Choć prawdopodobnie nie obcy jest Wam mój szalony entuzjazm w stosunku do instrumentów, wykonanych własnoręcznie, a mój blog obfituje w przepisy na takowe, to istnieje jeszcze inna sprytna droga: kupić tanie i dobre gotowe instrumenty. Można oczywiście kupić także drogie lub słabe… lub też drogie i słabe (co zdarza się mam wrażenie najczęściej), ale takiej opcji nie rozważamy 🙂

Proponuję Wam więc kilka instrumentów, które naprawdę kupić warto (a które nie spustoszą portfela!) zgrupowanych w kategorie wiekowe, cenowe i sklepowe. Wpis ten wynika z wielu lat doświadczeń ze sklepami i zakupu setek lub nawet tysięcy już instrumentów.

Jeśli cena nie jest kwestią najważniejszą, ale chętnie dowiecie się jaki instrument kupić dziecku w jakim wieku i po co to robić lub szukać inspiracji w „instrumentowym temacie” to zapraszam tu.

A jeśli macie ochotę posłuchać jak poniższe instrumenty brzmią obejrzyjcie ten filmik → https://www.youtube.com/watch?v=hJBX-KlJNsI

Tymczasem przystępujemy do zasad wstępnych i moim zdaniem kluczowych dla sprytnego finansowo podejścia do zagadnienia kupowania instrumentów dla maluchów:

Nigdy nie kupuj zestawów!

Jeśli nie chcesz koszmarnie przepłacić i dostać jednego może znośnego i kilku „bezsensownych” instrumentów to nie kupuj w zestawach – no chyba że chcesz, to kupuj

Nie kupuj w sklepach z zabawkami

Od tej reguły są pewnie wyjątki – wiadomo. Niektóre z zabawkowych sklepów mogą mieć w ofercie sprawdzone marki produkujące czasem „przy okazji” taże pare instrumentów (np.:  GOKI, BIGJIGS, PLAN TOY, PINTOY), ale w większości skończy się to katastrofą – wściekle kolorowym, ale nie brzmiącym instrumentem czy grającą plastikową zabawką w zdecydowanie zawyżonej cenie.

Tu warto zwrócić uwagę na istotę problemu – to właśnie producenci zabawek mają takie atesty, które pozwalają im napisać, że przedmiot ten używać może dziecko 0+, 1+ itd. W przypadku instrumentów producent zabezpiecza się pisząc, że jest to produkt dla dziecka powyżej 3 roku życia. I często właśnie to jest powodem dla którego płacimy za coś co zabija wyglądem, nie brzmi jak jakikolwiek instrument i kosztuje krocie. Dlatego moja propozycja to sprawą się nie przejmować i kupować prawdziwe instrumenty, samemu uznając co jest dla dziecka bezpieczne a co nie.

Instrumenty nie muszą być firmowe

Jeśli nie chcesz przepłacać to zdecyduj się na tamburyno, bębenek czy marakasy bez wyrzeźbionego logo marki. Poniżej sugeruję Wam instrumenty co do których nie dostrzeglibyście różnicy w brzmieniu produktu markowego i niemarkowego

PODZIAŁ ZE WZGLĘDU NA WIEK

Poniżej moje propozycje na podstawowe zestawy dostosowane do wieku, a więc i możliwości motorycznych dziecka, natomiast znacznie więcej na ten temat znajdziecie we wpisie o Pomysłach na prezenty.

Maluszki do 12 miesięcy

Wiadomo, że gdy patrzymy na sprawę kontaktu malucha z instrumentem to możemy obrać dwa kierunki.

1. Rodzic grający dziecku – wtedy rzecz jasna można zacząć od pierwszych dni i wykorzystywać absolutnie każdy instrument jaki wpadnie nam w ręce.

