Z reguły mamy w domu dzwonki i mówimy na nie “cymbałki”, bo jakże by inaczej 😉 

O tym jaka jest różnica pomiędzy dzwonkami, cymbałami, a co to jest marimba, ksylofon i wibrafon, czyli instrumentami z grupy idiofonów niebawem na blogu. W końcu przychodzi taki moment, że zaczynamy się zastanawiać po co my je w ogóle mamy? Dziecko miało się umuzykalniać, miało być wychowanie przez sztukę, tylko trochę nie wiadomo jak.

Dzieci uwielbiają “naparzać” w co popadnie, więc bębenek i dzwonki są takie naturalne. 

Dostępne na rynku dzwonki, to dzwonki diatoniczne (często kolorowe) oraz chromatyczne, czyli takie popularne “białe i czarne”.

Dzwonki diatoniczne
Dzwonki chromatyczne

Najprościej będzie grać nam na skali (szczególnie na takiej, która ma mniej niż 8 dźwięków), bo łatwo się improwizuje i dźwięki po prostu do siebie pasują. Pierwotną skalą znaną w każdej kulturze jest pentatonika, a na dzwonkach chromatycznych są to górne sztabki.

Jak to zrobić, żeby było miło dla ucha?

Najlepiej podzielić się górnymi dzwonkami. Jedna osoba na kilku (np. pierwsze cztery)  wymyśla i gra w tempie wzór rytmiczno-melodyczny, który powtarzany tworzy ostinato. W tym czasie (i tym samym tempie!) druga osoba gra na pozostałych już bardziej swobodnie rytmicznie przebiegi. W zależności od wieku dziecka, jego muzykowanie będzie różnie wyglądać i to jest ok! 

Drugą rzeczą, która wymaga trochę wczucia się i artystycznego wyrazu jest naśladowanie stylu tintinnabuli, który stworzył Arvo Pärt – estoński kompozytor muzyki współczesnej (możecie znać go z utworów wykorzystywanych w filmach). Tintinnabuli charakteryzuje się długim wybrzmiewaniem, tak jak uderzony dzwonek i ciekawym współbrzmieniem na poziomie harmonicznym. O czym dokładnie mówię możecie posłuchać tutaj:

https://www.youtube.com/watch?v=TzIZPZN5K60

https://www.youtube.com/watch?v=TJ6Mzvh3XCc

Zachęcam serdecznie do wspólnego muzykowania, improwizacji i swobody 🙂

Wszyscy jesteśmy wrażliwi estetycznie. W różnym stopniu, ale wszyscy. Nie miałam nigdy co do tego wątpliwości, zwłaszcza w chwilach gdy obserwowałam, jak maleńkie dzieci reagują na muzykę, kolory, przyrodę. Jest to jednak kwestia elementarna dla zagadnienia gustu, ponieważ nie można dyskutować o kształtowaniu smaku jeśli się uznaje, że niektórzy „z urodzenia” wcale wrażliwości estetycznej nie mają.

Jeśli nawet w rozwijaniu tzw. wybitnego talentu tak ogromną rolę odgrywa środowisko, to o ile bardziej jest to istotne w przypadku potencjału przeciętnego (takiego jakie posiada większość z nas – ale wystarczającego!)

Skoro samego Chopina w tak znakomitym stopniu ukształtowała atmosfera domu, treści z jakimi się stykał, ekspozycja na dobrej jakości muzykę, kontakt ze wspaniałymi artystami, a był to niewątpliwie człowiek wybitny, to tym bardziej my potrzebujemy takiej stymulacji. Już jako dzieci!

Czy w takim razie odbiór muzyki jest sprawą obiektywną i jazz jest po prostu lepszy od rocka, a pop bardziej wartościowy niż hip-hop? Nie, nie w tym rzecz.

W ramach większości gatunków muzycznych utwory mogą być dobre lub złe. Każdy z nas słyszał pewnie nową aranżację czy cover znanej piosenki, która podobała nam się zdecydowanie bardziej niż ta oryginalna. Można więc jedną i tę samą piosenkę zrobić i dobrze i źle. I to jest właśnie sprawa kluczowa dla tematu kształtowania gustu.

Po wysłuchaniu jakiegoś kiepskiego kawałka techno i oryginalnego drum and base, można w zupełnie obiektywny sposób odpowiedzieć na pytanie, który utwór jest lepszy. Będzie to jednak dyskusja nierozerwalnie związana z warsztatem kompozytorskim lub wykonawczym. Dlatego właśnie można uznać jakąś muzykę za wartościową, a inną za tandetę. Z tego samego powodu można również nie przepadać za jazzem, mając jednocześnie świadomość, że to niesamowicie bogata, dobra muzyka, a także mieć ochotę posłuchać niewymagającego popu, zdając sobie sprawę z tego, że akurat ten „kawałek” nie jest najwyższych lotów. 

Trzeba jednak brać pod uwagę, że umiejętność zrozumienia i docenienia muzyki lub obrazu, który nie jest jak cukier – prosty, słodki i łatwo przyswajalny, po prostu wymaga treningu. Wysiłek w niego włożony zwróci się z nawiązką. Energia powstała pod wpływem obcowania z wartościową, wymagającą treścią jest bowiem znacznie większa. Jest to swego rodzaju inwestycja i dokładnie ten proces mam na myśli, stwierdzając, że gust wymaga kształtowania. 

Jeśli więc zapytacie mnie, czy tandetny pop w samochodzie raz na jakiś czas „zniszczy dziecko”, to ja zapytam, jak wiele dobrej muzyki słucha na co dzień. Bo to znowu jest tak jak w tym porównaniu z dietą. Czy hamburger raz na jakiś czas „zabije” dziecko, jeśli jego dieta jest stale pełnowartościowa i zbilansowana? Nie ma więc co dać się zwariować, ale na pewno warto skupić się na tym, by muzyka jaka otacza dziecko, była po prostu bogata i wartościowa.

A kto jest zachęcony do zgłębienia tematu kształtowania gustu, tworzenia pięknego domowego środowiska – jednym słowem – #wychowania przez sztukę tego odsyłam do tej książki.

O tym dlaczego w ogóle zacząć wychowywanie przez sztukę, oraz bardzo rozlegle o tym jak to dokładnie zrobić napisałam właśnie całą książkę (można zobaczyć tutaj), a ten wpis ma tylko lekko Was zainspirować.

Mamy w domu maluszka, 10 miesięcy, półtora roku – te klimaty. Wiemy już jak ogromną wartość wnosi obcowanie ze sztuką i przymierzamy się do tematu wprowadzenia jej elementów do naszego życia. 

Od czego zacząć? Jak to sobie zorganizować? 

Dziś o tym.

Praktycznie. 

