Najprostsza odpowiedź na pytanie zadane w tytule brzmi: wszystko! i nic!

Sama wielokrotnie skorzystałam z pomocy kanału Super Simple Songs, a nawet uważam, że przyczynił się on w pewnym stopniu do tego, że mój trzylatek jest dwujęzyczny (jesteśmy polską rodziną mówiącą z wyboru do dzieci po angielsku). Bo jeśli traktuje się go jako inspiracja – źródło prostych piosenek, które mają za zadanie wprowadzić dziecku angielskie słownictwo, oglądając je sporadycznie, a w większości przypadków śpiewając dziecku lub z dzieckiem, to wszystko jest w porządku. Sytuacja zmienia się gdy Super Simple Song, Mother Goose Club, Dave and Ava czy kanały im podobne stają się głównym źródłem muzyki i animacji w naszym domu, a my zamiast śpiewać „puszczamy dziecku piosenki”. Wtedy wychowujemy pokolenie bez gustu – po prostu.

By zrozumieć czym różni się bogate estetycznie środowisko, którym w celu pielęgnowania ich gustu powinniśmy otaczać dziecko, od muzyki, animacji czy ilustracji typu fast food zapraszam do osobnego wpisu na ten temat. Tutaj chciałabym poruszyć temat konkretniej, na przykładzie animacji typu Super Simple Songs.

Poczucie dobrego smaku kształtuje się powoli i wymaga pielęgnowania

Czy i w jakiej mierze otoczenie oraz wychowanie mają wpływ na kształtowanie się „dobrego smaku”? Aby się o tym przekonać przebadano dzieci w przedziale wiekowym od siedmiu do jedenastu lat – wychowanych w atmosferze wysokiej kultury plastycznej, otoczonych pięknymi książkami dla dzieci, które nie miały w domu kontaktu ze złymi ilustracjami.

Jedenastoletni chłopiec, przyglądając się obrazkowi Trzy świnki M. Karwina przejawiającemu typowo disnejowską manierę, choć nie potrafił dokładnie ująć w słowa swoje wrażenia –

„…jakoś tak brzydko namalowane, tylko te świnki na pierwszym planie, a otoczenia to nie widać… I kolory takie sztuczne” — widać, że ilustracje te traktuje jako coś, do czego nie można mieć poważnego stosunku.

Dziecko jest w zdolne do przeżyć estetycznych, ma też potrzebę obcowania z przedmiotami i zjawiskami, które uważa za piękne plastycznie, lecz nie jest zdolne do odróżniania rzeczy wartościowych od bezwartościowych pod względem artystycznym, chociaż w zakresie własnej twórczości przejawia często zadziwiające wyczucie estetyczne.

Chcąc zgłębić ten temat, zdecydowano się przeprowadzić inne badania. Pokazano dzieciom dwie prace – Słoneczniki Van Gogha oraz „wątpliwej wartości artystycznej” ilustrację pocztówkową – i poproszono, aby wybrały, tę, która bardziej im się podoba. Badani w wieku od pięciu do sześciu lat, wybierali obraz artysty, lecz starsze z reguły obstawiały alternatywny kicz. Wyniki uznano za dowód negatywnego wpływu otoczenia oraz m.in. złej ilustracji książkowej, na niszczenie wrodzonego poczucia estetycznego dziecka.

Dokładnie tak samo dzieje się w przypadku muzyki. Najlepsze porównanie jakie przychodzi mi do głowy wiąże się z kuchnią. Staramy się ograniczać sól (czy glutaminian sodu) oraz pikantne przyprawy w diecie dziecka nie tylko ze względów zdrowotnych, ale także dlatego, że małe dziecko może cieszyć się w pełni bardzo delikatnym smakiem duszonych warzyw czy mięsa, wcale nie mając wrażenia, że czegoś mu brakuje lub podane mu jedzenia jest niesmaczne. Ale trwa to tylko do momentu gdy nie zasmakuje owych dodatków. Nie posolone ziemniaki dla kilku/kilkunastoletniego dziecka będą „niedobre”, rosołek bez kostki „bez smaku”, a kurczak „mdły”. Tak długo jak dziecko nie przeniknie „fast foodową” muzyką tak długo będą cieszyły go wszystkie odcienie folkloru, klasyki, jazzu, rocka, alternatywy, soulu itd.