2. Dziecko grające samo. Tutaj dobrze sprawdzają się więc instrumenty małe i łatwie do chwycenia takie jak: malutkie marakasy lub jajko grzechotka oraz plastikowy tulipan

Maluchy powyżej roczku do 2 lat

Tutaj – w odpowiedzi na potrzebę walenia w coś, doskonale sprawdzi się bębenek lub tamburyno (albo po prostu jedno i drugie jednocześnie). Potrząsanie jest jak najbardziej dalej w cenie więc do podstawowych marakasów (w tym przypadku już nieco większych) warto dorzucić coś o zupełnie innym, metalicznym, wręcz magicznym brzmieniu, przypominającym zaprzęg reniferów św. Mikołaja. Mowa o janczarach. Naprawdę fajnym instrumentem w tym wieku są także kastaniety. Niesamowicie rozwijają motorykę małą i często występują w uroczych kształtach co sprawia, że bardzo łatwo wykorzystać je do innych, nie tylko muzycznych zabaw.

Dzieci w wieku przedszkolnym

Tutaj inspiracji znajdziecie już co nie miara, natomiast jeśli chodzi o instrumenty z dolnej półki cenowej to hitem w tym wieku będzie trójkąt i tonblok lub guiro. Jest naprawdę wiele sposobów wydobywania dźwięku z tych instrumentów, a dodatkowo są takie nietuzinkowe w swoim brzmieniu i rozwijające wyobraźnię. Podstawowym zestawem dla dziecka w wieku przedszkolnym byłby według mnie taki, który zawiera tamburyno, trójkąt, tonblok i pewnie dzwonki, ale dobre dzwonki nie występują niestety w cenach poniżej 20 zł.

PODZIAŁ ZE WZGLĘDU NA SKLEP I CENĘ

Tutaj moje lata doświadczeń doprowadziły do dwóch ulubionych źródeł: Allegro i Moje Bambino.

Allegro – kolorowo

W przypadku Allegro myślę, że bez sensu, żebym podawała Wam konkretnych sprzedawców – dostępność produktów zmienia się, linki wygasają, wiecie jak to jest. Natomiast podaję nazwy, pod którymi znajdziecie instrumenty o których mowa.

Instrumenty do 10 zł

Janczary – (janczary z drewnianym uchwytem – ok. 6 zł)

Plastikowy dzwoneczek (dzwoneczek tulipan – ok. 3 zł)

Jajka plastikowe (jajko shaker ok. 4 zł)

Kastaniety drewniane (kastaniety zwierzaki: biedronka, żabka, kaczka – ok. 6 zł)

Marakasy drewniane (duże 20 cm ok. 6 zł, małe 13 cm ok. 3 zł)

Instrumenty do 20 zł

Tamburyno/bębenek drewniany (tamburyno bębenek drewniany 2w1 – ok. 14 zł)

Moje bambino – drewno 

To moje odkrycie w kategorii: piękne instrumenty drewniane bez wzorów. Moje Bambino to sklep internetowy zajmujący się (podejrzewam) głównie wyposażaniem przedszkoli, ale można zamówić u nich pojedyncze sztuki i z punktu widzenia stosunku ceny do jakości i wyglądu, ich oferta jest naprawdę świetna (przynajmniej jeśli chodzi o instrumenty, bo na moje oko materiały plastyczne mają dosyć drogie).

Instrumenty do 20 zł

Trójkąt 10 zł

Guiro 11,90 

Podwójny tonblok 11,90

Tamburyn 19, 90

Jingle pałeczka 19,90

 

Podsumowując:

Wiadomo, że im więcej tym lepiej. Wiadomo, że fajnie byłoby mieć więcej sztuk i muzykować całą rodziną i z przyjaciółmi, ALE mam nadzieję, że wpis ten okazał się pomocny w stworzeniu takiej podstawy, która zapewni Waszym dzieciom swobodny dostęp do instrumentów, a Was nie puści z torbami. Jeśli tak właśnie było to podeślijcie rodzicowi, któremu może się przydać i tym sposobem dołóżcie swoją cegiełkę do promowania aktywnego muzykowania z dzieciakami (co bym się nie czuła taka osamotniona w tej walce;))

 

A jeśli finansowo nawet taki okrojony zbiór instrumentów jest czymś na co teraz nie możecie sobie pozwolić, to przypominam, że fantastyczne brzmienia można uzyskać za grosze!