W szczególności jednak skupiam się na aktywnym tworzeniu. 

O wprowadzeniu do odbierania sztuki innym razem. 

Rodzic jest najważniejszy

Tak. Właśnie rodzic. Bo jak on się zniechęci, to już pozamiatane. Dlatego proponuję tu podejście wymagające jak najmniej przygotowań, sprzątania i kosztów. Pewnie, że można by kreatywniej, z większym rozmachem czy coś. Ale względny komfort rodzica w tym wszystkim to rzecz najważniejsza, bo dziecko będzie lubiło to, co będzie wprawiało Was oboje (i rodzica i dziecko) w dobry nastrój, większe znaczenia ma tu więc dobra atmosfera jaką budujecie niż sam efekt końcowy. Rola rodzica nie sprowadza się do przygotowania farb i posprzątania stołu lub kupienia instrumentów. Jeśli chcesz by dziecko czytało książki – czytaj książki. Jeśli chcesz by dziecko tworzyło i rozwijało kreatywność – twórz i rozwijaj się z nim. 

Brak oczekiwań

Nie chcemy by dziecko było Mozartem lub Van Goghiem. W ogóle nic namacalnego nie chcemy osiągnąć. Nie mamy na celu wyprodukowania dzieła, opanowania techniki malarskiej ani zrobienia domowej wystawy prac. Skupiamy się w całości na procesie, doświadczaniu, byciu razem.

Aktywne tworzenie zamiast biernej percepcji

O tym w sumie jest cały ten blog, ale i tu warto podreślić bo to jest ten element, który w przestrzeni plastycznej przychodzi naturalniej, no bo albo obraz oglądam, albo biorę farby i maluję. Ale jeśli nie wezmę farb i na oglądaniu poprzestaję, to się potem nie dziwię, że nie umiem malować, no bo i jak skoro pędzla w rękach nie miałam. Mówiąc „nie umiem malować” mamy na myśli – nie trenowałam. A w muzyce jakoś tak nam się wydaje, że możemy słuchać, słuchać, słuchać, a potem otworzyć paszczę i zaśpiewać. No a jak nie zaśpiewamy dobrze to znaczy, że się nie nadajemy po prostu. Mówiąc „nie umiem śpiewać” – mamy na myśli – ja talentu nie otrzymałam. Ciekawe prawda?

Co warto mieć

Warto podkreślam – a nie „należy”

Od strony muzycznej
  • Kilka dziecięcych instrumentów (na blogu znajdziecie wiele wpisów na ten temat)
  • Książeczki do śpiewania 
  • Różnorodna muzyka, która zachęca do współwykonywania – podśpiewywania, tańca, grania na czym popadnie (w sklepie pomelody znajdziecie wszystko, co potrzeba w tym temacie) 
  • Łatwy w obsłudze odtwarzacz muzyki
  • Instrument rodzica – czyli w pierwszej kolejności oczywiście głos i ciało, ale jeśli dodatkowo gra na czymś no to wiadomo niechaj to robi codzienni przy dziecku i dla dziecka. A jeśli nie to polecam ukulele, nauczenie się kilku chwytów i granie niezliczonej ilości piosenek na tych kilku akordach opartych. Nauczyć może się każdy. Naprawdę. I tu odsyłam do „jutubów” bo specjalistką od zakupu dobrego ukulele nie jestem.

Następnie sprawa sprowadza się do śpiewania, grania, tańczenia nawet gdy nie robi tego dziecko (bo jest za małe, albo wcale nie miało na to właśnie ochoty) lub dołączania do dziecka gdy ono pierwsze wyciągnie instrumenty, książeczki do śpiewania czy zacznie bujać się w rytm muzyki. 

O tym jakie muzyczne aktywności fajnie jest wprowadzić w domu pisałam tu (link poniżej), a jeśli ktoś chciałaby w tym zakresie doszkolić się naprawdę fachowo to polecam mój kurs on-line.

Rytuały muzykowania, które warto stosować w domu lub w pracy z dziećmi

Od strony plastycznej
  • Farby do malowania palcami – w większej butelce – 3 kolory podstawowe: niebieski, czerwony, żółty + biały i czarny
  • Farby w pisakach/farby w sztyfcie (Biedronka)
  • Farby akwarelowe
  • Pędzel z gałką
  • Pędzel gąbkowy – taki do stempelkowania
  • Mały wałek do malowania 
  • Duże arkusze(!) papieru

Ewentualnie

  • Tablica kredowa + kreda lub biała magnetyczna + mazaki suchościeralne
  • Barwniki spożywcze – bo wtedy jadalne farby można zrobić samemu

To są rzeczy od których wygodnie jest rozpocząć. Nie uwzględniłam w nich kredek, pomponów, ciastoliny, stempelków, naklejek i całej gamy innych plastycznych rekwizytów jako, że po pierwsze uważam, są one bardziej skomplikowane w użyciu, a po drugie skupiam się tutaj na takim „podstawowym malowaniu”, które ma w dziecku wyrobić nawyk samodzielnego sięgania po farby samemu. Tak samo w przypadku instrumentów. 

„Kreatywność wymaga odwagi” stwierdził Henri Mattisse. A ja bym chyba dopowiedziała: kreatywność dziecka wymaga odwagi jego rodzica 😉

Uchwycić moment

Skoro o samodzielnym sięganiu mowa. Uważam, że warto od samego początku umożliwić dzieciom dostęp do powyższych materiałów. I nie mam wcale na myśli ich wszystkich. Ja zorganizowałam się w ten sposób, że na wysokości dzieci dostępne jest jedno pudełko z farbami, pędzlami i wałkami, a także plik kartek oraz drugie pudełko z małymi instrumentami. Kiedy dzieci wyciągają takie pudełko z instrumentami to albo nie robię nic – tylko obserwuję, albo po chwili przysiadam się i dołączam do gry. Tak samo w przypadku malowania. Gdy dziecko sięga po te podstawowe rzeczy to sadzam je przy stole i szybko organizuję w okół niego przestrzeń wystawiając pozostałe przybory które trzymam wysoko.

Stanowisko do malowania 

Jakoś nigdy nie miałam z malowaniem po ścianach czy innych niż kartka miejscach problemu. Oczywiście pojedyncze wypadki się zdarzały, ale nie był to jakiś przewlekły problem. Może przez to, że z każdym dzieckiem zaczynałam bardzo wcześnie, a może takie egzemplarze mi się trafiły. A może po prostu mam wielką tolerancję na kolorowy brud 😉 W każdym razie jeśli zaczynacie późno czyli np. z półtorarocznym czy dwuletnim dzieckiem lub gdy Wasz mały artysta zupełnie nie rozumie czemu miałby ograniczać się do kartki to pozostaje łazienka. Kartka powieszona na ścianie prysznica w przypadku dzieci stojących, a w przypadku siedzących wanna. Po prostu. 