Gust wyrabia się z wiekiem, choć dzieje się to powoli. Wiemy już, że kanały typu Super Simple Song nie spełniają więc kryteriów estetycznych (zarówno muzycznych jak i plastycznych).

W takim razie….

Jaka jest alternatywa?

Powtórzę raz jeszcze. Jeśliby skupić się jedynie na aspekcie nauki języka angielskiego poprzez piosenki, będę polecać takie kanały z całym przekonaniem. Dodatkowo, żeby nie być niesprawiedliwa, przyznać muszę, że sam kanał Super Simple Songs wydaje się być już „najprzyzwoitszy” ALE tekst ten skupia się na estetycznych skutkach ubocznych ograniczania przeżyć muzycznych dziecka jedynie do tej formy. Co więc możemy zrobić, w ramach „odtruwania”?

Nie pierwszy raz na tym blogu przeczytacie, że najważniejsze jest aktywne muzykowanie! Dzieci nie uczą się języka z programów telewizyjnych, ale od rodziców do nich mówiących. To samo dotyczy języka muzyki. Z tego punktu widzenia w życiu naszego dziecka powinna przeważać muzyka tworzona (śpiewana/grana) przez rodzica, nad tą biernie percypowaną z płyt CD, internetu, czy TV. Dziecko uczy się poprzez naśladowanie, a więc w niedługim czasie będzie chciało włączyć się do muzykowania.

A to jest istota sprawy! Zawsze dla rozwoju dzieci ważniejsze jest aktywne doświadczenie tworzenia muzyki, a nie bierne percypowanie jej, animacje mają więc za zadanie otworzyć wyobraźnię dziecka, a nie podać mu na tacy to co ma myśleć. Do rozwoju intelektualnego przyczynić mogą się obrazy, które w sposób niebezpośredni przedstawiają sytuacje, zawierają ukryte znaczenia, metafory jednym słowem stanowią wyzwanie dla inteligencji odbiory.

Dobra animacja (muzyka plus obraz) ma więc:

  • obrazować kontekst, ułatwiać pojmowanie konceptu zawartego w tekście piosenki – nie jest to jednak najważniejsze w muzykowaniu, dlatego ma to być jedynie punkt wyjścia dla narracji plastycznej, gdyż nie chodzi tutaj jedynie o obrazowanie samej historii, ale także oddanie jej charakteru (super simple songs, ograniczają się do zobrazowania tego co jest w tekście, co jest dobre z punktu widzenia na tylko i wyłącznie i ok bo to jest nauka angielskiego przez piosenki – nie można tego traktować jako muzyka warta słuchania, animacja warta oglądania)
  • budzić miłe, ale i bogate skojarzenia z obrazem, w sposób nieoczywisty, by otworzyć wyobraźnię na produkcję nowych treści, obraz ma wzmacniać siłę wyrazu warstwy dźwiękowej lub słownej dzięki plastycznej interpretacji znaczeń (super simple song zamykają rzeczywistość)
  • wyrabiać gust dziecka poprzez obcowanie z różnorodnością zarówno w warstwie audio jak i video

Dzieci zasługują na bezpośredni kontakt z najlepszą sztuką!

Przykłady dobrych animacji:

Zwróćcie uwagę na abstrakcyjną narrację w warstwie video, która stanowi kontrapunkt dla jednostajnej warstwy audio. Nie mówiąc już o niezwykle bogatej, artystycznej grafice, która dla wyobraźni dziecka jest doskonałym wybiegiem dla tworzenia nowych treści i jest po prostu wesoła.

To piękny przykład tego, jak wizualizacja tekstu zawartego w warstwie dźwiękowej ułatwia pojmowanie koncepcji odejmowania. Nie ogranicza się jedynie do butelek spadających z murku, ale w finezyjny sposób przenosi widza w świat różnego rodzaju codziennych oraz abstrakcyjnych zdarzeń. Porównajcie także tę „aranżację” muzyczną z innymi wersjami tej znanej piosenki. Delikatna, ale bogata w brzmieniu.

Oprócz bycia po prostu piękną animacją: tak jeśli chodzi o obraz jak i piosenkę, ten krótki filmik buduje świadomość formalną muzyki: ruchy kota skorelowane są z motywami i frazami muzycznymi. Fantastyczna jest tu także warstwa akompaniamentu akordeonu: jak często nasze dzieci mają okazję słuchać tego instrumentu solo!?