Pominę wstęp o tym, że wszystkim się to myli i że w sumie nie wiadomo czemu tak jest. Przejdę od razu do rzeczy:

Czy cymbałki w ogóle istnieją?

Nie. Istnieją cymbały. Takie jak w Panu Tadeuszu, gdy Mickiewicz pisze, iż „Było cymbalistów wielu, ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu”. Tylko, że uwaga bo to jedyny nie perkusyjny instrument z zawartych w tym wpisie! Jest to przewrotnie instrument strunowy (czyli z grupy chordofonów), ALE uderzany pałeczkami. Drewniana płyta w kształcie trapezu, a na niej rozciągnięte mnóstwo strun. Pan uderza sobie naprzemiennie pałeczkami w te struny, a one tak brzęczą charakterystycznie i z pogłosem. To właśnie cymbały.

„Cymbałki” to po prostu dzwonki!

Te które mamy na myśli – kolorowe lub biało czarne, szkolne, przedszkolne, żłobkowe to po prostu dzwonki. Takie bardziej rozbudowane, srebrne, fachowe można by rzec, to dzwonki orkiestrowe lub z niemiecka Glockenspiel [glokenszpil].

Jedyną wspólną cechą z cymbałami jest wykorzystywanie pałeczek. Tu podobieństwa się kończą bo dzwonki należą do zupełnie innej grupy instrumentów, mianowicie idiofonów. A więc zbudowane są nie ze strun, a metalowych płytek.

Idiofony to taka grupa instrumentów, którą określa się mianem „samobrzmiących” ponieważ źródłem dźwięku jest w nich ciało stałe, które całe wibruje. W cymbałach, jak i w skrzypcach na przykład (czyli w chordofonach), tym źródłem dźwięku jest drgająca struna. We flecie czy trąbce (czyli aerofonach) będzie nim drgający słup powietrza. I tak dalej. A w idiofonach, do których należą zarówno dzwonki, jak i wibrafon, ksylofon czy marimba jest nim właśnie to drgające ciało, które przybierać może różną formę (np.: sztabki, trójkąta, talerza, rury, pozytywki) i osiągać różną wysokość/częstotliwość.

Dzwonki chromatyczne czy diatoniczne?

To pytanie zadają sobie prawdopodobnie rodzice lub nauczyciele, którym przyszło do głowy dzwonki zakupić. Bardzo sprawę upraszczając – wyobraźcie sobie że podchodzicie do pianina. Jeśliby wziąć same białe klawisze to powstanie nam układ dzwonków diatonicznych, czyli tych podstawowych 8 dźwięków gamy C (do, re, mi, fa, sol, la si, do).

Jeśliby natomiast potraktować sprawę całościowo, czyli wziąć pod uwagę zarówno białe jak i czarne klawisze, to okaże się, że mamy już dźwięków 13. I powstaną nam w takim układzie dzwonki chromatyczne.

Które lepsze? 

Jak zawsze zależy do czego. Osobiście uważam, że lepiej mieć diatoniczne niż żadne. Ale jeśli możemy korzystać z bogactwa trzynastu dźwięków to zawsze lepiej niż korzystać z ośmiu 🙂 Plus poznajemy świat brzmień takim jakim jest, bo chciałabym zauważyć, że to, że w dzwonkach diatonicznych dźwięki chromatyczne nie zostały ujęte nie oznacza, że nie istnieją 😉

„Ksylofon” brzmi mądrze

I może dlatego niektórzy nazywają dzwonki ksylofonem właśnie. A ksylofon to inna sprawa znowu. Też idiofon, więc już zdecydowanie bliżej niż cymbały. I również uderzany pałeczkami, ale sztabki ma drewniane. I pewnie z tego powodu jego druga nazwa to harmonika słomiana 🙂 Wesołe to, jak i wesołe jest samo brzmienie ksylofonu.