W moim przypadku sprawdziły się jednak również takie opcje:

  • malowanie na podłodze – raczej dla rodziców o mocnych nerwach, bo jak wielka nie byłaby kartka, maluch w końcu z niej zejdzie. Ale jeśli o tak nadchodzi czas kąpieli to czemu, by nie rozebrać malca, a potem przetransportować prosto do wanny
  • malowanie przy stole – w przypadku dziecka siedzącego, ale nie chodzącego jeszcze najlepiej sprawdzało mi się sadzanie go przy stole w krzesełku do karmienia. Fizycznie nie ma ono wtedy możliwości pomalować ścian. Umożliwia to też rodzicowi wygodne towarzyszenie maluchowi. Ja osobiście rozkładam na stole wielki arkusz papieru, przyklejam go do stoły taśmą i po prostu się brudzimy. Plastikowe krzesełko wkładam potem do wanny i spłukuję.
  • Malowanie na stojąco – w przypadku dzieci już chodzących najlepszą z mojego doświadczenie możliwą przestrzenią jest powierzchnia pionowa do której przymocować można arkusz oraz mały stoliczek z farbami. Jeśli nie ma możliwości zrobić tego na zewnątrz (płot! To jest to!) lub na balkonie (tam też z reguły bardzo szybko myje się podłogę) to można spróbować zorganizować taki kącik w domu. Nie sprawdziła się u nas tablica z Ikei – jest za wysoka dla malucha, ale dobrze działa arkusz papieru powieszony na drzwiach  (a drugi przyklejony do podłogi pod nim) lub po prostu malowanie przy oknie balkonowym. Szybę szybko się myje 😉

Trzeba liczyć się z tym, że swobodny dostęp do farb oznacza, że którego dnia po „chwili nieuwagi” wejdziemy po pokoju i naszym oczom ukaże się żywy obraz 😉 dlatego wyjściem z sytuacji jest też tablica zamontowana nisko na ścianie. Może to być zarówno taka suchościeralna jak i kredowa. Chodzi o to by dziecko mogło samo z niej skorzystać, a my możemy wtedy wychwycić ten moment gdy się tym interesuje i zaproponować mu więcej możliwości. 

Kiedy powstawało Pomelody mój pierworodny – Antek właśnie się rodził. Teraz ma już ponad 4 lata! Kto Pomelody zna i kocha, ten wie, że to świetny program dla maluszków i przedszkolaków. Ale dzieci rosną tak szybko! I już pytacie mnie czy zamierzam posłać Antka do szkoły muzycznej? Czy będzie grał na jakimś instrumencie?

Tak jak lata temu musiałam zastanowić się jak mądrze umuzykalniać moje maleństwo – a lepiej rzecz ujmując – wprowadzić je naturalnie w świat muzykowania, tak teraz przychodzą kolejne decyzje do podjęcia. Robiąc to co promuje Pomelody mamy niemal pewność, że w wieku kilku lat dziecko ma już muzycznie „coś do powiedzenia” i naturalną tego konsekwencją, może być wręczenie mu instrumentu jako kolejnego narzędzia do muzycznej ekspresji. Tak jest w przypadku moich dzieci: widzę i wiem, że przede wszystkim umieją używać najważniejszego i podstawowego instrumentu jakim jest ich ciało i głos. Dlatego właśnie, gdy rodzic zastanawia się nad posłaniem dziecka na jakiś instrument, polecam zawsze zastanowić się najpierw czy jest ono do tego po prostu przygotowane.

Co do moich dzieciaków, jak narazie mój plan sprowadzał się do tego, że nie chcę tego robić na opak: zaczynać od nut, stać nad dzieckiem niczym kat i zmuszać do ćwiczenia konkretnych utworów, a do tego często sprowadza się tradycyjna ścieżka edukacji muzycznej.  Możliwe, że jestem lekko straumatyzowana, bo rozpoczynałam naukę jako pełna pasji do muzyki dziewczynka, a kończyłam jak jakiś zestresowany robot do wykonywania utworów z pamięci. Troszkę o tym mówiłam w wywiadzie z Jolą Szymańską pt.: „Muzykowanie bez spiny i wirtuozerii”, który możecie przeczytać na portalu aleteia.pl https://pl.aleteia.org/2018/11/23/muzykowanie-bez-spiny-i-wirtuozerii-przepis-na-bliskosc-w-rodzinie/

To co wynika z lat pracy z Pomelody, to wolność i radość, której nie chciałabym już nigdy się pozbywać. Marzy mi się więc nauka gry na instrumencie poprzez zabawę, naturalnie, w taki sposób w jaki uczymy się mówić, wpierająca więź między rodzicem i dzieckiem. Dlatego zainteresowałam się ostatnimi czasy metodą Suzuki, więc zapraszam Was na zamieszczony poniżej odcinek na kanale Mama Lama poświęcony właśnie tym tematom.

Dowiecie się z niego:

  • dlaczego nie trzeba (a może nie należy!?) rozpoczynać nauki gry na instrumencie od uczenia się nut?
  • w jakim wieku można zacząć grę na instrumencie?
  • co się dzieje, gdy rodzic jest zaangażowany w uczenie się gry wraz z dzieckiem
  • jak długo można uczyć się Metodą Suzuki i jak ma się ona do tradycyjnej szkoły muzycznej?

https://www.youtube.com/watch?v=QXONzJ7M7OU

#WYCHOWANIEPRZEZSZTUKĘ

Największym problemem, na jaki napotykam, jest brak jakiejkolwiek refleksji nad znaczeniem sztuki w wychowaniu i życiu człowieka. Jednak z racji położenia, w jakim znajduję się zawodowo i prywatnie, w sposób naturalny otaczają mnie ludzie gotowi do rozważań w tym obszarze. I wtedy najczęstszym przypadkiem jest totalny brak zrozumienia, czym jest wychowanie przez sztukę.

Z mojego doświadczenia, wielu to pojęcie najczęściej kojarzy się z wychowaniem do odbioru sztuki, a więc kształceniem w zakresie teorii malarstwa, teatru, nauka nut, przyswojenie nazwisk reżyserów, artystów, tytułów obrazów. Drugie najpopularniejsze skojarzenie to szeroko pojęte kreatywne spędzanie czasu z dzieckiem. I to głównie w obszarze prac plastycznych: kolorując i robiąc własne slime’y. 

Możliwe, że także wśród czytelników tego bloga znajdzie się grono osób, które zechce potraktować książkę Rok wychowania przez sztukę przede wszystkim jako zbiór pomysłów na twórcze zabawy. I dobrze, lepszy rydz niż nic, ale to nie jest to pełnia mojego zamysłu na nią.

