Umożliwia to też rodzicowi wygodne towarzyszenie maluchowi. Ja osobiście rozkładam na stole wielki arkusz papieru, przyklejam go do stoły taśmą i po prostu się brudzimy. Plastikowe krzesełko wkładam potem do wanny i spłukuję.
  • Malowanie na stojąco – w przypadku dzieci już chodzących najlepszą z mojego doświadczenie możliwą przestrzenią jest powierzchnia pionowa do której przymocować można arkusz oraz mały stoliczek z farbami. Jeśli nie ma możliwości zrobić tego na zewnątrz (płot! To jest to!) lub na balkonie (tam też z reguły bardzo szybko myje się podłogę) to można spróbować zorganizować taki kącik w domu. Nie sprawdziła się u nas tablica z Ikei – jest za wysoka dla malucha, ale dobrze działa arkusz papieru powieszony na drzwiach  (a drugi przyklejony do podłogi pod nim) lub po prostu malowanie przy oknie balkonowym. Szybę szybko się myje 😉

Trzeba liczyć się z tym, że swobodny dostęp do farb oznacza, że którego dnia po „chwili nieuwagi” wejdziemy po pokoju i naszym oczom ukaże się żywy obraz 😉 dlatego wyjściem z sytuacji jest też tablica zamontowana nisko na ścianie. Może to być zarówno taka suchościeralna jak i kredowa. Chodzi o to by dziecko mogło samo z niej skorzystać, a my możemy wtedy wychwycić ten moment gdy się tym interesuje i zaproponować mu więcej możliwości. 

#WYCHOWANIEPRZEZSZTUKĘ

Największym problemem, na jaki napotykam, jest brak jakiejkolwiek refleksji nad znaczeniem sztuki w wychowaniu i życiu człowieka. Jednak z racji położenia, w jakim znajduję się zawodowo i prywatnie, w sposób naturalny otaczają mnie ludzie gotowi do rozważań w tym obszarze. I wtedy najczęstszym przypadkiem jest totalny brak zrozumienia, czym jest wychowanie przez sztukę.

Zobacz film: Jak wyglada wychowanie przez sztukę? tutaj (link)

Z mojego doświadczenia, wielu to pojęcie najczęściej kojarzy się z wychowaniem do odbioru sztuki, a więc kształceniem w zakresie teorii malarstwa, teatru, nauka nut, przyswojenie nazwisk reżyserów, artystów, tytułów obrazów. Drugie najpopularniejsze skojarzenie to szeroko pojęte kreatywne spędzanie czasu z dzieckiem. I to głównie w obszarze prac plastycznych: kolorując i robiąc własne slime’y. 

Możliwe, że także wśród czytelników tego bloga znajdzie się grono osób, które zechce potraktować książkę Rok wychowania przez sztukę przede wszystkim jako zbiór pomysłów na twórcze zabawy. I dobrze, lepszy rydz niż nic, ale to nie jest to pełnia mojego zamysłu na nią.

Problem z pierwszym podejściem (wychowania do odbioru dzieł sztuki) jest taki, że tego rodzaju wiedza wydaje się kompletnie bezużyteczna, nadająca się co najwyżej na lekko burżuazyjne hobby. Drugiej wizji trudno odmówić wdzięku, ale nie wydaje się, żeby była jakąś integralną częścią wychowania drugiego człowieka. Raczej sposobem na zabicie czasu i zajęcie czymś dzieci. Stąd też, gdy rodzic ma się za „niekreatywnego” czy mającego dwie lewe ręce do prac ręcznych, taką sferę jak wychowanie przez sztukę przekreśla na wstępie w całości, klasyfikując jako „nie jego bajkę”.

Dlaczego napisałam książkę Rok wychowania przez sztukę?

Bo widzę ogromną lukę pomiędzy naukową refleksją nad rolą sztuki i jej obecnością we współczesnej edukacji i wychowaniu, a codziennością wielu ludzi, którzy choć odczuwają niekiedy wewnętrzną potrzebę uczestnictwa w sztuce, to jednak stanowi ona według nich równoległą rzeczywistość, do której dostęp jest przeznaczony tylko dla wybranych.

Zobacz film: Napisałam książkę! Co ja sobie myślałam? – tutaj (link)

Z jednej strony widzę aktywność naukowców, których przemyślenia i postulaty zaklęte są w esejach sygnowanych przez wydawnictwa akademickie i pisane językiem właściwym tej grupie. Z drugiej – „skroluję” liczne blogi z pomysłami na prace artystyczne i kreatywne spędzanie czasu z dzieckiem i boleśnie odczuwam, jak bardzo płytkie, pobieżne, a czasem nawet chybione jest to działanie.

