Z reguły mamy w domu dzwonki i mówimy na nie “cymbałki”, bo jakże by inaczej 😉 

O tym jaka jest różnica pomiędzy dzwonkami, cymbałami, a co to jest marimba, ksylofon i wibrafon, czyli instrumentami z grupy idiofonów niebawem na blogu. W końcu przychodzi taki moment, że zaczynamy się zastanawiać po co my je w ogóle mamy? Dziecko miało się umuzykalniać, miało być wychowanie przez sztukę, tylko trochę nie wiadomo jak.

Dzieci uwielbiają “naparzać” w co popadnie, więc bębenek i dzwonki są takie naturalne. 

Dostępne na rynku dzwonki, to dzwonki diatoniczne (często kolorowe) oraz chromatyczne, czyli takie popularne “białe i czarne”.

Dzwonki diatoniczne
Dzwonki chromatyczne

Najprościej będzie grać nam na skali (szczególnie na takiej, która ma mniej niż 8 dźwięków), bo łatwo się improwizuje i dźwięki po prostu do siebie pasują. Pierwotną skalą znaną w każdej kulturze jest pentatonika, a na dzwonkach chromatycznych są to górne sztabki.

Jak to zrobić, żeby było miło dla ucha?

Najlepiej podzielić się górnymi dzwonkami. Jedna osoba na kilku (np. pierwsze cztery)  wymyśla i gra w tempie wzór rytmiczno-melodyczny, który powtarzany tworzy ostinato. W tym czasie (i tym samym tempie!) druga osoba gra na pozostałych już bardziej swobodnie rytmicznie przebiegi. W zależności od wieku dziecka, jego muzykowanie będzie różnie wyglądać i to jest ok! 

Drugą rzeczą, która wymaga trochę wczucia się i artystycznego wyrazu jest naśladowanie stylu tintinnabuli, który stworzył Arvo Pärt – estoński kompozytor muzyki współczesnej (możecie znać go z utworów wykorzystywanych w filmach). Tintinnabuli charakteryzuje się długim wybrzmiewaniem, tak jak uderzony dzwonek i ciekawym współbrzmieniem na poziomie harmonicznym. O czym dokładnie mówię możecie posłuchać tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=TzIZPZN5K60

https://www.youtube.com/watch?v=TJ6Mzvh3XCc

Zachęcam serdecznie do wspólnego muzykowania, improwizacji i swobody 🙂

Kiedy powstawało Pomelody mój pierworodny – Antek właśnie się rodził. Teraz ma już ponad 4 lata! Kto Pomelody zna i kocha, ten wie, że to świetny program dla maluszków i przedszkolaków. Ale dzieci rosną tak szybko! I już pytacie mnie czy zamierzam posłać Antka do szkoły muzycznej? Czy będzie grał na jakimś instrumencie?

Tak jak lata temu musiałam zastanowić się jak mądrze umuzykalniać moje maleństwo – a lepiej rzecz ujmując – wprowadzić je naturalnie w świat muzykowania, tak teraz przychodzą kolejne decyzje do podjęcia. Robiąc to co promuje Pomelody mamy niemal pewność, że w wieku kilku lat dziecko ma już muzycznie „coś do powiedzenia” i naturalną tego konsekwencją, może być wręczenie mu instrumentu jako kolejnego narzędzia do muzycznej ekspresji. Tak jest w przypadku moich dzieci: widzę i wiem, że przede wszystkim umieją używać najważniejszego i podstawowego instrumentu jakim jest ich ciało i głos. Dlatego właśnie, gdy rodzic zastanawia się nad posłaniem dziecka na jakiś instrument, polecam zawsze zastanowić się najpierw czy jest ono do tego po prostu przygotowane.

Co do moich dzieciaków, jak narazie mój plan sprowadzał się do tego, że nie chcę tego robić na opak: zaczynać od nut, stać nad dzieckiem niczym kat i zmuszać do ćwiczenia konkretnych utworów, a do tego często sprowadza się tradycyjna ścieżka edukacji muzycznej.  Możliwe, że jestem lekko straumatyzowana, bo rozpoczynałam naukę jako pełna pasji do muzyki dziewczynka, a kończyłam jak jakiś zestresowany robot do wykonywania utworów z pamięci. Troszkę o tym mówiłam w wywiadzie z Jolą Szymańską pt.: „Muzykowanie bez spiny i wirtuozerii”, który możecie przeczytać na portalu aleteia.pl https://pl.aleteia.org/2018/11/23/muzykowanie-bez-spiny-i-wirtuozerii-przepis-na-bliskosc-w-rodzinie/

To co wynika z lat pracy z Pomelody, to wolność i radość, której nie chciałabym już nigdy się pozbywać. Marzy mi się więc nauka gry na instrumencie poprzez zabawę, naturalnie, w taki sposób w jaki uczymy się mówić, wpierająca więź między rodzicem i dzieckiem. Dlatego zainteresowałam się ostatnimi czasy metodą Suzuki, więc zapraszam Was na zamieszczony poniżej odcinek na kanale Mama Lama poświęcony właśnie tym tematom.

Dowiecie się z niego:

  • dlaczego nie trzeba (a może nie należy!?) rozpoczynać nauki gry na instrumencie od uczenia się nut?
  • w jakim wieku można zacząć grę na instrumencie?
  • co się dzieje, gdy rodzic jest zaangażowany w uczenie się gry wraz z dzieckiem
  • jak długo można uczyć się Metodą Suzuki i jak ma się ona do tradycyjnej szkoły muzycznej?

https://www.youtube.com/watch?v=QXONzJ7M7OU

Wyobraźmy sobie, że traktujemy rozwój językowy dzieci w dokładnie taki sam sposób jak traktujemy ich rozwój muzyczny. Rodzi się dziecko, ale nie mówimy do niego ani słowa. Część rodziców wyszłaby z założenia, że przecież słyszy radio w samochodzie czy odgłosy dochodzące z telewizora, więc jest otoczone językiem. Z resztą kiedyś pójdzie do przedszkola, a tam będą jakieś zajęcia z języka polskiego i się nauczy. Może ci ambitniejsi z rodziców raz w tygodniu zabieraliby maluchy na jakieś prywatne zajęcia języka polskiego, spodziewając się, że tam właśnie przez te 45 minut tygodniowo pani prowadząca – ekspert od mówienia będzie mówić do dzieci we właściwy sposób. Albo ograniczyliby się jedynie do puszczania dzieciom audiobooków – ale tylko poradników z zakresu uprawy warzyw. Jedni mieliby obawy przed mówieniem do dziecka z powody braku wyższego wykształcenia polonistycznego. Inni nie widzieliby żadnej potrzeby mówienia do dzieci i w ogóle sensu uczenia ich języka, bo da się bez tego żyć.

Aż przyszedłby ktoś i powiedział: Ale Ludzie! Te dzieci mają PRAWO posługiwać się językiem, wyrażać to co myślą, komunikować z innymi w sposób pełny i swobodny. I teraz, gdy okazało się że używanie języka jest jednak fajne i przydatne, ale te dzieciaki mają 8 czy 10 lat jest im okropnie trudno przyswoić coś co jako niemowlęta wchłonęłyby jak gąbka: gaworząc w wieku kilku miesięcy, nazywając otaczające je przedmioty w wieku półtora roku i tworząc całe zdania będąc dwulatkami.

Więc w pocie czoła te „duże dzieci” starałyby się nadrobić stracone lata, połowa pewnie zniechęciłaby się po drodze, pozostała część osiągnęła jakiś poziom odkrywając jednak takie sfery, których już nigdy nie nadrobią choćby poprzez nieprzystosowany aparat mowy.

Tak skończyłaby się ta smutna historia. I tak dokładnie dzieje się z rozwojem muzycznym dzieci i niemowląt. Przeczytajcie tekst jeszcze raz wstawiając słowa „muzykowanie/taniec/śpiew/granie na instrumentach” w miejsce „mówienia”.