I tu trzeba przyznać, że nazywanie dzwonków używanych w przedszkolu ksylofonem nie wzięło się prawdopodobnie tak zupełnie z kosmosu, jako że Carl Orff – kompozytor i pedagog był prekursorem wykorzystywania małych ksylofonów w edukacji muzycznej dzieci. Więc coś tu dzwoni, tylko nie w tym kościele, ponieważ dzwonki sztabki mają metalowe, a ksylofon drewniane.

Wibrafon to takie duże dzwonki

Jeśli więc już dzwonki mielibyśmy z czymś większym mylić to właśnie z wibrafonem, który choć znacznie większy zbudowany jest właśnie z płytek metalowych, z tym, że w tym przypadku, połączone są one z zestawem rur, będących rezonatorami drgających sztabek. No i jeszcze jedna charkterystyczna rzecz – silnik! Tak! Bo  płytki połączone są prętem, który za pośrednictwem małego silniczka elektrycznego można wprawić w obrotowy ruch, co sprawia, że dźwięk zaczyna drgać. Tutaj oczywiście musi pojawić się jakaś mini pułapka. Otóż to drganie czyli efekt szybkiej zmiany głośności (natężenia) dźwięku zwany jest tremolo. I tym tremolo charakteryzuje się wibrafon, ALE efekt ten często mylony jest z innym, czyli takim, gdy zmienia się nie natężenie, a wysokość dźwięku (pomyślcie o starszej pani, której głos jest tak rozdrgany, że nie śpiewa jednego dźwięku, tylko właściwie dwa na przemian), którego nazwa to wibrato. I taki właśnie błąd jest fundamentem nazwy wibrafon.

No i marimba!

Która w wielkim uproszczeniu jest większym ksylofonem, ponieważ jej sztabki są również drewniane. A kluczem do jej pełnego, bogatego brzmienia są metalowe rury (podobne do tych w wibrafonie) czyli rezonatory. Jest to największy (a więc także posiadający największą skalę!) instrument ze wspomnianych powyżej.

Dużo tego, ALE

w jednym zdaniu: dzwonki, wibrafon, ksylofon i marimba to idiofony – instrumenty perkusyjne zbudowane ze sztabek drewnianych (ksylofon i marimba) lub metalowych (wibrafon i dzwonki), będących źródłem dźwięku, który uzyskuje się poprzez  uderzenie w nie pałeczkami.

W ten sam sposób dźwięk wydobywamy ze strun, z których zbudowane są cymbały, należące jednak do grupy chordofonów.

Dzwonki są super instrumentem który wprowadzić warto dziecku, kiedy tylko potrafi już siedzieć i uderzać.

Ja poszłabym w te chromatyczne, ale lepsze diatoniczne niż żadne.

Cymbałki nie istnieją.

Mogłabym napisać tekst o tym jak należy kupować tylko ręcznie robione/lutnicze/profesjonalne instrumenty dzieciom. O tym jak bębenek czy kalimba za kilkadziesiąt złotych psuje rynek i wypacza kolejne pokolenie. O tym, że jak ktoś chce, by w domu były instrumenty to nie pozostaje mu nic innego jak przeznaczyć na to od kilku stów do „całej wypłaty” i się na taki wydatek szarpnąć, bo albo to robić dobrze, ale nie robić w ogóle. Mogłabym. 

Ale nie napisze 🙂

Nie napiszę dlatego, że po pierwsze pamiętam taką jesień, gdy spadł pierwszy śnieg, a mi spędzał sen z powiek fakt, że w tym miesiącu naprawdę nie mam za co kupić dziecku bucików zimowych i ostatnia porada jaką chciałam wtedy uzyskać to taka, że jak kupie takie w CCC to zepsuję mojemu dziecku nogi, zdrowie, przyszłość i przyszłość jego dzieci. 