Do powstania wpisu przyczyniła się swoją pomocą i merytoryczną wiedzą Katarzyna Feiglewicz-Peszat – artystka wizualna, Mama Antka, która prowadzi zajęcia plastyczne dla dzieci i dorosłych. Dzięki Kasiu!

BIBLIOGRAFIA

Opisane w tekście badanie pochodzą z następujących publikacji:

A. Teodoczyk, Pomiędzy sztuką a edukacją. Ilustracja w książkach dla dzieci i młodzieży, 2014

I. Słońska, Psychologiczne problemy ilustracji dla dzieci, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe, 1977, str 105

http://www.powerofmelody.com/blog/sprawdz-czy-karmisz-swoje-dziecko-estetycznym-fast-foodem/

Wyobraźcie sobie że mówimy do dziecka tylko tak jak ono mówi do nas: baba, dada, am, si, to, brum brum. Nie byłoby to bogate środowisko językowe, sprzyjające rozwojowi mowy. Mimo tego, że dostosowujemy przekaz do możliwości maluszka, staramy się mówić do dziecka w możliwie najbogatszy w słownictwo sposób. Sami również dbamy o to, by mieć szeroki zasób słownictwa, ale wiemy, że aby z niego korzystać musimy najpierw go zgromadzić, w tym celu czytamy różne książki, artykuły może nawet poezję. Czujemy, że istota tkwi w różnorodności. Chcemy bowiem, by nasze słownictwo było bogate zarówno w pojęcia techniczne, naukowe, fachowe określenia jak i obrazowe przymiotniki.

Muzycznie bogate środowisko

Muzyka to język i rządzi się takimi samymi prawami. By nasze dzieci mogły swobodnie i finezyjnie posługiwać się językiem muzyki (a może to osiągnąć każde dziecko!) musimy również zadbać o bogate środowisko muzyczne w domu, które zapewni wartościowa muzyka.

Co to jest wartościowa muzyka?

⁃różnorodność barw (a więc różnorodne instrumentarium)

⁃różnorodność stylistyczna (każdy ze stylów muzycznych to jak inny gatunek książki – rządzi się innymi prawami, a więc wnosi inną wartość)

⁃różne tonacje i skale (istnieje daleko więcej sposobów organizacji dźwięków niż tylko gama wesoła i smutna, muzyka która otacza nas w ogromnej większości utrzymana jest w tonacji durowej, czasem zdarzą się utwory molowe – te smutne – ale to wciąż tak jakby powiedzieć, że obrazy są namalowane farbami niebieskimi lub czerwonymi. A co z całą paletą pozostałych barw?)

⁃różne metra – metrum dotyczy organizacji rytmicznej. Króluje metrum „na dwa” (dwie czwarte) – czyli cały pop, discopolo, regge, hip-hop, drum and base itd itd. Czasem pojawi się trzy i wtedy myślimy: O! To walc! A gdyby chodziło o dietę, to tak jakby zdecydować się jedynie na potrawy słone lub słodkie. Wiemy, że właśnie tam gdzie smaki są nieoczywiste zaczyna się przyjemność jedzenia i choć znamy pociąg dzieci do słodyczy to jednak staramy się dawać im coś więcej prócz pączków.

Przykład wartościowej muzyki dla dzieci:

Przeciwieństwem bogatego muzycznie środowiska będzie więc muzyka, która:

  • zawsze brzmi tak samo
  • jest uboga brzmieniowo
  • jest prymitywna w formie
  • jest tylko wesoła
  • jest tylko „na dwa”

A taka niestety otacza nasze dzieci w znakomitej większości. Atakuje maluchy z radia, telewizji, bajek, plastikowych zabawek, YouTuba. Często będąc jeszcze okraszona jakąś fatalną animacją…. No właśnie!

Plastycznie bogate środowisko

A co z warstwą plastyczną? Co z książeczkami, bajkami, ilustracjami, animacjami którymi „karmimy” nasze maluchy? Tutaj rzecz ma się tak samo jak w przypadku muzyki. Zdolność dziecka do oceny estetycznej pojawia się dopiero ok. 11 roku życia, dlatego to od rodzica i opiekuna zależy jak zostanie ukształtowana. Więc i tutaj toczy się walka pomiędzy wyrazem artystycznym, a fast foodem. I tak jak w muzyce, najważniejszą cechą bogatego środowiska plastycznego jest różnorodność stylów graficznych. Dużą rolę odgrywa właściwe użycie środków wyrazu: kreski, koloru i faktury, co wpływa na uczuciowy i emocjonalny odbiór treści. Ilustrator może „bawić się” konwencjami, tworząc nieszablonowe połączenia obrazu z tekstem. Przekaz jest częściowo ukryty pozostawiając duże pole dla wyobraźni i samodzielnej interpretacji widza – może bawić i śmieszyć, ale może być także trudny i wymagający najwyższego skupienia.