Na przykładzie rozwoju językowego właśnie oraz programu Pomelody przyjrzyjmy się więc jak powinno to wyglądać

Krok 1

Brak oczekiwań / realne oczekiwania – Zarówno od dzieci jak i od siebie samych

Język:

Każda najmniejsze próba gaworzenia przez malucha sprawia nam radość. Gdy dziecko przekręca swoje pierwsze słowo istnieje większe prawdopodobieństwo, że wszyscy w rodzinie przyjmą je do swojego języka, niż że je poprawią. Rozmawiamy z dziećmi na poruszone przez nie w prostym i często błędnym zdaniu tematy i do głowy nam nie przyjdzie powiedzieć – najpierw naucz się mówić poprawnie top potem pogadamy. Nie oczekujemy od 10-cio miesięcznego malca pełnych zdań. Nasze oczekiwania oparte są na realnych możliwościach rozwoju językowego i na naszej wiedzy o tym jak ten rozwój przebiega. Tak naprawdę przez pierwszy rok życia dziecka nie słyszymy żadnego poprawnego zdania! A jednak nie zniechęcamy się i wciąż do niego mówimy.

Nie mamy także  zbyt wygórowanych oczekiwań od siebie: nikt nie kończy studiów polonistycznych, by dobrze nauczyć dziecko mówić.

Muzyka:

Tak samo sprawa ma się z rozwojem muzycznym. On także składa się z fazy „muzycznego gaworzenia”. Tak samo potrzebuje swobody, czasu i ciągłego kontaktu z muzykującym rodzicem – nawet jeśli ma się za niewykwalifikowanego do tego zadania czy wręcz „głuchego”. Jeśli „nauczyliście” swoje dzieci jeść, chodzić i mówić to oznacza, że macie wszelkie kompetencje do tego, by „nauczyć” ich także śpiewać i tańczyć, a to dlatego, że dzieci mają ten potencjał w sobie. Potrzebują tylko przykładu, który będą mogły naśladować. I dokładnie tak jak nie musisz fizjoterapeutą czy ortopedą by nauczyć dziecko prawidłowo chodzić, tak samo też nie musisz być muzykiem po Akademi Muzycznej, by Twoje dziecko śpiewało czysto i poruszało się rytmicznie. I czerpało z tego radość.

Pomelody:

W ramach kursu Pomelody rodzic/nauczyciel ma dostęp do animowanych wykładów (animated lectures), które w prosty sposób tłumaczą jak wygląda rozwój muzyczny dziecka, jak go wspierać i czego można się spodziewać.

Krok 2

Bogaty zasób słów

Język: 

Nie tak jak w strasznej wizji którą wysnułam na początku tekstu, zupełnie intuicyjnie pragniemy stworzyć dziecku możliwie najbogatsze środowisko językowe. Wybieramy książeczki o różnej tematyce, formie, narracji. Mówimy używając zróżnicowanego słownictwa nawet mają świadomość, że tych słów dziecko jeszcze nie rozumie. I do głowy by nam nie przyszło mówić tylko: baba, ciuciu, papa.

Muzyka:

Niestety odpowiednikiem tych prostych sylabicznych wyrazów jest tzw. muzyka dziecięca na którą często decydujemy się właśnie dlatego, że jest dziecięca. Aby jednak rozwój muzyczny dziecka zachodził prawidłowo środowisko muzyczne musi być możliwie najbogatsze. Co to znaczy? Zróżnicowanie tonalne, rytmiczne, stylistyczne oraz szeroką gamę barw, form, instrumentariów – czyli niestety coś zupełnie przeciwnego do większości „muzyki dziecięcej” dostępnej na rynku. Najlepiej też decydować się na muzykę stworzoną w taki sposób, by po prostu! sprawiała przyjemność w odbiorze również (a może przede wszystkim) rodzicowi/opiekunowi.

Pomelody:

Muzyka w ramach aplikacji Pomelody jest nie tylko świeża, ale również maksymalnie zróżnicowana. Każdy album to jakby zestaw ok. dwudziestu płyt z muzyką w różnych stylach. Piosenki skomponowane są tak by dziecko osłuchiwało się z różnymi skalami, metrami, instrumentami, ale  przede wszystkim tak (biorąc pod uwagę to, że to rodzic jest muzycznym autorytetem dziecka) by sprawiały przyjemność także rodzicom!

Krok 3

Rozmowa – komunikacja

Język:

Chcemy, by nasze dzieci znały język po to by móc się z nami komunikować! Nie interesuje nas jedynie nauczenie ich zbioru wierszy, które mogłyby przez całe życie recytować. Język jest żywy i chcemy, by dzieci mogły posługiwać się nim, aby wyrazić swoje myśli i używać go w życiu codziennym

Muzyka:

Muzyka nosi wiele cech języka i używanie jej do komunikowania się jest jedną z nich. Nasze dzieci mają potencjał, by wyrażać się głosem i ciałem, ale tak jak w przepadku języka potrzebują praktyki. Sprowadza się ona do muzycznych zabaw z wykorzystaniem ruchu ciała, śpiewu, improwizacji, gry na instrumentach w bardzo prostych i wesołych formach. Piosenka, którą znacie („Koła autobusu kręcą się?”) może być zarówno wyklaskana, wyśpiewana na wymyślonych sylabach, możesz podrzucać do niej rytmicznie dziecko na kolanach, zaśpiewać ją w samochodzie, tańczyć do niej lub pozwolić dziecku grać do niej na garnkach.

Pomelody:

Zestaw zajęć on-line (Pomelody Classes) inspiruje rodzica do aktywności jakie wykonywać można z maluchami i starszymi dziećmi. Możesz wykonywać je razem z dziećmi przed telewizorem (niczym ćwiczenia z Chodakowską) jak i wykorzystać jako materiał, który zainspiruje Cię do samodzielnego wprowadzania przedstawionych aktywności w trakcie dnia.

Krok 4

Żywy język

Język:

Języka używamy w kontekście – pytamy, kiedy chcemy czegoś się dowiedzieć, opowiadamy, gdy chcemy podzielić się czymś, a przy tym stosujemy jego różne formy łącząc strukturę werbalną z inną formą wyrazu. Dodajemy gestykulację, intonację, odgłosy, łączymy go z obrazem.

Muzyka:

Muzyka jest także materią, który przybiera różne formy i służy różnym celom. Inna jest muzyka użytkowa, inna artystyczna. Inna jest muzyka w relacji ze słowem. Ciekawą formę tworzy muzyka i obraz.

Pomelody:

Program Pomelody zawiera tak osobliwe formy muzyczne jak słuchowiska (audio stories) oddające charakter muzyki i wyrabiające gust dziecka poprzez obcowanie z różnorodnością.

W ramach podsumowania zapraszam Was na filmik w którym opowiadam o tym jak w praktyce: śpiewać, tańczyć i grać z dzieckiem.

Podstawą jest dom przepełniony muzyką. A najpiękniejsze jest w tym wszystkim to, że każdy z Was, rodziców,  może taki przepełniony muzyką dom również stworzyć. Nie trzeba grać na fortepianie, skrzypcach, czy flecie, wystarczy instrument, który mamy zawsze przy sobie – nasze ciało, potrafiące, śpiewać, wydawać, różne dźwięki, klaskać, tupać. A jeśli w ręce wpadnie nam jeszcze bębenek, marakasy czy sztućce kuchenne, to już właściwie niczym nie różnimy się od rodziców Fryderyka Chopina.

Czy chcę powiedzieć, że Chopin nie byłby geniuszem, gdyby rodzice nie muzykowali z nim w domu – nie wiadomo. Pewne jest jednak, że to właśnie rodzic jest największym autorytetem dziecka; nie Pani od muzyki. To muzykującego rodzica dziecko pragnie naśladować. Tak samo jak naśladuje go, by uczyć się chodzić czy mówić.