Problem z pierwszym podejściem (wychowania do odbioru dzieł sztuki) jest taki, że tego rodzaju wiedza wydaje się kompletnie bezużyteczna, nadająca się co najwyżej na lekko burżuazyjne hobby. Drugiej wizji trudno odmówić wdzięku, ale nie wydaje się, żeby była jakąś integralną częścią wychowania drugiego człowieka. Raczej sposobem na zabicie czasu i zajęcie czymś dzieci. Stąd też, gdy rodzic ma się za „niekreatywnego” czy mającego dwie lewe ręce do prac ręcznych, taką sferę jak wychowanie przez sztukę przekreśla na wstępie w całości, klasyfikując jako „nie jego bajkę”.

Dlaczego napisałam książkę Rok wychowania przez sztukę?

Bo widzę ogromną lukę pomiędzy naukową refleksją nad rolą sztuki i jej obecnością we współczesnej edukacji i wychowaniu, a codziennością wielu ludzi, którzy choć odczuwają niekiedy wewnętrzną potrzebę uczestnictwa w sztuce, to jednak stanowi ona według nich równoległą rzeczywistość, do której dostęp jest przeznaczony tylko dla wybranych.

Z jednej strony widzę aktywność naukowców, których przemyślenia i postulaty zaklęte są w esejach sygnowanych przez wydawnictwa akademickie i pisane językiem właściwym tej grupie. Z drugiej – „skroluję” liczne blogi z pomysłami na prace artystyczne i kreatywne spędzanie czasu z dzieckiem i boleśnie odczuwam, jak bardzo płytkie, pobieżne, a czasem nawet chybione jest to działanie.

W mojej artystycznej duszy, przyobleczonej w osobowość praktyka i ciało matki, która na świat wydała trzech chłopców, powstało wielkie pragnienie zasypania tej przepaści – to potężnych rozmiarów czeluść pomiędzy głęboko refleksyjną teorią sztuki i wychowania, niedostępną dla przeciętnego zjadacza chleba, a propozycją „pomysłowych zabaw i artystycznych aktywności”, która jest budowana na grząskim i pozbawionym fundamentów gruncie.

Jest jeszcze jedne powód, dosyć praktyczny. Robię coś, co się sprawdza. Towarzyszy mi przy tym uczucie dokonywania jakiegoś odkrycia i jest to doznanie ekscytujące, które trzepocze we mnie, chcąc rozwinąć skrzydła i ulecieć w przestrzeń. Więc skoro to działa, skoro może zbierać pokaźniejszy plon na gruntach rozleglejszych niż moje rodzinne poletko, to niech leci, niech pracuje, bo nie lubię marnowania.

Jestem nerwusem, cholerykiem, a sztuka pomaga mi ogarniać własne emocje i regulować domową atmosferę. Kiedy tracę cierpliwość, gonię między obiadem, pracą, jednym-drugim-trzecim dzieckiem, sztuka reguluje mój oddech, pozwala mi spojrzeć inaczej, nabrać dystans. Bez tego byłabym pewnie mocno znerwicowaną kobieto-matką.

Moje dzieci są nerwusami, cholerykami, i, coż, nie mogę się za to na nich gniewać, mają to przecież po mnie. Sztuka pomaga im się wyciszyć, czymś się zachwycić, ćwiczyć uważność, spokój, skupienie. Obserwuję, jak tworzą, rozkwitają, znajdują rozwiązania, koncentrują się coraz dłużej, mają sobą tyle do powiedzenia, a ich warsztat, tego w jaki sposób to wyrazić, się poszerza i myślę sobie wtedy: „Kurczę, to jest naprawdę dobre!”

KSIĄŻKA DOSTĘPNA >> TUTAJ

Dla kogo jest ta książka?

Czy to jest książka dla rodziców? Z pewnością! Ale czy tylko? Na pewno nie.

Kluczowe nie jest to, czy jesteś rodzicem, bo zawsze jesteś przede wszystkim sobą. Jesteś twórczy, ale boisz się nazwać siebie artystą (bo nie ukończyłeś studiów kierunkowych, a Twoje prace nie są wystawiane w muzeach na całym świecie). Albo czujesz, że sztuka Cię pociąga i mogłaby Ci się spodobać, ale nie masz pojęcia, jak się za to wszystko zabrać. A może to mit talentu związał Cię i usadowił w miejscu dla tych, którzy się „nie nadają”?

Jeśli czułeś niedosyt twórczy, będziesz czuć go nadal, a samo bycie rodzicem niewiele zmieni. Ale ten status daje impuls i możliwości: nową szansę, ponieważ fizycznie cofasz się do świata instrumentów, farby, wierszy. Możesz zacząć od nowa.

Bez względu na to, co Cie powstrzymuje, Twój dzisiejszy dzień może być bardziej twórczy niż wczorajszy! A atmosfera Twojego domu może stać się swobodniejsza, radośniejsza i bardziej artystyczna. Otrzymasz wskazówki i przepisy, ale nie znajdziesz tu zupełnie gotowych rozwiązań. Nie o to chodzi. Będę podpowiadać, wyjaśniać i nakierowywać Cię zarówno treścią rozdziału na każdy tydzień, jak i pomysłami, którymi możesz się zainspirować. Dostaniesz wszystko, czego potrzeba, ale to od Ciebie zależy, jak będzie potem przebiegać Twoja kreatywna ścieżka.

To jest książka o rozwijaniu i pielęgnowaniu u siebie postawy twórczej, kreatywności, wrażliwości, zachwytu. O tym, że nigdy nie jest za późno na naukę gry na instrumencie, chwycenie pędzla albo napisanie wiersza, ale także o tym, jak się konkretnie za to zabrać, niezależnie od tego, czy lat masz kilkanaście, kilkadziesiąt, czy robisz to dla swojego kilkumiesięcznego malca.

KSIĄŻKA DOSTĘPNA >> TUTAJ

Wyobraźmy sobie, że traktujemy rozwój językowy dzieci w dokładnie taki sam sposób jak traktujemy ich rozwój muzyczny. Rodzi się dziecko, ale nie mówimy do niego ani słowa. Część rodziców wyszłaby z założenia, że przecież słyszy radio w samochodzie czy odgłosy dochodzące z telewizora, więc jest otoczone językiem. Z resztą kiedyś pójdzie do przedszkola, a tam będą jakieś zajęcia z języka polskiego i się nauczy. Może ci ambitniejsi z rodziców raz w tygodniu zabieraliby maluchy na jakieś prywatne zajęcia języka polskiego, spodziewając się, że tam właśnie przez te 45 minut tygodniowo pani prowadząca – ekspert od mówienia będzie mówić do dzieci we właściwy sposób. Albo ograniczyliby się jedynie do puszczania dzieciom audiobooków – ale tylko poradników z zakresu uprawy warzyw. Jedni mieliby obawy przed mówieniem do dziecka z powody braku wyższego wykształcenia polonistycznego. Inni nie widzieliby żadnej potrzeby mówienia do dzieci i w ogóle sensu uczenia ich języka, bo da się bez tego żyć.