Ilustracja typu „fast food” to pozbawione wartości artystycznych obrazki z książeczek dla dzieci, które można zakupić między innymi w supermarkecie. Cechuje je przede wszystkich przesadna tendencja w stronę malarstwa realistycznego ze szczególnym wskazaniem na disnejowską manierę plastyczno-tematyczną. Fast foodowe ilustracje ukierunkowane są na dosłowne przedstawianie opisanej w tekście sytuacji, nie pozostawiając miejsca na wyobraźnię. Martin Salisbury i Morag Styles, autorzy licznych publikacji na temat ilustracji i literatury dziecięcej, przypisują tego typu grafikom szkodliwy wpływ na dziecięcą wyobraźnię.

Cechy niskiej jakości „fast-foodowych” animacji/ilustracji:

– powtarzana, schematyczna konwencja,

– dosłowność (nadmierny realizm przedstawienia, jedynie imitowanie rzeczywistości,  brak metafory, symbolu, niedopowiedzenia),

– przebodźcowanie kolorystyczne i formalne (brak harmonii kolorystycznej, nagromadzenie intensywnych barw, brak niuansów kolorystycznych, subtelnych zestawień kolorów, nadmierna ilość nagromadzonych środków plastycznych niewspółgrających ze sobą)

lub przeciwnie – bardzo ubogi język plastyczny, jedynie schematyczne kształty, brak zróżnicowania struktur, form

Cechy dobrej animacji/ ilustracji:

– nowe konwencje w kolejnych animacjach (podobnie jak style muzyczne – dziecko jest otwarte na każdą konwencję przedstawienia, nie odrzuca żadnej w przeciwieństwie do dorosłego człowieka), dziecko będzie zainteresowane bardzo różnorodnymi formami – od abstrakcyjnych form po realistyczne, dlatego trzeba dbać o ich różnorodność

– minimalistyczne, geometryczne formy i zredukowane środki będą wyciszać i koncentrować uwagę na całości przedstawienia, z kolei „bogate”, złożone ilustracje będą skupiać uwagę dziecka na pojedynczych elementach, fragmentach ilustracji

– brak dosłowności, nadmiernego realizmu (np. uproszczone, geometryczne formy, które działają bezpośrednio na percepcję dziecka, jednocześnie pozwalają pracować jego wyobraźni),

– niedopowiedzenie, celowe pominięcie danego elementu (pobudza dziecięcą wyobraźnię podobnie jak w muzyce ćwiczenia wykorzystujące audiację),

– bogata gama kolorystyczna, umiejętnie wykorzystana (zarówno kontrastowe zestawienia jak i subtelne barwy, w zależności od przybranej konwencji plastycznej),

Poczucie dobrego smaku kształtuje się powoli i wymaga pielęgnowania. Nasze dzieci zasługują na bogate środowisko estetyczne.Tak samo jak zasługują na jedzenie pysznych potraw a nie tylko pączków. Nie mówiąc już o wpływie bogatego środowiska muzycznego/plastycznego/językowego czy zróżnicowanej, bogatej diety na ich rozwój!

Do powstania wpisu przyczyniła się swoją pomocą i merytoryczną wiedzą Katarzyna Feiglewicz-Peszat – artystka wizualna, Mama Antka, która prowadzi zajęcia plastyczne dla dzieci i dorosłych. Dzięki Kasiu!

P.S. Jeśli macie jakieś pytania, polecam się, piszcie!

BIBLIOGRAFIA

M. Salisbury, M. Styles, Children’s Picturebooks: The Art of Visual Storytelling, Londyn: Laurence King Publishing, 2012

A. Teodoczyk, Pomiędzy sztuką a edukacją. Ilustracja w książkach dla dzieci i młodzieży, 2014

„Dzisiaj wychowuje się dzieci inaczej”.