Rodzice pełnią najważniejszą rolę we wczesnej edukacji muzycznej dzieci!  I co ciekawe, wcale nie muszą sami posiadać edukacji muzycznej żeby osiągnąć sukces w rozwijaniu tych umiejętności u swoich dzieci.
Badania przeprowadzone przez Lindę Kelley i Briana Sutton-Smith pokazały, że kluczową rolę pełni zapewnianie środowiska muzycznego w domu, w którym wychowują się dzieci. Przeprowadzono badania w 3 grupach – z udziałem rodziców, którzy byli profesjonalnymi muzykami, rodziców którzy włączali w życie rodzinne aktywności muzyczne pomimo, że sami nie byli muzykami oraz rodzice, którzy w żadnym stopniu nie byli zorientowani na muzykę. W wyniku tych badań zaobserwowano podobny poziom rozwoju umiejętności muzycznych w dwóch pierwszych grupach oraz przepaść pomiędzy dziećmi z trzeciej grupy. Co więcej, zauważono również, że rodzice którzy praktykowali wspólne aktywności muzyczne ze swoimi dziećmi cieszyli się lepszą relacją z nimi. Tak więc wspólne, rodzinne muzykowanie przyczynia się nie tylko do rozwoju naszych pociech, ale też wspiera spędzanie wartościowego czasu z najbliższymi

Muzykujmy z dziećmi! Nawet kiedy myślimy, że jesteśmy w tym fatalni! Bo całe ciało dziecka “chce” chodzić/śpiewać/tańczyć/mówić i potrzebuje tego; kluczowym wymogiem jest jednak, by miało wzór do naśladowania, żeby widziało, jak chodzi/śpiewa/tańczy osoba, którą chce naśladować, która jest jego autorytetem – kochająca i opiekująca się nim.

Proste? Bardzo proste 🙂

Na blogu znajdziecie też wiele inspiracji dotyczącej wartościowej muzyki i animacji do znalezienia na YouTube czy Vimeo.

P.S.

Z wykształcenia i zawodu jestem kompozytorką. Jako, że skończyłam także rytmikę przez wiele lat pracowałam w szkołach (także baletowych i muzycznych) i przedszkolach jako nauczyciel. I nie mogłam w sobie pomieścić dwóch rzeczy: wiedzy o wrodzonych predyspozycjach dzieci do być muzykalnymi i obrazu dzieci jaki znałam. Takich od przedszkola wzwyż. Kiedy więc dokopałam się do pojęcia okresu sensytywnego – czyli tego czasu gdy organizm jest szczególnie nastawiony na rozwój danej funkcji – i zrozumiałam, że ten muzyczny rozwój odbywa się tak naprawdę jeszcze zanim dzieci do przedszkola (a więc w moje ręce 😉 ) w ogóle trafią, powoli zaczęło mi się wszystko łączyć. Moje wykształcenie, usposobienie, zainteresowania, mąż wizjoner, fakt, że zostałam „w międzyczasie” mamą dwójki, ludzie których spotkałam, którzy postanowili w naszą wizję zainwestować czas, pieniądze, energię, emocje i stali się jej współautorami, rodzina i przyjaciele, którzy wspierali nas do utraty tchu.

I tak powstało Pomelody.

Pominę wstęp o tym, że wszystkim się to myli i że w sumie nie wiadomo czemu tak jest. Przejdę od razu do rzeczy:

Czy cymbałki w ogóle istnieją?

Nie. Istnieją cymbały. Takie jak w Panu Tadeuszu, gdy Mickiewicz pisze, iż „Było cymbalistów wielu, ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu”. Tylko, że uwaga bo to jedyny nie perkusyjny instrument z zawartych w tym wpisie! Jest to przewrotnie instrument strunowy (czyli z grupy chordofonów), ALE uderzany pałeczkami. Drewniana płyta w kształcie trapezu, a na niej rozciągnięte mnóstwo strun. Pan uderza sobie naprzemiennie pałeczkami w te struny, a one tak brzęczą charakterystycznie i z pogłosem. To właśnie cymbały.

„Cymbałki” to po prostu dzwonki!

Te które mamy na myśli – kolorowe lub biało czarne, szkolne, przedszkolne, żłobkowe to po prostu dzwonki. Takie bardziej rozbudowane, srebrne, fachowe można by rzec, to dzwonki orkiestrowe lub z niemiecka Glockenspiel [glokenszpil].

Jedyną wspólną cechą z cymbałami jest wykorzystywanie pałeczek. Tu podobieństwa się kończą bo dzwonki należą do zupełnie innej grupy instrumentów, mianowicie idiofonów. A więc zbudowane są nie ze strun, a metalowych płytek.

Idiofony to taka grupa instrumentów, którą określa się mianem „samobrzmiących” ponieważ źródłem dźwięku jest w nich ciało stałe, które całe wibruje. W cymbałach, jak i w skrzypcach na przykład (czyli w chordofonach), tym źródłem dźwięku jest drgająca struna. We flecie czy trąbce (czyli aerofonach) będzie nim drgający słup powietrza. I tak dalej. A w idiofonach, do których należą zarówno dzwonki, jak i wibrafon, ksylofon czy marimba jest nim właśnie to drgające ciało, które przybierać może różną formę (np.: sztabki, trójkąta, talerza, rury, pozytywki) i osiągać różną wysokość/częstotliwość.

Dzwonki chromatyczne czy diatoniczne?

To pytanie zadają sobie prawdopodobnie rodzice lub nauczyciele, którym przyszło do głowy dzwonki zakupić. Bardzo sprawę upraszczając – wyobraźcie sobie że podchodzicie do pianina. Jeśliby wziąć same białe klawisze to powstanie nam układ dzwonków diatonicznych, czyli tych podstawowych 8 dźwięków gamy C (do, re, mi, fa, sol, la si, do).

Jeśliby natomiast potraktować sprawę całościowo, czyli wziąć pod uwagę zarówno białe jak i czarne klawisze, to okaże się, że mamy już dźwięków 13. I powstaną nam w takim układzie dzwonki chromatyczne.

Które lepsze? 

Jak zawsze zależy do czego. Osobiście uważam, że lepiej mieć diatoniczne niż żadne. Ale jeśli możemy korzystać z bogactwa trzynastu dźwięków to zawsze lepiej niż korzystać z ośmiu 🙂 Plus poznajemy świat brzmień takim jakim jest, bo chciałabym zauważyć, że to, że w dzwonkach diatonicznych dźwięki chromatyczne nie zostały ujęte nie oznacza, że nie istnieją 😉

„Ksylofon” brzmi mądrze

I może dlatego niektórzy nazywają dzwonki ksylofonem właśnie. A ksylofon to inna sprawa znowu. Też idiofon, więc już zdecydowanie bliżej niż cymbały. I również uderzany pałeczkami, ale sztabki ma drewniane. I pewnie z tego powodu jego druga nazwa to harmonika słomiana 🙂 Wesołe to, jak i wesołe jest samo brzmienie ksylofonu.

I tu trzeba przyznać, że nazywanie dzwonków używanych w przedszkolu ksylofonem nie wzięło się prawdopodobnie tak zupełnie z kosmosu, jako że Carl Orff – kompozytor i pedagog był prekursorem wykorzystywania małych ksylofonów w edukacji muzycznej dzieci. Więc coś tu dzwoni, tylko nie w tym kościele, ponieważ dzwonki sztabki mają metalowe, a ksylofon drewniane.

Wibrafon to takie duże dzwonki

Jeśli więc już dzwonki mielibyśmy z czymś większym mylić to właśnie z wibrafonem, który choć znacznie większy zbudowany jest właśnie z płytek metalowych, z tym, że w tym przypadku, połączone są one z zestawem rur, będących rezonatorami drgających sztabek. No i jeszcze jedna charkterystyczna rzecz – silnik! Tak! Bo  płytki połączone są prętem, który za pośrednictwem małego silniczka elektrycznego można wprawić w obrotowy ruch, co sprawia, że dźwięk zaczyna drgać. Tutaj oczywiście musi pojawić się jakaś mini pułapka. Otóż to drganie czyli efekt szybkiej zmiany głośności (natężenia) dźwięku zwany jest tremolo. I tym tremolo charakteryzuje się wibrafon, ALE efekt ten często mylony jest z innym, czyli takim, gdy zmienia się nie natężenie, a wysokość dźwięku (pomyślcie o starszej pani, której głos jest tak rozdrgany, że nie śpiewa jednego dźwięku, tylko właściwie dwa na przemian), którego nazwa to wibrato. I taki właśnie błąd jest fundamentem nazwy wibrafon.

No i marimba!

Która w wielkim uproszczeniu jest większym ksylofonem, ponieważ jej sztabki są również drewniane. A kluczem do jej pełnego, bogatego brzmienia są metalowe rury (podobne do tych w wibrafonie) czyli rezonatory. Jest to największy (a więc także posiadający największą skalę!) instrument ze wspomnianych powyżej.

Dużo tego, ALE

w jednym zdaniu: dzwonki, wibrafon, ksylofon i marimba to idiofony – instrumenty perkusyjne zbudowane ze sztabek drewnianych (ksylofon i marimba) lub metalowych (wibrafon i dzwonki), będących źródłem dźwięku, który uzyskuje się poprzez  uderzenie w nie pałeczkami.