Aż przyszedłby ktoś i powiedział: Ale Ludzie! Te dzieci mają PRAWO posługiwać się językiem, wyrażać to co myślą, komunikować z innymi w sposób pełny i swobodny. I teraz, gdy okazało się że używanie języka jest jednak fajne i przydatne, ale te dzieciaki mają 8 czy 10 lat jest im okropnie trudno przyswoić coś co jako niemowlęta wchłonęłyby jak gąbka: gaworząc w wieku kilku miesięcy, nazywając otaczające je przedmioty w wieku półtora roku i tworząc całe zdania będąc dwulatkami.

Więc w pocie czoła te „duże dzieci” starałyby się nadrobić stracone lata, połowa pewnie zniechęciłaby się po drodze, pozostała część osiągnęła jakiś poziom odkrywając jednak takie sfery, których już nigdy nie nadrobią choćby poprzez nieprzystosowany aparat mowy.

Tak skończyłaby się ta smutna historia. I tak dokładnie dzieje się z rozwojem muzycznym dzieci i niemowląt. Przeczytajcie tekst jeszcze raz wstawiając słowa „muzykowanie/taniec/śpiew/granie na instrumentach” w miejsce „mówienia”.

Na przykładzie rozwoju językowego właśnie oraz programu Pomelody przyjrzyjmy się więc jak powinno to wyglądać

Krok 1

Brak oczekiwań / realne oczekiwania – Zarówno od dzieci jak i od siebie samych

Język:

Każda najmniejsze próba gaworzenia przez malucha sprawia nam radość. Gdy dziecko przekręca swoje pierwsze słowo istnieje większe prawdopodobieństwo, że wszyscy w rodzinie przyjmą je do swojego języka, niż że je poprawią. Rozmawiamy z dziećmi na poruszone przez nie w prostym i często błędnym zdaniu tematy i do głowy nam nie przyjdzie powiedzieć – najpierw naucz się mówić poprawnie top potem pogadamy. Nie oczekujemy od 10-cio miesięcznego malca pełnych zdań. Nasze oczekiwania oparte są na realnych możliwościach rozwoju językowego i na naszej wiedzy o tym jak ten rozwój przebiega. Tak naprawdę przez pierwszy rok życia dziecka nie słyszymy żadnego poprawnego zdania! A jednak nie zniechęcamy się i wciąż do niego mówimy.

Nie mamy także  zbyt wygórowanych oczekiwań od siebie: nikt nie kończy studiów polonistycznych, by dobrze nauczyć dziecko mówić.

Muzyka:

Tak samo sprawa ma się z rozwojem muzycznym. On także składa się z fazy „muzycznego gaworzenia”. Tak samo potrzebuje swobody, czasu i ciągłego kontaktu z muzykującym rodzicem – nawet jeśli ma się za niewykwalifikowanego do tego zadania czy wręcz „głuchego”. Jeśli „nauczyliście” swoje dzieci jeść, chodzić i mówić to oznacza, że macie wszelkie kompetencje do tego, by „nauczyć” ich także śpiewać i tańczyć, a to dlatego, że dzieci mają ten potencjał w sobie. Potrzebują tylko przykładu, który będą mogły naśladować. I dokładnie tak jak nie musisz fizjoterapeutą czy ortopedą by nauczyć dziecko prawidłowo chodzić, tak samo też nie musisz być muzykiem po Akademi Muzycznej, by Twoje dziecko śpiewało czysto i poruszało się rytmicznie. I czerpało z tego radość.

Pomelody:

W ramach kursu Pomelody rodzic/nauczyciel ma dostęp do animowanych wykładów (animated lectures), które w prosty sposób tłumaczą jak wygląda rozwój muzyczny dziecka, jak go wspierać i czego można się spodziewać.

Krok 2

Bogaty zasób słów

Język: 

Nie tak jak w strasznej wizji którą wysnułam na początku tekstu, zupełnie intuicyjnie pragniemy stworzyć dziecku możliwie najbogatsze środowisko językowe. Wybieramy książeczki o różnej tematyce, formie, narracji. Mówimy używając zróżnicowanego słownictwa nawet mają świadomość, że tych słów dziecko jeszcze nie rozumie. I do głowy by nam nie przyszło mówić tylko: baba, ciuciu, papa.

Muzyka:

Niestety odpowiednikiem tych prostych sylabicznych wyrazów jest tzw. muzyka dziecięca na którą często decydujemy się właśnie dlatego, że jest dziecięca. Aby jednak rozwój muzyczny dziecka zachodził prawidłowo środowisko muzyczne musi być możliwie najbogatsze. Co to znaczy? Zróżnicowanie tonalne, rytmiczne, stylistyczne oraz szeroką gamę barw, form, instrumentariów – czyli niestety coś zupełnie przeciwnego do większości „muzyki dziecięcej” dostępnej na rynku. Najlepiej też decydować się na muzykę stworzoną w taki sposób, by po prostu! sprawiała przyjemność w odbiorze również (a może przede wszystkim) rodzicowi/opiekunowi.

Pomelody:

Muzyka w ramach aplikacji Pomelody jest nie tylko świeża, ale również maksymalnie zróżnicowana. Każdy album to jakby zestaw ok. dwudziestu płyt z muzyką w różnych stylach. Piosenki skomponowane są tak by dziecko osłuchiwało się z różnymi skalami, metrami, instrumentami, ale  przede wszystkim tak (biorąc pod uwagę to, że to rodzic jest muzycznym autorytetem dziecka) by sprawiały przyjemność także rodzicom!

Krok 3

Rozmowa – komunikacja

Język:

Chcemy, by nasze dzieci znały język po to by móc się z nami komunikować! Nie interesuje nas jedynie nauczenie ich zbioru wierszy, które mogłyby przez całe życie recytować. Język jest żywy i chcemy, by dzieci mogły posługiwać się nim, aby wyrazić swoje myśli i używać go w życiu codziennym

Muzyka:

Muzyka nosi wiele cech języka i używanie jej do komunikowania się jest jedną z nich. Nasze dzieci mają potencjał, by wyrażać się głosem i ciałem, ale tak jak w przepadku języka potrzebują praktyki. Sprowadza się ona do muzycznych zabaw z wykorzystaniem ruchu ciała, śpiewu, improwizacji, gry na instrumentach w bardzo prostych i wesołych formach. Piosenka, którą znacie („Koła autobusu kręcą się?”) może być zarówno wyklaskana, wyśpiewana na wymyślonych sylabach, możesz podrzucać do niej rytmicznie dziecko na kolanach, zaśpiewać ją w samochodzie, tańczyć do niej lub pozwolić dziecku grać do niej na garnkach.