W mojej artystycznej duszy, przyobleczonej w osobowość praktyka i ciało matki, która na świat wydała trzech chłopców, powstało wielkie pragnienie zasypania tej przepaści – to potężnych rozmiarów czeluść pomiędzy głęboko refleksyjną teorią sztuki i wychowania, niedostępną dla przeciętnego zjadacza chleba, a propozycją „pomysłowych zabaw i artystycznych aktywności”, która jest budowana na grząskim i pozbawionym fundamentów gruncie.

Jest jeszcze jedne powód, dosyć praktyczny. Robię coś, co się sprawdza. Towarzyszy mi przy tym uczucie dokonywania jakiegoś odkrycia i jest to doznanie ekscytujące, które trzepocze we mnie, chcąc rozwinąć skrzydła i ulecieć w przestrzeń. Więc skoro to działa, skoro może zbierać pokaźniejszy plon na gruntach rozleglejszych niż moje rodzinne poletko, to niech leci, niech pracuje, bo nie lubię marnowania.

Jestem nerwusem, cholerykiem, a sztuka pomaga mi ogarniać własne emocje i regulować domową atmosferę. Kiedy tracę cierpliwość, gonię między obiadem, pracą, jednym-drugim-trzecim dzieckiem, sztuka reguluje mój oddech, pozwala mi spojrzeć inaczej, nabrać dystans. Bez tego byłabym pewnie mocno znerwicowaną kobieto-matką.

Moje dzieci są nerwusami, cholerykami, i, coż, nie mogę się za to na nich gniewać, mają to przecież po mnie. Sztuka pomaga im się wyciszyć, czymś się zachwycić, ćwiczyć uważność, spokój, skupienie. Obserwuję, jak tworzą, rozkwitają, znajdują rozwiązania, koncentrują się coraz dłużej, mają sobą tyle do powiedzenia, a ich warsztat, tego w jaki sposób to wyrazić, się poszerza i myślę sobie wtedy: „Kurczę, to jest naprawdę dobre!”

KSIĄŻKA DOSTĘPNA >> TUTAJ

Dla kogo jest ta książka?

Czy to jest książka dla rodziców? Z pewnością! Ale czy tylko? Na pewno nie.

Kluczowe nie jest to, czy jesteś rodzicem, bo zawsze jesteś przede wszystkim sobą. Jesteś twórczy, ale boisz się nazwać siebie artystą (bo nie ukończyłeś studiów kierunkowych, a Twoje prace nie są wystawiane w muzeach na całym świecie). Albo czujesz, że sztuka Cię pociąga i mogłaby Ci się spodobać, ale nie masz pojęcia, jak się za to wszystko zabrać. A może to mit talentu związał Cię i usadowił w miejscu dla tych, którzy się „nie nadają”?

Jeśli czułeś niedosyt twórczy, będziesz czuć go nadal, a samo bycie rodzicem niewiele zmieni. Ale ten status daje impuls i możliwości: nową szansę, ponieważ fizycznie cofasz się do świata instrumentów, farby, wierszy. Możesz zacząć od nowa.

Bez względu na to, co Cie powstrzymuje, Twój dzisiejszy dzień może być bardziej twórczy niż wczorajszy! A atmosfera Twojego domu może stać się swobodniejsza, radośniejsza i bardziej artystyczna. Otrzymasz wskazówki i przepisy, ale nie znajdziesz tu zupełnie gotowych rozwiązań. Nie o to chodzi. Będę podpowiadać, wyjaśniać i nakierowywać Cię zarówno treścią rozdziału na każdy tydzień, jak i pomysłami, którymi możesz się zainspirować. Dostaniesz wszystko, czego potrzeba, ale to od Ciebie zależy, jak będzie potem przebiegać Twoja kreatywna ścieżka.

To jest książka o rozwijaniu i pielęgnowaniu u siebie postawy twórczej, kreatywności, wrażliwości, zachwytu. O tym, że nigdy nie jest za późno na naukę gry na instrumencie, chwycenie pędzla albo napisanie wiersza, ale także o tym, jak się konkretnie za to zabrać, niezależnie od tego, czy lat masz kilkanaście, kilkadziesiąt, czy robisz to dla swojego kilkumiesięcznego malca.

KSIĄŻKA DOSTĘPNA >> TUTAJ