W ten sam sposób dźwięk wydobywamy ze strun, z których zbudowane są cymbały, należące jednak do grupy chordofonów.

Dzwonki są super instrumentem który wprowadzić warto dziecku, kiedy tylko potrafi już siedzieć i uderzać.

Ja poszłabym w te chromatyczne, ale lepsze diatoniczne niż żadne.

Cymbałki nie istnieją.

Tym razem na blogu wywiad. Na moje pytania o Metodę Suzuki odpowiada skrzypaczka i pedagog – nauczyciel tej metody, ale także trenerka Pomelody 🙂 – Ania Staniak

Na czym polega metoda Suzuki i dlaczego mówi się o niej „naturalna”? Skąd nazwa „metoda języka ojczystego?”

Metoda Suzuki opiera się nauce poprzez słuchanie muzyki oraz zabawę.

Dzieciaki słuchając codziennie tej samej płyty uczą się melodii ze słuchu. Dokładnie tak samo jak w przypadku języka, z którym najpierw każdy z nas musiał się „osłuchać” zanim powiedział pierwsze „mama i tata”.  

I jak się okazuje do grania nie potrzeba znajomosci nut:) Gra staje się tak samo „prosta” jak mówienie! Hurej! Stąd też nazwa „metoda jezyka ojczystego”. W późniejszych latach, kiedy już granie staje się codziennością, pojawiają się i nuty 🙂

Czy metoda dotyczy tylko nauki gry na skrzypcach?

Początkowo nauka dotyczyła tylko skrzypiec, a to dlatego, że pomysłodawcą tej metody był japoński skrzypek i pedagog Shinichi Suzuki. W związku z tym, że przynosiła ona świetne rezultaty szybko rozszerzyła się na inne instrumenty. Obecnie mamy opcję nauki na większości instrumentów, ale możliwości są różne w zależności od miasta/kraju.

Jakie warunki trzeba spełniać, by móc uczyć się tą metodą? Czy to metoda tylko dla dzieci? Kiedy najlepiej zacząć naukę gry na instrumencie metodą suzuki?

Super jest to, że nie musimy spełniać żadnych warunków, żeby zacząć naukę. Każdy z nas może grać! 🙂 Naukę można rozpocząć od najmłodszych lat. 3-letnich skrzypków jest całkiem sporo, ale też nie brakuje dorosłych, poważnych biznesmenów uczących się tą metodą i grających koncerty razem z dzieciakami 🙂 Każdy wiek jest dobry jeśli tylko chce się grać.

Czy rodzic „nie-muzyk” może być przewodnikiem swojego dziecka w nauce gry na instrumencie? 

Zapisując swoją pociechę na zajęcia, każdy rodzic sam musi przejść szkolenie i przez miesiąc chodzić na własne lekcje skrzypiec. Dopiero po tym czasie do akcji wkracza dziecko ze swoimi mikroskrzypeczkami 🙂 Oczywiście po upływie miesiąca każdy dorosły może dalej kontynuować naukę, co jest bardzo mile widziane.

Taki „nauczony” rodzic daje przykład ćwicząc w domu i wie jak pilnować dziecko, żeby od samego początku ćwiczyło we właściwy sposób. Poza tym rodzic zdaje sobie sprawę z tego, że to granie wcale nie jest tak proste jak może się wydawać, a systematyczna praca w domu uczy obowiązkowości.

Nie wspomniałam jeszcze o dodatkowych lekcjach grupowych, które, poza lekcjami indywidualnymi, również są istotnym punktem nauki. Dlaczego? Ponieważ dają możliwość naśladowania, współpracy i jednocześnie zabawy z rówieśnikami.

Najważniejszym punktem jednak jest systematyczna praca z rodzicami w domu, ponieważ nie ma większego autorytetu dla dziecka niż rodzic. W związku z tym dziecko w naturalny sposób będzie naśladować rodzica, nie nauczyciela, który tylko pomaga i nakierowuje 🙂

A co ze skrzypcami, skąd je wziąć? 

W większości szkół można je wypożyczyć. Nauczyciele wiedzą jaki rozmiar skrzypiec będzie dla Ciebie i Twojej pociechy najlepszy. Oczywiście można też kupić instrument, natomiast w przypadku dzieciaków jest to nieopłacalna opcja ze względu na to, że rosną…

Jeśli oczywiście chcesz możesz kupić skrzypce przez w sklepie muzycznym lub przez Internet. Ale czy będą dobre? :/ W zasadzie te malutkie skrzypeczki nigdy nie brzmią oszałamiająco… można wydać 250 lub 700zł. Te droższe prawdopodobnie będą ładniej wykonane, ale czy będą dobrze brzmieć, hmmm… 

Co z nauką teorii? 

Nie jestem pewna czy we wszystkich szkołach w Polsce, ale generalnie teoria pojawia się w późniejszych latach edukacji. To dlatego, żeby dzieciaki spokojnie mogły dalej kontynuować naukę np. w szkole drugiego stopnia 🙂

Czy ta metoda jest lepsza od tradycyjnej? 

Wg mnie Metoda Suzuki jest lepsza od tradycyjnej, dlatego że wszystko odbywa się w miłej, rodzinnej atmosferze, bez przymusowych egzaminów, w naturalny sposób i poprzez zabawę 🙂 Dlatego grono jej zwolenników stale rośnie!

Jak długo trwa nauka ta metoda? 

Nauka trwa dopóki  nie ukończy się ostatniej książki z serii Suzuki Violin School. Ale nie ma określonego deadline’u. Każdemu to zajmuje taką ilość czasu jaką potrzebuje żeby ogarnąć cały ten materiał.

Jak można stać się certyfikowanym nauczycielem tej metody?

Żeby stać się certyfikowanym nauczycielem Suzuki należy ukończyć 6-stopniowy kurs nauki tą metodą. Po każdym poziomie zdaje się egzamin teoretyczny oraz praktyczny i dostaje się certyfikaty z kolejnego poziomu.

Co gdy wszystko idzie gładko i z entuzjazmem, aż nagle dziecku się „odwidzi”? Jak przełamać kryzys u dziecka? 

Dzieciakom jak wiadomo może się odechcieć w każdej chwili i to nie raz… 😉 Sposobów na zachęcenie i mobilizację jest masa. Można je znaleźć w Internecie na różnych grupach wsparcia rodziców Suzuki 🙂 

 

Ania Staniak – gdyby nie skrzypce zostałaby prawdopodobnie sportsmenką. Wybrała jednak muzykę, a w związku ze swoją wielką miłością do dzieci również nauczanie. Jest absolwentką krakowskiej Akademii Muzycznej. Jeździ po świecie koncertując z Orkiestrą Akademii Beethovenowskiej i kwartetami smyczkowymi Fusion Strings oraz InQuartet.

Podczas większości naszych warsztatowych pogaduch z rodzicami, rozmawiamy o tym jak cudowna może być muzyka i jak wspiera rozwój naszych dzieci. Kto był tu wcześniej, to natknął się na wezwania do kreowania bogatego środowiska muzycznego dla naszych pociech, ponieważ to my – rodzice kierujemy ich wczesnym rozwojem i budujemy więzi i poczucie bezpieczeństwa. Dlatego właśnie śpiewamy, gramy „na czym popadnie” i słuchamy jak najwięcej różnorodnej muzyki, by wykorzystać super moc dźwięków. To wszystko prawda!

Ale… czasem zapominamy o ciszy!

Mózg słucha nawet gdy Ty „nie słyszysz”!

Może zdarza się Wam wrócić do domu i w pierwszym odruchu włączyć jakiś odbiornik? Radio, TV, internet – czasem wszystko naraz. Często kierują nami nasze nawyki i całkowicie nieświadomie potrzebujemy wypełnić ciszę dźwiękami. Nie zauważamy, że przez to w naszym otoczeniu pojawia się „zanieczyszczenie dźwiękowe”. Mnóstwo niepotrzebnych hałasów, które przecież cały czas są przetwarzane przez nasz mózg. Owszem, możemy się do nich przyzwyczaić, nawet do tego stopnia, że ich „nie słyszymy”. Tylko że nasza głowa pracuje nad tym cały czas, bez odpoczynku. I nie ułatwiamy jej zadania. Często słyszę, że ktoś włącza radio, bo może akurat powiedzą coś ciekawego lub telewizor tak dla „odmóżdżenia”. No dobrze, ale zobaczcie, że nie otwieracie lodówki po wejściu do domu tylko dlatego, że może zaraz zgłodniejecie. Skąd więc taka ucieczka przed ciszą?