Pomelody:

Zestaw zajęć on-line (Pomelody Classes) inspiruje rodzica do aktywności jakie wykonywać można z maluchami i starszymi dziećmi. Możesz wykonywać je razem z dziećmi przed telewizorem (niczym ćwiczenia z Chodakowską) jak i wykorzystać jako materiał, który zainspiruje Cię do samodzielnego wprowadzania przedstawionych aktywności w trakcie dnia.

Krok 4

Żywy język

Język:

Języka używamy w kontekście – pytamy, kiedy chcemy czegoś się dowiedzieć, opowiadamy, gdy chcemy podzielić się czymś, a przy tym stosujemy jego różne formy łącząc strukturę werbalną z inną formą wyrazu. Dodajemy gestykulację, intonację, odgłosy, łączymy go z obrazem.

Muzyka:

Muzyka jest także materią, który przybiera różne formy i służy różnym celom. Inna jest muzyka użytkowa, inna artystyczna. Inna jest muzyka w relacji ze słowem. Ciekawą formę tworzy muzyka i obraz.

Pomelody:

Program Pomelody zawiera tak osobliwe formy muzyczne jak słuchowiska (audio stories) oddające charakter muzyki i wyrabiające gust dziecka poprzez obcowanie z różnorodnością.

W ramach podsumowania zapraszam Was na filmik w którym opowiadam o tym jak w praktyce: śpiewać, tańczyć i grać z dzieckiem.

Podstawą jest dom przepełniony muzyką. A najpiękniejsze jest w tym wszystkim to, że każdy z Was, rodziców,  może taki przepełniony muzyką dom również stworzyć. Nie trzeba grać na fortepianie, skrzypcach, czy flecie, wystarczy instrument, który mamy zawsze przy sobie – nasze ciało, potrafiące, śpiewać, wydawać, różne dźwięki, klaskać, tupać. A jeśli w ręce wpadnie nam jeszcze bębenek, marakasy czy sztućce kuchenne, to już właściwie niczym nie różnimy się od rodziców Fryderyka Chopina.

Czy chcę powiedzieć, że Chopin nie byłby geniuszem, gdyby rodzice nie muzykowali z nim w domu – nie wiadomo. Pewne jest jednak, że to właśnie rodzic jest największym autorytetem dziecka; nie Pani od muzyki. To muzykującego rodzica dziecko pragnie naśladować. Tak samo jak naśladuje go, by uczyć się chodzić czy mówić.

Rodzice pełnią najważniejszą rolę we wczesnej edukacji muzycznej dzieci!  I co ciekawe, wcale nie muszą sami posiadać edukacji muzycznej żeby osiągnąć sukces w rozwijaniu tych umiejętności u swoich dzieci.
Badania przeprowadzone przez Lindę Kelley i Briana Sutton-Smith pokazały, że kluczową rolę pełni zapewnianie środowiska muzycznego w domu, w którym wychowują się dzieci. Przeprowadzono badania w 3 grupach – z udziałem rodziców, którzy byli profesjonalnymi muzykami, rodziców którzy włączali w życie rodzinne aktywności muzyczne pomimo, że sami nie byli muzykami oraz rodzice, którzy w żadnym stopniu nie byli zorientowani na muzykę. W wyniku tych badań zaobserwowano podobny poziom rozwoju umiejętności muzycznych w dwóch pierwszych grupach oraz przepaść pomiędzy dziećmi z trzeciej grupy. Co więcej, zauważono również, że rodzice którzy praktykowali wspólne aktywności muzyczne ze swoimi dziećmi cieszyli się lepszą relacją z nimi. Tak więc wspólne, rodzinne muzykowanie przyczynia się nie tylko do rozwoju naszych pociech, ale też wspiera spędzanie wartościowego czasu z najbliższymi

Muzykujmy z dziećmi! Nawet kiedy myślimy, że jesteśmy w tym fatalni! Bo całe ciało dziecka “chce” chodzić/śpiewać/tańczyć/mówić i potrzebuje tego; kluczowym wymogiem jest jednak, by miało wzór do naśladowania, żeby widziało, jak chodzi/śpiewa/tańczy osoba, którą chce naśladować, która jest jego autorytetem – kochająca i opiekująca się nim.

Proste? Bardzo proste 🙂

Na blogu znajdziecie też wiele inspiracji dotyczącej wartościowej muzyki i animacji do znalezienia na YouTube czy Vimeo.

P.S.

Z wykształcenia i zawodu jestem kompozytorką. Jako, że skończyłam także rytmikę przez wiele lat pracowałam w szkołach (także baletowych i muzycznych) i przedszkolach jako nauczyciel. I nie mogłam w sobie pomieścić dwóch rzeczy: wiedzy o wrodzonych predyspozycjach dzieci do być muzykalnymi i obrazu dzieci jaki znałam. Takich od przedszkola wzwyż. Kiedy więc dokopałam się do pojęcia okresu sensytywnego – czyli tego czasu gdy organizm jest szczególnie nastawiony na rozwój danej funkcji – i zrozumiałam, że ten muzyczny rozwój odbywa się tak naprawdę jeszcze zanim dzieci do przedszkola (a więc w moje ręce 😉 ) w ogóle trafią, powoli zaczęło mi się wszystko łączyć. Moje wykształcenie, usposobienie, zainteresowania, mąż wizjoner, fakt, że zostałam „w międzyczasie” mamą dwójki, ludzie których spotkałam, którzy postanowili w naszą wizję zainwestować czas, pieniądze, energię, emocje i stali się jej współautorami, rodzina i przyjaciele, którzy wspierali nas do utraty tchu.

I tak powstało Pomelody.

Uwielbiam odgłosy śpiewu ptaków. Ale naprawdę! Przepadam za nimi. Pewnego dnia odkryłam nawet, że chyba mam na tym punkcie lekkiego bzika – było to na studiach, zauważyłam wtedy, że znacznie lepiej przyswajam wiedzę, relaksuję się i uspokajam, gdy puszczę sobie na YouTube odgłosy lasu, z ptakami w roli głównej. Zwróciłam uwagę także na to, że wszystkie dzwonki/budziki/alarmy, które wybieram imitują ptasie śpiewy. I coś mi się wtedy przypomniało.