Niejednokrotnie w swojej krótkiej jak dotąd, matczynej karierze, stwierdzałam z zaskoczeniem, że moja wiedza na temat wychowywania, obszerniejsza jest, niż wiedza mojej własnej rodzicielki (wspaniałej matki trzech córek!).
Celowo używam tu słowa „obszerniejsza”, a nie np. „głębsza” czy „lepsza”, bo świat jakby się poszerzył i wiedzieć więcej po prostu musimy!
Smoczek: „be” czy „cacy”, wózek czy chusta, wanienka czy wiaderko, szczepić czy nie szczepić, chodzić z malcem na angielski – czy to za wcześnie/za późno/bez sensu/strata pieniędzy? A jeśli chodzić to gdzie, od kiedy, jaką metodą?
Współczesna mama więc, już nie tylko karmi, przewija, bawi się i usypia, ale bez przerwy jeszcze „robi research”. Nasi rodzice wychowywali nas, kierując się intuicją, instynktem, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, i ta formuła była w swoim czasie skuteczna, chociaż dziś moglibyśmy uznać ją za ryzykowną.
A więc „dzisiaj wychowuje się dzieci inaczej” – twierdzi Fernando Corominas w swojej książce pt. „Wychowywać dziś”. I trudno się nie zgodzić. Samą książkę przeczytałam dzięki znajomej (dziękuję Agata!) i to właśnie ta pozycja będzie „sponsorem” tego tekstu.

Z trwogą obserwuję maluszki, których plan zajęć w tygodniu jest tak przeładowany, że gdyby należał do dorosłego, uznalibyśmy go za pracoholika. Z drugiej strony skąd wiedzieć czy inwestowanie w daną aktywność, w określonym momencie życia dziecka ma, bądź nie ma sensu. Skoro jednak wychowanie jest nie tylko sztuką (gdzie reguł brak, a każda osoba jest niepowtarzalna), ale także nauką, to muszą istnieć jakieś prawidłowości, które należy poznać, zgłębić, poświęcić czas i wysiłek. I tu z pomocą przychodzą badania nad okresami sensytywnymi.

„Okres sensytywny to czas, w którym organizm jest szczególnie wrażliwy na bodźce ważne dla rozwoju określonej funkcji” (s. 27) Przykład: okres sensytywny odpowiadający chodzeniu występuje między 10 a 15 miesiącem życia dziecka. W tym czasie dziecko samo uczy się chodzić, nikt nie musi mu pokazywać, co powinno robić, bo całe jego ciało “chce” chodzić, potrzebuje tego; jedynym wymogiem jest to, by miało wzór do naśladowania, żeby widziało, jak chodzi jego matka. (s. 39)

Człowiek posiada wolę, odróżnia nas to od zwierząt i sprawia, że jesteśmy wolni i odpowiedzialni. Dzięki swojej woli jesteśmy w stanie, jeśli chcemy, kontrolować własne okresy sensytywne. Możemy sprzeciwić się wykonaniu danego działania w czasie w którym jest ono przewidziane, ale możemy też wykonać to działanie wtedy, gdy odpowiadający mu okres sensytywny już minął. Jednak wykonanie danego działania poza właściwym dla niego czasem wymaga dużo większej siły woli, musimy włożyć w nie więcej wysiłku. Bardzo trudno jest też osiągnąć taki sam wynik.

Dziecko między pierwszym a czwartym rokiem życia jest w stanie nauczyć się języka ojczystego albo kilku języków bez wysiłku, z największą naturalnością, ponieważ znajduje się w okresie sensytywnym związanym z mową. Kiedy wszystkie jego zmysły predysponują je do zdobycia tej funkcji, uczy się mimowolnie, jak w zabawie, opanowując język tak dobrze, jak jego rodzimy użytkownik. (s. 31)

Jeśli chodzi o muzykę jest to jeden z pierwszych okresów sensytywnych, wcześniejszy od nauki mowy, kiedy to całe ciało dziecka predysponowane jest do  słuchania i tworzenia muzyki. (Najpierw rozwija się słuch a potem mowa) Okres sensytywny właściwy dla muzyki rozpoczyna się 4 miesiące przed narodzeniem, w łonie matki, i trwa do drugiego lub trzeciego roku życia, przy czym podstawowe znaczenie ma pierwszych 12 miesięcy. (s. 46)

Zestawienie okresów sensytywnych:

W gąszczu różnych, często sprzecznych informacji, ta prosta tabela wydaje się być doskonałą podpowiedzią jak wybierać aktywności, które proponujemy naszym dzieciom. Nie ma sensu prowadzić dziecko na zajęcia stymulujące sferę, która naturalnie, w odpowiednim czasie rozwijać będzie się znacznie efektywniej. A może nawet nie potrzebne będą do tego zajęcia dodatkowe, jeżeli tylko rodzic będzie posiadaniu odpowiednich narzędzi do tego, by dziecko poprzez naśladowanie go uwolniło swój własny potencjał.