A pamiętać trzeba, że dzieci są dużo wrażliwsze na te brudne dźwięki, co w skrajnych przypadkach może skutkować problemami ze snem, nerwowością, nadpobudliwością czy zaburzonym poczuciem bezpieczeństwa.

Cisza jest potrzebna do:

Dla mam starszych dzieci cisza oznacza często, że właśnie dzieje się coś podejrzanego i jak najszybciej trzeba agenta zlokalizować. Coś w tym jest, ale nie tylko po to nam cisza.

W ciszy można wsłuchać się w siebie, pomyśleć na spokojnie, prawdziwie odpocząć. Znacznie lepiej też reaguje się na muzykę, gdy umie się docenić ciszę. Powinniśmy pokazać dziecku, jak jest ona ważna dla nas, ale i dla niego samego.

Dziś więc prośba – pozwólcie sobie i swoim dzieciom na kilka minut ciszy i zobaczcie, czy czujecie się lepiej.

Więcej o brudzie

„Zanieczyszczenie zwykle kojarzy nam się z brudem, który możemy zobaczyć lub poczuć. Dźwięki także potrafią jednak „zanieczyścić” nasze środowisko w sposób podobny do tego, jak robią to śmieci czy toksyczne wyziewy. Zanieczyszczenie hałasem definiuje się jako nadmierny hałas albo nieprzyjemny dźwięk, który w jakiś sposób stanowi naruszenie równowagi środowiska (także wówczas, gdy tym środowiskiem jest centrum dużego miasta: nie trzeba tu ograniczać się do „dzikiej przyrody”).”

To tylko fragment krótkiego artykułu o brudnych dźwiękach. Jeśli jesteście ciekawi, zachęcam do zajrzenia. Króciutki i konkretny. Znajdziecie tam także skutki zanieczyszczenia hałasem widoczne w naszym funkcjonowaniu

Podsumowując: 

Żyjemy w świecie, gdzie otacza nas coraz więcej dźwięków. Świat pędzi, my pędzimy i staramy się za wszystkim nadążyć. Stąd czasami zbyt dużo dźwiękowych bodźców w naszej codziennej rzeczywistości. Niby taka mała rzecz, a może mieć znaczenie i duży wpływ na nasze funkcjonowanie, więc dbajmy o jakość i ilość otaczających nas dźwięków!

Autorką tekstu jest Jagoda Rusowicz – mama Mikołaja, oczekująca drugiego dziecka, muzykoterapeutka, instruktor rytmiki, licencjonowana nauczycielka zagranicznych programów muzycznych. Od 4 lat prowadzi z warsztaty z muzykoterapii (pracując zarówno z dziećmi jak i dorosłymi), zajęcia rodzinnego muzykowania POMELO oraz KIWI dla rodzin z dziećmi o specjalnych potrzebach.

Najprostsza odpowiedź na pytanie zadane w tytule brzmi: wszystko! i nic!

Sama wielokrotnie skorzystałam z pomocy kanału Super Simple Songs, a nawet uważam, że przyczynił się on w pewnym stopniu do tego, że mój trzylatek jest dwujęzyczny (jesteśmy polską rodziną mówiącą z wyboru do dzieci po angielsku). Bo jeśli traktuje się go jako inspiracja – źródło prostych piosenek, które mają za zadanie wprowadzić dziecku angielskie słownictwo, oglądając je sporadycznie, a w większości przypadków śpiewając dziecku lub z dzieckiem, to wszystko jest w porządku. Sytuacja zmienia się gdy Super Simple Song, Mother Goose Club, Dave and Ava czy kanały im podobne stają się głównym źródłem muzyki i animacji w naszym domu, a my zamiast śpiewać „puszczamy dziecku piosenki”. Wtedy wychowujemy pokolenie bez gustu – po prostu.

By zrozumieć czym różni się bogate estetycznie środowisko, którym w celu pielęgnowania ich gustu powinniśmy otaczać dziecko, od muzyki, animacji czy ilustracji typu fast food zapraszam do osobnego wpisu na ten temat. Tutaj chciałabym poruszyć temat konkretniej, na przykładzie animacji typu Super Simple Songs.

Poczucie dobrego smaku kształtuje się powoli i wymaga pielęgnowania

Czy i w jakiej mierze otoczenie oraz wychowanie mają wpływ na kształtowanie się „dobrego smaku”? Aby się o tym przekonać przebadano dzieci w przedziale wiekowym od siedmiu do jedenastu lat – wychowanych w atmosferze wysokiej kultury plastycznej, otoczonych pięknymi książkami dla dzieci, które nie miały w domu kontaktu ze złymi ilustracjami.

Jedenastoletni chłopiec, przyglądając się obrazkowi Trzy świnki M. Karwina przejawiającemu typowo disnejowską manierę, choć nie potrafił dokładnie ująć w słowa swoje wrażenia –

„…jakoś tak brzydko namalowane, tylko te świnki na pierwszym planie, a otoczenia to nie widać… I kolory takie sztuczne” — widać, że ilustracje te traktuje jako coś, do czego nie można mieć poważnego stosunku.

Dziecko jest w zdolne do przeżyć estetycznych, ma też potrzebę obcowania z przedmiotami i zjawiskami, które uważa za piękne plastycznie, lecz nie jest zdolne do odróżniania rzeczy wartościowych od bezwartościowych pod względem artystycznym, chociaż w zakresie własnej twórczości przejawia często zadziwiające wyczucie estetyczne.

Chcąc zgłębić ten temat, zdecydowano się przeprowadzić inne badania. Pokazano dzieciom dwie prace – Słoneczniki Van Gogha oraz „wątpliwej wartości artystycznej” ilustrację pocztówkową – i poproszono, aby wybrały, tę, która bardziej im się podoba. Badani w wieku od pięciu do sześciu lat, wybierali obraz artysty, lecz starsze z reguły obstawiały alternatywny kicz. Wyniki uznano za dowód negatywnego wpływu otoczenia oraz m.in. złej ilustracji książkowej, na niszczenie wrodzonego poczucia estetycznego dziecka.

Dokładnie tak samo dzieje się w przypadku muzyki. Najlepsze porównanie jakie przychodzi mi do głowy wiąże się z kuchnią. Staramy się ograniczać sól (czy glutaminian sodu) oraz pikantne przyprawy w diecie dziecka nie tylko ze względów zdrowotnych, ale także dlatego, że małe dziecko może cieszyć się w pełni bardzo delikatnym smakiem duszonych warzyw czy mięsa, wcale nie mając wrażenia, że czegoś mu brakuje lub podane mu jedzenia jest niesmaczne. Ale trwa to tylko do momentu gdy nie zasmakuje owych dodatków. Nie posolone ziemniaki dla kilku/kilkunastoletniego dziecka będą „niedobre”, rosołek bez kostki „bez smaku”, a kurczak „mdły”. Tak długo jak dziecko nie przeniknie „fast foodową” muzyką tak długo będą cieszyły go wszystkie odcienie folkloru, klasyki, jazzu, rocka, alternatywy, soulu itd.

Gust wyrabia się z wiekiem, choć dzieje się to powoli. Wiemy już, że kanały typu Super Simple Song nie spełniają więc kryteriów estetycznych (zarówno muzycznych jak i plastycznych).

W takim razie….

Jaka jest alternatywa?

Powtórzę raz jeszcze. Jeśliby skupić się jedynie na aspekcie nauki języka angielskiego poprzez piosenki, będę polecać takie kanały z całym przekonaniem. Dodatkowo, żeby nie być niesprawiedliwa, przyznać muszę, że sam kanał Super Simple Songs wydaje się być już „najprzyzwoitszy” ALE tekst ten skupia się na estetycznych skutkach ubocznych ograniczania przeżyć muzycznych dziecka jedynie do tej formy. Co więc możemy zrobić, w ramach „odtruwania”?