Nie tak dawno temu, żył kompozytor (zmarł w 1992 roku) – Olivier Messiaen – francuz, który tego bzika odczuwał do tego stopnia, że prócz komponowania muzyki, był także ornitologiem z zamiłowania. I pasja ta odbiła się w jego muzyce bardzo głęboko. Podczas długich pobytów w lesie notował śpiew ptaków, a następnie przekazywał go w utworach. W okresie, gdy tworzył wiele na fortepian jego sposób komponowania na ten instrument stał się tak charakterystyczny właśnie przez to, że nabrał ptasiego charakteru (widać i to słychać głównie w fakturze utworów). Dziś powiedzielibyśmy kolokwialnie, że był niezłym zajawkowiczem jako, że pod wpływem jego pasji powstały: Przebudzenie ptaków (Réveil des oiseaux), Ptaki egzotyczne (Oiseaux exotiques), Katalog ptaków (Catalogue d’oiseaux) i wiele innych utworów, gdzie odnajdujemy ptasie inspiracje.

Posłuchajcie:

Olivier Messiaen: Réveil des Oiseaux (1953)

Muzyka współczesna?

Piszę o tym po to, by w prosty sposób przybliżyć Wam fragment okresu w historii muzyki, który generalnie znamy bardzo mało. Ci całkiem zorientowani będą kojarzyć, że był sobie Bach w odległym baroku, był też i Mozart w klasycyzmie. Chopin romantyk nam polakom się w głowach gdzieś obija od czasu do czasu, ale co było później? Co to za diabelstwo się potem do muzyki poważnej wkradło, że się tego słuchać nie da?

A osobiście uważam, że XX i XXI wiek w historii muzyki, to najciekawszy czas. Najbardziej dynamiczny, zaskakujący kreatywny i otwierający nasz umysł. Najbardziej też swobodny, kolorowy i spontaniczny – czyli bardzo bliski światu dziecka. Mam swoją teorię na temat tego dlaczego tej muzyki jako dorośli nie słuchamy, nie rozumiemy, nie lubimy. Ale nie o tym dziś.

Dziś chcę Wam zasugerować w jaki sposób można tę współczesną muzykę dzieciom przybliżyć, na przykład poprzez właśnie ptasie śpiewy.

Aby temat muzyki współczesnej uczynić bardziej zjadliwym, wykorzystam okazję, by podzielić się innymi ptasimi inspiracjami:

Odgłosy lasu dla relaksu

Mam to szczęście mieszkać pod miastem, nieopodal lasu. I gdy przychodzi zima to nie słońca i nie zieleni brakuje mi najbardziej, ale właśnie tych odgłosów. Wtedy z pomocą przychodzą mi takie nagrania. Spróbujcie! Włączcie sobie taki akompaniament: myśli i pracuje się lepiej, relaksuje, sprząta, zasypia nawet. Dzieci jakieś mniej płaczliwe, salon jakiś bardziej posprzątany gdy takie odgłosy w tle 😉

Na YouTubie takich nagrań sporo, ale jeśli ktoś ma ochotę ściągnąć sobie na urządzenie i odtwarzać offline na domowej „wieży” czy w samochodzie to polecam taką stronkę. Tam za darmo do ściągnięcia paczka kilku ścieżek z takimi odgłosami. Bardziej dżungla niż las, ale równie przyjemnie.

Rainforest on the Edge

Odgłosy ptaków

Jeśli ktoś do tej „ptasiej sprawy” podchodzi bardziej encyklopedycznie, to strona glosy-ptaków.pl świetnym narzędziem, żeby się w temacie podszkolić. Znajdziecie tam alfabetyczną listę ptaków, które występują w Polsce wraz z ich zdjęciami i odgłosami:

Ptasia aplikacja

Dla prawdziwych świrków, ale także z innych powodów warto sprawdzić aplikację Dawn Chorus. Z założenia jest ona budzikiem w którym dźwięk alarmu można skomponować z odgłosów różnych ptaków. Inne powody, które mam na myśli to takie, że aplikacja ta jest po prostu bardzo estetyczna, i przedstawia ilustracje ptaków wraz z ich angielskimi nazwami i odgłosami. Więc choć przyznam, że jako budzik nie używam jej wcale (mam przecież dzieci, które nie dadzą mi zaspać) to jako piękny dźwiękowy leksykon ptaków służy świetnie.

Aplikacja jest darmowa – jeśli ktoś ma ochotę wypróbować:

IOS – https://itunes.apple.com/us/app/dawn-chorus/id1146931666?ls=1&mt=8

Android – https://play.google.com/store/apps/details?id=com.dawnchorus

Słuchowa analiza ptasiego śpiewu

Wkręconym w temat starszakom można zaproponować tę YouTubową ciekawostkę. Ptasi śpiew prezentowany jest tutaj oryginalnie oraz w kilkukrotnym zwolnieniu. Nagranie stare i skrzeczące, ale dla prawdziwej pasji zgłębiania, żadna to przeszkoda. A niesamowite to uczucie zrozumieć jak skomplikowane muzyczne twory wydobywają się z tych maleńkich dzióbków.

Ciekawostka

A kto nie widział na fanpejdżu bloga takiej ciekawostki, temu proszę, o! Takie cudo!

Bird Song Music Box

Beautiful mechanical bird song system, incredible variations!You can see a lot of great mechanics on the channel youtube.com/channel/UChlcuGDDuXkY_gFqV8dwvegMore about rare and strange instruments on youtube.com/rareandstrangeinstruments and rareandstrangeinstruments.com

Opublikowany przez Rare And Strange Instruments Piątek, 16 marca 2018

Czy ten temat był dla was inspirujący? Czy macie ochotę na nieco więcej ciekawostek z zakresu muzyki współczesnej? Czy są tu jacyś fani ptasich odgłosów? Piszcie w komentarzach!

Zakładam taki scenariusz, że Wasza reakcja była następująca: O! Fajna grzechotka! Czekaj? Marakasy? Jakie marakasy!?

No i coś w tym jest, bo ta egzotyczna nazwa odzwierciedla instrument perkusyjny należący do grupy idiofonów, którego „grzechotkowy” kształt budzi w nas dziecięcy instynkt. Chwyć i graj! Nic prostszego i bardziej satysfakcjonującego zarazem. Ze względu na swoją bezpieczną budowę nadaje się zarówno dla maluszków jak i starszaków (czyli także nas – dorosłych), a jego brzmienie jest, cóż tu wiele mówić, kojące. Bo choć najczęściej marakasy używane są w gorących latynoamerykańskich rytmach, ich pierwotne pochodzenie łączy się z południowo amerykańskimi rytuałami.