I również dlatego, że spotykam się z wieloma rodzicami i wielokrotnie, gdy na pytanie jaki instrument warto kupić i gdzie, odpowiadałam: taki i za tyle (polecając coś „dobrego”, „ręcznie robionego” i drogiego jak diabli) to czułam ogromny dysonans wewnętrzny: „Aha, czyli muzyka jest dla wszystkich, łączy rodziców, jest językiem maluchów, każde dziecko rodzi się z tym potencjałem, dzieciaki powinny swobodnie muzykować na różnych instrumentach ALE to rodzica wyniesie razem jakieś 780 zł za te kilka przeszkadzajek.” 

O Karinie co grała na keyboardzie 

Pewnego razu, w drugiej klasie podstawowej szkoły muzycznej, moja koleżanka postanowiła powierzyć mi wielką tajemnicę. Po tym jak już przyrzekłam, że na pewno nie powiem nikomu, a już w szczególności naszej Pani od fortepianu, przyznała się, że w domu nie ćwiczy na prawdziwym pianinie, tylko na keybordzie. Jej rodziców nie było stać, plus mieszkanie mieli za małe, a keyboard mogła rozkładać na stole w kuchni i po skończonym ćwiczeniu chować do szafy. Czułam się fatalnie i okropnie żałowałam, że Karina postanowiła uczynić właśnie mnie powiernicą tego niechlubnego sekretu. Było mi smutno, że rodzice nie mogą kupić jej instrumentu, byłam przerażona, że gdy Pani się dowie to ją „zabije”, a że parę razy sama dostałam porządnie po łapach, to mój strach nie był taki zupełnie wyssany z palca. Ale co ciekawe, bardzo wyraźnie pamiętam, jeszcze jedną towarzyszącą mi wtedy myśl, że z Kariny to żaden muzyk nie będzie. No jak!? Ćwicząc na keyboardzie!?

Czy Pani od fortepianu miała rację, że aby odpowiednio ustawić aparat gry ćwiczyć powinno się na odpowiednim instrumencie?

Miała.

Czy keyboard może równać się z prawdziwym pianinem?

Nie.

Czy dobrze byłoby, żeby Karina miała w domu świetny instrument.

Oczywiście, że tak.

Dla profesjonalistów nawet różnica pomiędzy dwoma świetnej klasy fortepianami będzie miała znaczenie. Nie bez przyczyny niektórzy z wirtuozów jeżdżą w świat grając  koncerty jedynie na własnym instrumencie. A i początkujący muzyk – dziecko jest w stanie dostrzec różnicę i warto je na nią uwrażliwiać. Ale tutaj sprawa rozgrywała się na zupełnie innym poziomie. Dla Kariny to było grać albo nie grać. Muzykować i rozwijać swój potencjał, albo zarzucić temat z powodu braku odpowiednich narzędzi. 

O tym tak naprawdę ten tekst. 

O wielkiej dziurze pomiędzy jakością a badziewiem, wypaczonym systemem edukacji muzycznej a niedotkniętym potencjałem z jakim teoretycznie rodzi się każde dziecko, pomiędzy „prawdziwymi muzykami” a tymi którym „słoń nadepnął na ucho”. O tym, że ktoś powiedział nam: „wszystko, albo nic”, a my mu uwierzyliśmy.

Dziś piszę o tym na przykładzie kupowania instrumentów dla maluchów, ale być może temat, który jest we mnie taki żywy i rozdrapany przybierze pewnego kolejnego razu także jakiś inny kształt.

Zasady gry

I oczywiście na wstępie muszę uprzedzić o dwóch podstawowych rzeczach.

  1. Nie popieram bylejakości, chińskości, uciekam od plastiku, tandety i rozlatujących się, a przy tym często stwarzających dla maluchów niebezpieczeństwo „grzechotek i cymbałków”. Nie cierpię gdy w markecie robią zestawy tak, by dać tam jedne względnie przyzwoite marakasy, a do tego niegrający flet czy harmonijkę i plastikową kołatkę. Przykro mi, że sprzedawcy instrumentami nazywają plastikowe „elektryczne gitary”, „dico-pianinka” z wgranymi melodyjkami czy jakieś kolorowe grające zabawki ze światełkami. Nie wspominam już nawet o temacie edukacji muzycznej czy o samej muzyce – a właściwie dziecięcym disco-polo, gdyż niemal całe swoje zawodowe życie podporządkowałam walce z kiczem w muzyce dla dzieci i naturalnym rozwijaniu potencjału muzycznego maluchów.