Nie pierwszy raz na tym blogu przeczytacie, że najważniejsze jest aktywne muzykowanie! Dzieci nie uczą się języka z programów telewizyjnych, ale od rodziców do nich mówiących. To samo dotyczy języka muzyki. Z tego punktu widzenia w życiu naszego dziecka powinna przeważać muzyka tworzona (śpiewana/grana) przez rodzica, nad tą biernie percypowaną z płyt CD, internetu, czy TV. Dziecko uczy się poprzez naśladowanie, a więc w niedługim czasie będzie chciało włączyć się do muzykowania.

A to jest istota sprawy! Zawsze dla rozwoju dzieci ważniejsze jest aktywne doświadczenie tworzenia muzyki, a nie bierne percypowanie jej, animacje mają więc za zadanie otworzyć wyobraźnię dziecka, a nie podać mu na tacy to co ma myśleć. Do rozwoju intelektualnego przyczynić mogą się obrazy, które w sposób niebezpośredni przedstawiają sytuacje, zawierają ukryte znaczenia, metafory jednym słowem stanowią wyzwanie dla inteligencji odbiory.

Dobra animacja (muzyka plus obraz) ma więc:

  • obrazować kontekst, ułatwiać pojmowanie konceptu zawartego w tekście piosenki – nie jest to jednak najważniejsze w muzykowaniu, dlatego ma to być jedynie punkt wyjścia dla narracji plastycznej, gdyż nie chodzi tutaj jedynie o obrazowanie samej historii, ale także oddanie jej charakteru (super simple songs, ograniczają się do zobrazowania tego co jest w tekście, co jest dobre z punktu widzenia na tylko i wyłącznie i ok bo to jest nauka angielskiego przez piosenki – nie można tego traktować jako muzyka warta słuchania, animacja warta oglądania)
  • budzić miłe, ale i bogate skojarzenia z obrazem, w sposób nieoczywisty, by otworzyć wyobraźnię na produkcję nowych treści, obraz ma wzmacniać siłę wyrazu warstwy dźwiękowej lub słownej dzięki plastycznej interpretacji znaczeń (super simple song zamykają rzeczywistość)
  • wyrabiać gust dziecka poprzez obcowanie z różnorodnością zarówno w warstwie audio jak i video

Dzieci zasługują na bezpośredni kontakt z najlepszą sztuką!

Przykłady dobrych animacji:

Zwróćcie uwagę na abstrakcyjną narrację w warstwie video, która stanowi kontrapunkt dla jednostajnej warstwy audio. Nie mówiąc już o niezwykle bogatej, artystycznej grafice, która dla wyobraźni dziecka jest doskonałym wybiegiem dla tworzenia nowych treści i jest po prostu wesoła.

To piękny przykład tego, jak wizualizacja tekstu zawartego w warstwie dźwiękowej ułatwia pojmowanie koncepcji odejmowania. Nie ogranicza się jedynie do butelek spadających z murku, ale w finezyjny sposób przenosi widza w świat różnego rodzaju codziennych oraz abstrakcyjnych zdarzeń. Porównajcie także tę „aranżację” muzyczną z innymi wersjami tej znanej piosenki. Delikatna, ale bogata w brzmieniu.

Oprócz bycia po prostu piękną animacją: tak jeśli chodzi o obraz jak i piosenkę, ten krótki filmik buduje świadomość formalną muzyki: ruchy kota skorelowane są z motywami i frazami muzycznymi. Fantastyczna jest tu także warstwa akompaniamentu akordeonu: jak często nasze dzieci mają okazję słuchać tego instrumentu solo!?

Do powstania wpisu przyczyniła się swoją pomocą i merytoryczną wiedzą Katarzyna Feiglewicz-Peszat – artystka wizualna, Mama Antka, która prowadzi zajęcia plastyczne dla dzieci i dorosłych. Dzięki Kasiu!

BIBLIOGRAFIA

Opisane w tekście badanie pochodzą z następujących publikacji:

A. Teodoczyk, Pomiędzy sztuką a edukacją. Ilustracja w książkach dla dzieci i młodzieży, 2014

I. Słońska, Psychologiczne problemy ilustracji dla dzieci, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe, 1977, str 105

http://www.powerofmelody.com/blog/sprawdz-czy-karmisz-swoje-dziecko-estetycznym-fast-foodem/

Wyobraźcie sobie że mówimy do dziecka tylko tak jak ono mówi do nas: baba, dada, am, si, to, brum brum. Nie byłoby to bogate środowisko językowe, sprzyjające rozwojowi mowy. Mimo tego, że dostosowujemy przekaz do możliwości maluszka, staramy się mówić do dziecka w możliwie najbogatszy w słownictwo sposób. Sami również dbamy o to, by mieć szeroki zasób słownictwa, ale wiemy, że aby z niego korzystać musimy najpierw go zgromadzić, w tym celu czytamy różne książki, artykuły może nawet poezję. Czujemy, że istota tkwi w różnorodności. Chcemy bowiem, by nasze słownictwo było bogate zarówno w pojęcia techniczne, naukowe, fachowe określenia jak i obrazowe przymiotniki.

Muzycznie bogate środowisko

Muzyka to język i rządzi się takimi samymi prawami. By nasze dzieci mogły swobodnie i finezyjnie posługiwać się językiem muzyki (a może to osiągnąć każde dziecko!) musimy również zadbać o bogate środowisko muzyczne w domu, które zapewni wartościowa muzyka.

Co to jest wartościowa muzyka?

⁃różnorodność barw (a więc różnorodne instrumentarium)

⁃różnorodność stylistyczna (każdy ze stylów muzycznych to jak inny gatunek książki – rządzi się innymi prawami, a więc wnosi inną wartość)

⁃różne tonacje i skale (istnieje daleko więcej sposobów organizacji dźwięków niż tylko gama wesoła i smutna, muzyka która otacza nas w ogromnej większości utrzymana jest w tonacji durowej, czasem zdarzą się utwory molowe – te smutne – ale to wciąż tak jakby powiedzieć, że obrazy są namalowane farbami niebieskimi lub czerwonymi. A co z całą paletą pozostałych barw?)

⁃różne metra – metrum dotyczy organizacji rytmicznej. Króluje metrum „na dwa” (dwie czwarte) – czyli cały pop, discopolo, regge, hip-hop, drum and base itd itd. Czasem pojawi się trzy i wtedy myślimy: O! To walc! A gdyby chodziło o dietę, to tak jakby zdecydować się jedynie na potrawy słone lub słodkie. Wiemy, że właśnie tam gdzie smaki są nieoczywiste zaczyna się przyjemność jedzenia i choć znamy pociąg dzieci do słodyczy to jednak staramy się dawać im coś więcej prócz pączków.

Przykład wartościowej muzyki dla dzieci:

Przeciwieństwem bogatego muzycznie środowiska będzie więc muzyka, która:

  • zawsze brzmi tak samo
  • jest uboga brzmieniowo
  • jest prymitywna w formie
  • jest tylko wesoła
  • jest tylko „na dwa”

A taka niestety otacza nasze dzieci w znakomitej większości. Atakuje maluchy z radia, telewizji, bajek, plastikowych zabawek, YouTuba. Często będąc jeszcze okraszona jakąś fatalną animacją…. No właśnie!

Plastycznie bogate środowisko

A co z warstwą plastyczną? Co z książeczkami, bajkami, ilustracjami, animacjami którymi „karmimy” nasze maluchy? Tutaj rzecz ma się tak samo jak w przypadku muzyki. Zdolność dziecka do oceny estetycznej pojawia się dopiero ok. 11 roku życia, dlatego to od rodzica i opiekuna zależy jak zostanie ukształtowana. Więc i tutaj toczy się walka pomiędzy wyrazem artystycznym, a fast foodem. I tak jak w muzyce, najważniejszą cechą bogatego środowiska plastycznego jest różnorodność stylów graficznych. Dużą rolę odgrywa właściwe użycie środków wyrazu: kreski, koloru i faktury, co wpływa na uczuciowy i emocjonalny odbiór treści. Ilustrator może „bawić się” konwencjami, tworząc nieszablonowe połączenia obrazu z tekstem. Przekaz jest częściowo ukryty pozostawiając duże pole dla wyobraźni i samodzielnej interpretacji widza – może bawić i śmieszyć, ale może być także trudny i wymagający najwyższego skupienia.