To jeden z moich ulubionych instrumentów do grania i wykonania samemu. Ten projekt zajmuje dosłownie 3 minuty! Mając w domu plastikowe łyżeczki (choć mogą rzecz jasna być i metalowe) i puste plastikowe jajko (np. jajko niespodzianka) możemy wyczarować naprawdę trwałe marakasy o różnym brzmieniu.

Jak zrobić marakasy?

Potrzebujemy:

– 2 plastikowe (lub metalowe) łyżki

– plastikowe jajko (np. z jajka niespodzianki lub z kreatywnych zestawów dźwiękowych)

– kolorowe taśmy (ja użyłam washi tape)

– garść kaszy (ja użyłam jaglanej)

 

Krok 1: pudełko rezonansowe

W tym kroku będziemy tworzyć brzmienie instrumentu. Wszystko zależy oczywiście od tego czym wypełnimy jajko.

Krok 2: rączka

Umieść wypełnione jajko w zagłębieniu łyżek i sklej je taśmą. Połączenie trzonków plastikowych łyżek tworzy naprawdę wygodną rączkę.

Krok 3: dekoracja

W kroku drugim mogliśmy użyć taśmy „niechlujnie” ale skutecznie. Teraz użyjmy jej by ozdobić nasz instrument. Im ciekawsze wzory taśm tym ciekawszy efekt końcowy. Ale jeśli decydujecie się na zwykłą, przeźroczystą taśmę to ma to dodatkowy walor – widać tańczące w jajku wypełnienie. Możesz także udekorować marakasy naklejkami, markerami lub farbą.

 

I już! Jeśli mam być szczera to po zrobieniu takich „naszych” ręcznie wykonanych marakasów w wielu kolorach i o różnym brzmieniu, kupno takich prawdziwych traci sens. Tym bardziej, że do środka możecie zrobić ich wiele, wkładając do środka najróżniejsze rzeczy:

  • soczewicę
  • kasze drobne
  • fasolę
  • piasek
  • spinacze
  • itp

Dajcie znać jeśli takie zrobicie 🙂

Dla starszaków (3+) instrument doskonały. Można by stwierdzić, że to już nie zabawa, ale prawdziwy trening aparatu gry. Bo w piszczałkę/harmonijkę, którą Wam tu proponuję można dmuchać „po prostu”, ale można także poprzez nacisk warg regulować szczelinę tego „stroika”, a więc i zmieniać barwę oraz wysokość dźwięku. Kiedy zrobiłam ją po raz pierwszy, uwierzyć nie mogłam, że potrzeba do jej stworzenia tak niewiele.

POTRZEBUJEMY:

  • dwa patyczki lekarskie (opakowanie 100 szt. do kupienia za parę złotych na allegro pod nazwą „patyczki laryngologiczne”, ale przy najbliższej wizycie u lekarza (czego rzecz jasna Wam nie życzę), można także uśmiechnąć się do Pani Doktor
  • dwie gumki recepturki
  • wykałaczka
  • papierek docięty na szerokość i długość patyczka
  • ewentualnie taśma washi lub naklejki do ozdoby wierzchniej części piszczałki

Jeśli macie ochotę swoją harmonijkę to najlepiej zacząć właśnie od tego. Użycie taśmy „washi tape” jest szybkie i efektowne, więc polecam ten sposób bardzo.

Let’s go 🙂

1. Składamy harmonijkę jak kanapkę z serem (którym jest papierek), a końce obwiązujemy gumkami recepturkami.

2. Wykałaczkę przecinamy na pół odcinając także ostre, spiczaste końcówki.

3. Uzyskane w ten sposób dwa krótkie patyczki wsuwamy do środka harmonijki (po tej samej stronie papierka) w połowie jej długości.

4. A na koniec chwytając dwoma palcami obydwa wystające końce patyczków rozsuwamy je w stronę gumek, do końca.

Kto się tym cieszy tak jak ja? 😉

Szybki wpis. Z pomysłem na zabawę i prezent, który można wykonać samemu.

Zbierając już różne macierzyńskie doświadczenia z sytuacji gdy niemowlaki zjadały absolutnie wszystko lub dzieciom skończyło się Play-doh z zestawu (czytaj zostało skrupulatnie „wpracowane” w dywan) i rozpoczęły się jęki (bo już nie ma, a przecież nie skończyli jeszcze!) – doszłam do wniosku, że jednym z moich maminych magicznych sztuczek jest posiadanie przepisu na szybką, prostą, naturalną i bezpieczną ciastolinę, której nie strach niemowlakowi dać. Ale też nie mającego w składzie rzeczy, których nie mam akurat lub raczej nigdy w domu (uwielbiam Pinterestowe przepisy na różnego rodzaju slimy, ciasta, play-doh, piaski itd tylko, przepraszam bardzo, nie wiem kto lubi wykorzystywać/marnować litr kleju, albo 2 szklanki roztworu do soczewek kontaktowych!)

A więc oto i on:

PRZEPIS 

1 szkl. mąki

0,5 szkl. soli

1 szkl. wrzącej wody

1 łyżka oleju

1 łyżka kwasku cytrynowego

barwnik spożywczy w dowolnej formie, trochę farby

Sól, mąkę i kwasek cytrynowy wymieszać, wlać olej i wrzątek, na sam koniec trochę barwnika (u nas proszkowy, do barwienia jajek – pozostałość z Wielkanocy). Szybko wymieszać łyżką i mieszać tak, aż składniki nieco nie przestygną. Masa jest gęsta i z początku trochę lepka, ale szybko zaczyna odklejać się od ścianek miski i mieszanie zaczyna bardziej przypominać ugniatanie łyżką. Na koniec ciepłą kulkę ugniatamy ręką jak ciasto.

Wychodzi jej naprawdę sporo!

A teraz dodatkowa inspiracja.

Pomysły na zabawy

W większości przypadków, robimy ciastolinę razem – co już samo w sobie jest fajnym zajęciem, a następnie oddaję ją dzieciom.

Czasem, w przypływie miłości, pożyczam im także różne moje narzędzia kuchenne: foremki do ciasteczek, sztućce, wałek, praskę do czosnku.

Gdy mam czas z nimi posiedzieć, wyjmuję „wszystko”: koraliki, muszelki, guziki, kamyki, wyciorki, ruchome oczka, zapałki i co mi jeszcze w ręce wpadnie i wbijamy to w ciastolinę. Czasem rozprasowaną – tworząc taki „kolaż”, czasem niekoniecznie.

Pomysł na prezent

Przyszło mi do głowy, że skoro już „rozłożyłam kredens”, to może mogę zrobić też ciastolinę dla znajomych. I tu pojawia się właśnie ta myśl, że jeśli tylko macie w domu jakieś fajne szczelne pojemniczki to zestaw różnych kolorów może być dobrym pomysłem na prezent. Ostatecznie można użyć słoików. Ale ostatecznie 🙂