Rodzice często pytają mnie czy jest sens śpiewać z dzieckiem jeżeli oni sami śpiewają nieczysto. Wtedy pytam ich czy jest sens chodzić z dzieckiem jeżeli sama chodzę koślawo, albo mówić do niego jeśli mam lekką wadę wymowy.  Proste prawda?

A więc raz jeszcze:

Całe ciało dziecka “chce” chodzić/śpiewać/tańczyć/mówić i potrzebuje tego; kluczowym wymogiem jest jednak, by miało wzór do naśladowania, żeby widziało, jak chodzi/śpiewa/tańczy osoba, którą chce naśladować, która jest jego autorytetem – kochająca i opiekująca się nim.

Przyznać się chcę, że choć moja wiedza muzyczna pewnie przekracza przeciętną, będąc w ciąży kilka nocy poświęciłam czytaniu historii o tym jak to regularne słuchanie tego czy tamtego uczyniło geniuszy z dzieci różnych pań.

Ale dosyć – basta! Ilość dylematów z jakimi radzić sobie musi przyszła mama jest zbyt duża, by poświęcać czas na zastanawianie się co z tym Mozartem? Bo biedna jest ta mama gdy całe życie wcale miłością do Mozarta nie pałała, a teraz siedzi dzielnie i słucha choć godzinkę dziennie… tylko po co?

No bo właściwie jak to z tą muzyką w okresie prenatalnym naprawdę jest?

Na początek trochę danych

Okres prenatalny to czas kształtowania się receptorów muzycznych i pierwszych reakcji sensoryczno-motorycznych na muzykę.

Między 16 a 20 tygodniem życia płodowego rozwija się zmysł słuchu. W 20 tygodniu dziecko słyszy już tak, jak dorosły. Postrzegane są dźwięki o natężeniu powyżej 40 decybeli (40 dB to tyle co szmery w domu) i kształtuje się umiejętność rozpoznawania bodźców akustycznych. Dlatego właśnie uważa się, że głos matki, który słyszy maleństwo będąc w łonie, zna i rozpoznaje jeszcze przed urodzeniem.

Między 5 a 6 miesiącem ciąży płód zaczyna reagować na silne dźwięki pochodzące z otoczenia. Około 7 miesiąca odbiera już bardziej zróżnicowane bodźce akustyczne: zaobserwowano, że od 7 miesiąca ciąży dziecko motorycznie reaguje na muzykę, wykazując przy tym pierwsze preferencje, a od 8 miesiąca reaguje odmiennie na głos matki, ojca i obcych.

Dźwięki towarzyszące dziecku w okresie płodowym, pochodzą przede wszystkim od matki. Dziecko słyszy jej głos, bicie serca, ruchy ciała, pracę organów wewnętrznych. Odgłosy z zewnątrz docierające do maleństwa są przytłumione, szczególnie wysokie częstotliwości, które łagodzone zostają przez płyn owodniowy. Ciało matki działa więc trochę jak filtr niskopasmowy. Dodatkowo płyn owodniowy ułatwia przewodzenie niskich dźwięków, co w praktyce oznacza, że dzieci w okresie prenatalnym preferują barwy instrumentów o niskim rejestrze (np. wiolonczela, kontrabas, fagot) a instrumenty o wysokim rejestrze mogą być w ogóle niesłyszalne. Maleństwo przedkłada więc głos matki nad jakikolwiek inny dźwięk. Ale uwaga. Gdy mama mówi drobne różnice w spółgłoskach i samogłoskach są narażone na zniekształcenia. To ograniczenie nie dotyczy jednak dźwięków o określonej częstotliwości, dlatego ich wyrazistość przyczynia się do większego zainteresowania śpiewem matki niż jej mową. Eksperymenty wykazały, że noworodki uspokajają się podczas prezentowania im tych samych melodii, których słuchały między szóstym a ósmym (w innych badaniach dziewiątym) miesiącem ciąży. W literaturze przedmiotu znaleźć można twierdzenia, że chociaż nie odnaleziono związku między reagowaniem płodu a rozwojem muzykalności po narodzeniu, to śpiew matki oddziałuje korzystnie na rozwój psychiczny i intelektualny dziecka, w tym na inteligencję muzyczną.