Ilustracja typu „fast food” to pozbawione wartości artystycznych obrazki z książeczek dla dzieci, które można zakupić między innymi w supermarkecie. Cechuje je przede wszystkich przesadna tendencja w stronę malarstwa realistycznego ze szczególnym wskazaniem na disnejowską manierę plastyczno-tematyczną. Fast foodowe ilustracje ukierunkowane są na dosłowne przedstawianie opisanej w tekście sytuacji, nie pozostawiając miejsca na wyobraźnię. Martin Salisbury i Morag Styles, autorzy licznych publikacji na temat ilustracji i literatury dziecięcej, przypisują tego typu grafikom szkodliwy wpływ na dziecięcą wyobraźnię.

Cechy niskiej jakości „fast-foodowych” animacji/ilustracji:

– powtarzana, schematyczna konwencja,

– dosłowność (nadmierny realizm przedstawienia, jedynie imitowanie rzeczywistości,  brak metafory, symbolu, niedopowiedzenia),

– przebodźcowanie kolorystyczne i formalne (brak harmonii kolorystycznej, nagromadzenie intensywnych barw, brak niuansów kolorystycznych, subtelnych zestawień kolorów, nadmierna ilość nagromadzonych środków plastycznych niewspółgrających ze sobą)

lub przeciwnie – bardzo ubogi język plastyczny, jedynie schematyczne kształty, brak zróżnicowania struktur, form

Cechy dobrej animacji/ ilustracji:

– nowe konwencje w kolejnych animacjach (podobnie jak style muzyczne – dziecko jest otwarte na każdą konwencję przedstawienia, nie odrzuca żadnej w przeciwieństwie do dorosłego człowieka), dziecko będzie zainteresowane bardzo różnorodnymi formami – od abstrakcyjnych form po realistyczne, dlatego trzeba dbać o ich różnorodność

– minimalistyczne, geometryczne formy i zredukowane środki będą wyciszać i koncentrować uwagę na całości przedstawienia, z kolei „bogate”, złożone ilustracje będą skupiać uwagę dziecka na pojedynczych elementach, fragmentach ilustracji

– brak dosłowności, nadmiernego realizmu (np. uproszczone, geometryczne formy, które działają bezpośrednio na percepcję dziecka, jednocześnie pozwalają pracować jego wyobraźni),

– niedopowiedzenie, celowe pominięcie danego elementu (pobudza dziecięcą wyobraźnię podobnie jak w muzyce ćwiczenia wykorzystujące audiację),

– bogata gama kolorystyczna, umiejętnie wykorzystana (zarówno kontrastowe zestawienia jak i subtelne barwy, w zależności od przybranej konwencji plastycznej),

Poczucie dobrego smaku kształtuje się powoli i wymaga pielęgnowania. Nasze dzieci zasługują na bogate środowisko estetyczne.Tak samo jak zasługują na jedzenie pysznych potraw a nie tylko pączków. Nie mówiąc już o wpływie bogatego środowiska muzycznego/plastycznego/językowego czy zróżnicowanej, bogatej diety na ich rozwój!

Do powstania wpisu przyczyniła się swoją pomocą i merytoryczną wiedzą Katarzyna Feiglewicz-Peszat – artystka wizualna, Mama Antka, która prowadzi zajęcia plastyczne dla dzieci i dorosłych. Dzięki Kasiu!

P.S. Jeśli macie jakieś pytania, polecam się, piszcie!

BIBLIOGRAFIA

M. Salisbury, M. Styles, Children’s Picturebooks: The Art of Visual Storytelling, Londyn: Laurence King Publishing, 2012

A. Teodoczyk, Pomiędzy sztuką a edukacją. Ilustracja w książkach dla dzieci i młodzieży, 2014

„Dzisiaj wychowuje się dzieci inaczej”.

Niejednokrotnie w swojej krótkiej jak dotąd, matczynej karierze, stwierdzałam z zaskoczeniem, że moja wiedza na temat wychowywania, obszerniejsza jest, niż wiedza mojej własnej rodzicielki (wspaniałej matki trzech córek!).
Celowo używam tu słowa „obszerniejsza”, a nie np. „głębsza” czy „lepsza”, bo świat jakby się poszerzył i wiedzieć więcej po prostu musimy!
Smoczek: „be” czy „cacy”, wózek czy chusta, wanienka czy wiaderko, szczepić czy nie szczepić, chodzić z malcem na angielski – czy to za wcześnie/za późno/bez sensu/strata pieniędzy? A jeśli chodzić to gdzie, od kiedy, jaką metodą?
Współczesna mama więc, już nie tylko karmi, przewija, bawi się i usypia, ale bez przerwy jeszcze „robi research”. Nasi rodzice wychowywali nas, kierując się intuicją, instynktem, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, i ta formuła była w swoim czasie skuteczna, chociaż dziś moglibyśmy uznać ją za ryzykowną.
A więc „dzisiaj wychowuje się dzieci inaczej” – twierdzi Fernando Corominas w swojej książce pt. „Wychowywać dziś”. I trudno się nie zgodzić. Samą książkę przeczytałam dzięki znajomej (dziękuję Agata!) i to właśnie ta pozycja będzie „sponsorem” tego tekstu.

Z trwogą obserwuję maluszki, których plan zajęć w tygodniu jest tak przeładowany, że gdyby należał do dorosłego, uznalibyśmy go za pracoholika. Z drugiej strony skąd wiedzieć czy inwestowanie w daną aktywność, w określonym momencie życia dziecka ma, bądź nie ma sensu. Skoro jednak wychowanie jest nie tylko sztuką (gdzie reguł brak, a każda osoba jest niepowtarzalna), ale także nauką, to muszą istnieć jakieś prawidłowości, które należy poznać, zgłębić, poświęcić czas i wysiłek. I tu z pomocą przychodzą badania nad okresami sensytywnymi.

„Okres sensytywny to czas, w którym organizm jest szczególnie wrażliwy na bodźce ważne dla rozwoju określonej funkcji” (s. 27) Przykład: okres sensytywny odpowiadający chodzeniu występuje między 10 a 15 miesiącem życia dziecka. W tym czasie dziecko samo uczy się chodzić, nikt nie musi mu pokazywać, co powinno robić, bo całe jego ciało “chce” chodzić, potrzebuje tego; jedynym wymogiem jest to, by miało wzór do naśladowania, żeby widziało, jak chodzi jego matka. (s. 39)

Człowiek posiada wolę, odróżnia nas to od zwierząt i sprawia, że jesteśmy wolni i odpowiedzialni. Dzięki swojej woli jesteśmy w stanie, jeśli chcemy, kontrolować własne okresy sensytywne. Możemy sprzeciwić się wykonaniu danego działania w czasie w którym jest ono przewidziane, ale możemy też wykonać to działanie wtedy, gdy odpowiadający mu okres sensytywny już minął. Jednak wykonanie danego działania poza właściwym dla niego czasem wymaga dużo większej siły woli, musimy włożyć w nie więcej wysiłku. Bardzo trudno jest też osiągnąć taki sam wynik.

Dziecko między pierwszym a czwartym rokiem życia jest w stanie nauczyć się języka ojczystego albo kilku języków bez wysiłku, z największą naturalnością, ponieważ znajduje się w okresie sensytywnym związanym z mową. Kiedy wszystkie jego zmysły predysponują je do zdobycia tej funkcji, uczy się mimowolnie, jak w zabawie, opanowując język tak dobrze, jak jego rodzimy użytkownik. (s. 31)

Jeśli chodzi o muzykę jest to jeden z pierwszych okresów sensytywnych, wcześniejszy od nauki mowy, kiedy to całe ciało dziecka predysponowane jest do  słuchania i tworzenia muzyki. (Najpierw rozwija się słuch a potem mowa) Okres sensytywny właściwy dla muzyki rozpoczyna się 4 miesiące przed narodzeniem, w łonie matki, i trwa do drugiego lub trzeciego roku życia, przy czym podstawowe znaczenie ma pierwszych 12 miesięcy. (s. 46)

Zestawienie okresów sensytywnych:

W gąszczu różnych, często sprzecznych informacji, ta prosta tabela wydaje się być doskonałą podpowiedzią jak wybierać aktywności, które proponujemy naszym dzieciom. Nie ma sensu prowadzić dziecko na zajęcia stymulujące sferę, która naturalnie, w odpowiednim czasie rozwijać będzie się znacznie efektywniej. A może nawet nie potrzebne będą do tego zajęcia dodatkowe, jeżeli tylko rodzic będzie posiadaniu odpowiednich narzędzi do tego, by dziecko poprzez naśladowanie go uwolniło swój własny potencjał.

Rodzice często pytają mnie czy jest sens śpiewać z dzieckiem jeżeli oni sami śpiewają nieczysto. Wtedy pytam ich czy jest sens chodzić z dzieckiem jeżeli sama chodzę koślawo, albo mówić do niego jeśli mam lekką wadę wymowy.  Proste prawda?

A więc raz jeszcze:

Całe ciało dziecka “chce” chodzić/śpiewać/tańczyć/mówić i potrzebuje tego; kluczowym wymogiem jest jednak, by miało wzór do naśladowania, żeby widziało, jak chodzi/śpiewa/tańczy osoba, którą chce naśladować, która jest jego autorytetem – kochająca i opiekująca się nim.

Przyznać się chcę, że choć moja wiedza muzyczna pewnie przekracza przeciętną, będąc w ciąży kilka nocy poświęciłam czytaniu historii o tym jak to regularne słuchanie tego czy tamtego uczyniło geniuszy z dzieci różnych pań.

Ale dosyć – basta! Ilość dylematów z jakimi radzić sobie musi przyszła mama jest zbyt duża, by poświęcać czas na zastanawianie się co z tym Mozartem? Bo biedna jest ta mama gdy całe życie wcale miłością do Mozarta nie pałała, a teraz siedzi dzielnie i słucha choć godzinkę dziennie… tylko po co?

No bo właściwie jak to z tą muzyką w okresie prenatalnym naprawdę jest?

Na początek trochę danych

Okres prenatalny to czas kształtowania się receptorów muzycznych i pierwszych reakcji sensoryczno-motorycznych na muzykę.

Między 16 a 20 tygodniem życia płodowego rozwija się zmysł słuchu. W 20 tygodniu dziecko słyszy już tak, jak dorosły. Postrzegane są dźwięki o natężeniu powyżej 40 decybeli (40 dB to tyle co szmery w domu) i kształtuje się umiejętność rozpoznawania bodźców akustycznych. Dlatego właśnie uważa się, że głos matki, który słyszy maleństwo będąc w łonie, zna i rozpoznaje jeszcze przed urodzeniem.

Między 5 a 6 miesiącem ciąży płód zaczyna reagować na silne dźwięki pochodzące z otoczenia. Około 7 miesiąca odbiera już bardziej zróżnicowane bodźce akustyczne: zaobserwowano, że od 7 miesiąca ciąży dziecko motorycznie reaguje na muzykę, wykazując przy tym pierwsze preferencje, a od 8 miesiąca reaguje odmiennie na głos matki, ojca i obcych.

Dźwięki towarzyszące dziecku w okresie płodowym, pochodzą przede wszystkim od matki. Dziecko słyszy jej głos, bicie serca, ruchy ciała, pracę organów wewnętrznych. Odgłosy z zewnątrz docierające do maleństwa są przytłumione, szczególnie wysokie częstotliwości, które łagodzone zostają przez płyn owodniowy. Ciało matki działa więc trochę jak filtr niskopasmowy. Dodatkowo płyn owodniowy ułatwia przewodzenie niskich dźwięków, co w praktyce oznacza, że dzieci w okresie prenatalnym preferują barwy instrumentów o niskim rejestrze (np. wiolonczela, kontrabas, fagot) a instrumenty o wysokim rejestrze mogą być w ogóle niesłyszalne. Maleństwo przedkłada więc głos matki nad jakikolwiek inny dźwięk. Ale uwaga. Gdy mama mówi drobne różnice w spółgłoskach i samogłoskach są narażone na zniekształcenia. To ograniczenie nie dotyczy jednak dźwięków o określonej częstotliwości, dlatego ich wyrazistość przyczynia się do większego zainteresowania śpiewem matki niż jej mową. Eksperymenty wykazały, że noworodki uspokajają się podczas prezentowania im tych samych melodii, których słuchały między szóstym a ósmym (w innych badaniach dziewiątym) miesiącem ciąży. W literaturze przedmiotu znaleźć można twierdzenia, że chociaż nie odnaleziono związku między reagowaniem płodu a rozwojem muzykalności po narodzeniu, to śpiew matki oddziałuje korzystnie na rozwój psychiczny i intelektualny dziecka, w tym na inteligencję muzyczną.

Jakie płyną z tego wnioski

  • Śpiewanie maleństwu w brzuszku ma potężną przewagę nad puszczaniem mu muzyki z płyty.
  • Jeśli już mamy chęć zaprezentować dzieciątku jakieś nagranie należy pamiętać, że dziecko znacznie lepiej słyszy muzykę o niskich częstotliwościach, preferuje więc instrumenty o niskim rejestrze.
  • Mówienie czy śpiewanie nienarodzonemu dziecku przed 16 tygodniem ciąży mija się z celem.
  • Nie ma żadnych wiarygodnych przesłanek ku temu, by sądzić, że muzyka puszczana dziecku wpłynie na jego inteligencję (nie ważne czy jest to Mozart czy Black Sabbath)
  • Nie należy liczyć na to, że nasze działania zrobią z dziecka geniusza, ale
  • WARTO śpiewać maleństwu często i bez przejmowania się tekstem, czy własnym talentem muzycznym.

Moja historia

Ale, ale! Zanim do niektórych rzeczy doszłam,, kiedy po raz pierwszy byłam w ciąży, sama miałam taki pomysł, że sprawdzę na sobie i swoim dziecku tę „legendę” o tym, jak to mama słuchała czegoś całą ciążę, a potem dziecko po urodzeniu to znało/lubiło czy coś tam.
Wybrałam kilka dosyć osobliwych pozycji, które rzecz jasna miały przede wszystkim mnie sprawiać przyjemność (bo na tyle już byłam świadoma) i słuchałam je, podśpiewując przez całą ciążę. Między innymi przesłuchiwałam namiętnie utwór na chór, polskiego renesansowego (!) kompozytora – Wacława z Szamotuł, pt. Już się zmierzcha.

Posłuchacie i pewnie stwierdzicie, że „dziwny wybór” – ale wiecie – mama kompozytorka…
Do szpitala poszłam przygotowana: ze zgraną na komórkę playlistą. Nie wiem co mi się wydawało, że ta playlista ma zdziałać;) Więc leżę w szpitalu po porodzie i pamiętam taki moment w którym mój maluch płakał, a ja już nie wiedziałam o co może chodzić – przewinięty, nakarmiony – co jeszcze? A ja taka zielona, sestresowana, bez grama wiary w siebie i w to, że się nadaję. W trzeciej dobie po porodzie, z perspektywą zostania w szpitalu na tydzień, z komplikacjami, sama z dzieckiem w sali, w środku nocy z kosmiczną huśtawką hormonalną – popłakałam się rzecz jasna razem z malcem i wtedy mi się przypomniało.
Puściłam z tej komóreczki Już się zmierzcha i to się naprawdę wydarzyło. Uspokoiliśmy się! Obydwoje! Odłożyłam go do tego pudełka plastikowego (teraz wzięłabym go w objęcia u siebie w łóżku, ale wtedy wydawało mi się, że „nie wolno”🤦‍♀️zapętliłam ten utwór i tak leżeliśmy zasłuchani.
I wcale nie wiem czy to TEN utwór, czy to DLATEGO, ale wiem jedno – kiedy tak płakałam i słuchałam tego utworu to pomyślałam: „Dziewczyno! Dziewięć miesięcy nosiłaś go pod swoim sercem, Ty, nie kto inny! Myślałaś nawet o takich „pierdołach” jak ta jakich piosenek słuchać, żeby mu dobrze było! Jeśli ktoś tu jest kompetentny i gotowy, żeby się tym Skarbem zaopiekować to jesteś to Ty!” – uspokoiłam się ja, uspokoił się i on.

Utwór ten bardzo wszystkim polecam, choć z perspektywy czasu uważam, że nie jest najlepszy na czas baby bluesa.

Czego słuchaliście Wy?

Bibliografia:

M. Manturzewska, B. Kamińska, Rozwój muzyczny człowieka W: Wybrane zagadnienia z psychologii muzyki, M. Manturzewska i H. Kotarska (red.), Warszawa 1990