Jakie płyną z tego wnioski

  • Śpiewanie maleństwu w brzuszku ma potężną przewagę nad puszczaniem mu muzyki z płyty.
  • Jeśli już mamy chęć zaprezentować dzieciątku jakieś nagranie należy pamiętać, że dziecko znacznie lepiej słyszy muzykę o niskich częstotliwościach, preferuje więc instrumenty o niskim rejestrze.
  • Mówienie czy śpiewanie nienarodzonemu dziecku przed 16 tygodniem ciąży mija się z celem.
  • Nie ma żadnych wiarygodnych przesłanek ku temu, by sądzić, że muzyka puszczana dziecku wpłynie na jego inteligencję (nie ważne czy jest to Mozart czy Black Sabbath)
  • Nie należy liczyć na to, że nasze działania zrobią z dziecka geniusza, ale
  • WARTO śpiewać maleństwu często i bez przejmowania się tekstem, czy własnym talentem muzycznym.

Moja historia

Ale, ale! Zanim do niektórych rzeczy doszłam,, kiedy po raz pierwszy byłam w ciąży, sama miałam taki pomysł, że sprawdzę na sobie i swoim dziecku tę „legendę” o tym, jak to mama słuchała czegoś całą ciążę, a potem dziecko po urodzeniu to znało/lubiło czy coś tam.
Wybrałam kilka dosyć osobliwych pozycji, które rzecz jasna miały przede wszystkim mnie sprawiać przyjemność (bo na tyle już byłam świadoma) i słuchałam je, podśpiewując przez całą ciążę. Między innymi przesłuchiwałam namiętnie utwór na chór, polskiego renesansowego (!) kompozytora – Wacława z Szamotuł, pt. Już się zmierzcha.

Posłuchacie i pewnie stwierdzicie, że „dziwny wybór” – ale wiecie – mama kompozytorka…
Do szpitala poszłam przygotowana: ze zgraną na komórkę playlistą. Nie wiem co mi się wydawało, że ta playlista ma zdziałać;) Więc leżę w szpitalu po porodzie i pamiętam taki moment w którym mój maluch płakał, a ja już nie wiedziałam o co może chodzić – przewinięty, nakarmiony – co jeszcze? A ja taka zielona, sestresowana, bez grama wiary w siebie i w to, że się nadaję. W trzeciej dobie po porodzie, z perspektywą zostania w szpitalu na tydzień, z komplikacjami, sama z dzieckiem w sali, w środku nocy z kosmiczną huśtawką hormonalną – popłakałam się rzecz jasna razem z malcem i wtedy mi się przypomniało.
Puściłam z tej komóreczki Już się zmierzcha i to się naprawdę wydarzyło. Uspokoiliśmy się! Obydwoje! Odłożyłam go do tego pudełka plastikowego (teraz wzięłabym go w objęcia u siebie w łóżku, ale wtedy wydawało mi się, że „nie wolno”🤦‍♀️zapętliłam ten utwór i tak leżeliśmy zasłuchani.
I wcale nie wiem czy to TEN utwór, czy to DLATEGO, ale wiem jedno – kiedy tak płakałam i słuchałam tego utworu to pomyślałam: „Dziewczyno! Dziewięć miesięcy nosiłaś go pod swoim sercem, Ty, nie kto inny! Myślałaś nawet o takich „pierdołach” jak ta jakich piosenek słuchać, żeby mu dobrze było! Jeśli ktoś tu jest kompetentny i gotowy, żeby się tym Skarbem zaopiekować to jesteś to Ty!” – uspokoiłam się ja, uspokoił się i on.

Utwór ten bardzo wszystkim polecam, choć z perspektywy czasu uważam, że nie jest najlepszy na czas baby bluesa.

Czego słuchaliście Wy?

Bibliografia:

M. Manturzewska, B. Kamińska, Rozwój muzyczny człowieka W: Wybrane zagadnienia z psychologii muzyki, M. Manturzewska i H. Kotarska (red.), Warszawa 1990

Pewnie niejednokrotnie zatrzymaliście się w sklepie z płytami przed tą całkiem pokaźną szafą z kołysankami. Od Mozarta, poprzez relaksacyjne aborygeńskie zaśpiewy, aż do białego szumu i innych cudów stworzonych do tego, by nasze dzieci zasypiały i spały jak anioły. I bez wątpienia płyta taka czarować będzie dziecko swą usypiającą mocą, ale nie zapominajmy, że my sami, także nie pozostajemy w tej dziedzinie bezsilni.

Śpiewanie kołysanek jest jedną najstarszych, najbardziej naturalnych i moim zdaniem, najpiękniejszych form interakcji pomiędzy rodzicem i dzieckiem.

Głos rodzica ma moc rozweselić i dodać otuchy dziecku kiedy jest smutne, a gdy potrzeba ukoić i ukołysać zmęczone dziecię do snu. To uczucie bezpieczeństwa, ciepła i więzi z rodzicem nie tylko tworzy fundament, na którym buduje się pełną przywiązania i bliskości relacja, ale jest według mnie jednym z najcenniejszych darów, jaki możemy dziecku w ogóle dać.

Niezależnie od tego czy będziesz nucić, mruczeć czy śpiewać, wszyscy potrafimy tworzyć muzykę! Bo nie chodzi tutaj o melodię czy tekst piosenki, ale o samą interakcję: głos, dotyk, kontakt wzrokowy. Kołysanka nie służy też tylko temu, by uśpić dziecko. Praktykowana regularnie prowadzi do ogromnych korzyści także w innych obszarach.

  1. Twoje dziecko ma wtedy okazję do ćwiczenia aktywnego słuchania (a w dzisiejszych czasach to taka rzadka umiejętność!)
  2. Kołysanki, śpiewane każdego dnia, pomagają zbudować przewidywalną „rutynę senną”, prowadzącą do tego, że dziecko zasypia szybciej i śpi lepiej.
  3. Wyniki badań przeprowadzonych przez Uniwersytet w Roehampton oraz GOSH (Great Ormond Street Hospital) opublikowane w piśmie Psychologia Muzyki (Psychology of Music) wskazują także, że grupa dziecięcych pacjentów w szpitalu doświadczyła obniżenia pulsu, poziomu niepokoju oraz odczuwania bólu (!) po tym jak śpiewano im kołysanki.
  4. Kołysanki tworzą ten wyjątkowy intymny moment więzi pomiędzy rodzicem/opiekunem a dzieckiem, który buduje w dziecku poczucie bezpieczeństwa i wyrabia w nim umiejętność relaksowania się.

Oto więc kilka wskazówek jak z kołysanek wyciągnąć to co najlepsze:

Wprowadź kołysankę do codziennej rutyny.

Traktuj czas i czynności związane z kładzeniem dziecka spać (lub na drzemkę) jak Wasz wspólny rytuał. Jego stałym elementem niech będzie właśnie kołysanka. Wystarczy, że poświęcisz na śpiewanie 5 minut.

Nie skupiaj się na słowach ani swoich umiejętnościach wokalnych.

Słowa mogą być bez sensu, a melodia śpiewana nieczysto. Możesz wykorzystać imię dziecka lub wyśpiewywać czułe słówka. Śpiewaj, nuć, mrucz. To naprawdę nie ma znaczenia! To „kołyszące brzmienie” oraz ciepło bliskości i bezpieczeństwa sprawiają, że kołysanki działają. Jeśli Twoje opory przed śpiewaniem a capella są naprawdę duże, wykorzystaj płytę CD, puść ją jednak bardzo cicho, w tle i śpiewaj z nią.

Rozkoszuj się chwilą.

Podczas śpiewania przytulaj dziecko siedząc w bujanym fotelu lub stojąc i kołysząc się do muzyki. Doprowadź do momentu w którym Twój umysł „oczyszcza się” i ciesz się tym przytulnym, cudownym momentem gdy Ty, Twoje dziecko i muzyka stajecie się jednym. (Brzmi w sposób egzaltowany, ale tak naprawdę się dzieje!)

Gdy Twoje dziecko jest już starsze używaj w ciągu dnia także innych, piosenek, rytmiczanek i muzycznych zabaw jako sposób na wspólną zabawę, rozwój i budowanie bliskości, ale nigdy nie zapominaj o kołysankach. Są przydatne i odpowiednie na każdym etapie rozwoju!

A teraz przyznajcie się, czy wiedząc to wszystko nie macie ochoty chwycić dziecka w objęcia i zacząć śpiewać?