Kto bloga zna ten wie, że szukam rzeczy wartościowych i takie jak wymieniłam, na pewno nimi nie są.

ALE też:

  1. Nie zgadzam się z „koneserami” których postawa kopie jeszcze większą dziurę pomiędzy naturalną chęcią muzykowania w każdym dziecku, a konwenansami i sztywnymi ramami, które wyznaczają kto jest, a kto nie jest „prawdziwym muzykiem”. Nie cierpię powtarzanej wciąż w edukacji zbitki słów: „talent muzyczny” tak jakby to było coś mistycznego i danego tylko pojedynczym jednostkom. Nie mogę znieść tego, że serenady czy divertimenta (z włoskiego i francuskiego rozrywka, zabawa) Mozarta słuchamy na sztywno w sali filharmonii nie stukając nawet palcem w bucie, bo nie pozwala nam na to kij, który włożyli nam w tyłek „prawdziwi znawcy muzyki”. I nie poprę głosów, które mówią, że kupienie dzwonków czy kalimby za 40 zł to coś co nie wypada albo zrujnuje dziecięcy talent.

Uwaga trzecia:

Inaczej sprawy mają się z dzieciakami w wieku 0-4 lata, a inaczej, gdy rozmawiamy o profesjonalnej nauce gry na skrzypcach, gitarze czy pianinie w późniejszym wieku. Dla maluchów instrumenty mamy mieć w domu po to, by koszyk wypełniały różne przeszkadzajki, by dzieciaki miały różnorodność i wolny do niej dostęp, by urządzać z nimi „jam session”, by czuły się swobodnie, by nie martwić się gdy coś zniszczą, ubrudzą, połamią (choć wiadomo, że najlepiej byłoby żeby instr były tak trwałe, by to się nie wydarzało, ale w starciu z 3 latkiem zdarza się nawet i egzemplarzom bardzo pancernym). A w przypadku starszaków uczących się gry na jakimś konkretnym instrumencie to już jest zupełnie inna bajka. 

I małe podsumowanie mojego zakupowego doświadczenia 

Sama kupiłam w życiu tysiące różnych instrumentów. Dwa razy w miesiącu prowadzimy zajęcia dla kilkuset! rodzin (po kilkadziesiąt rodzin w grupie, gdzie  jednym z elementów jest wspólne muzykowanie na instrumentach, tak by każdy mógł coś mieć w rękach) do tego wyposażałam w instrumenty wiele grup przedszkolnych czy własnych zajęć rodzinnego muzykowania, które prowadzę od 4 lat. Nie mówiąc już o testowaniu na własnych dzieciach. Zdarzało mi się wielokrotnie kupić badziew i być wściekłą 😉 Znam to uczucie i nie lubię go jak każdy inny konsument.

Dlaczego to piszę?

Bo przeszłam tradycyjny system szkolnictwa muzycznego, bo jestem dyplomowaną pianistką i rytmiczką oraz magistrem sztuki (kompozytorką), a czasem czuję, że dopiero teraz – przy moich dzieciach, od nich! uczę się co to jest radość muzykowania. Która nie zależy od jakości wykonania instrumentu, która nie zależy nawet od jego posiadania! 

Bo szukam złotego środka i nie interesuje mnie odpowiadanie komuś kto pyta mnie jaki instrument kupić dla dziecka wytartym hasłem: „jak już kupować to coś dobrego”, bo chcę, by taki rodzic miał świadomość co to znaczy dobro w kontekście jego domu, jego rodziny, jego dzieci… A z drugiej strony moją pracą jest tworzenie i proponowanie rodzicom wartościowych narzędzi, a instrumenty MADE IN CHINA do nich w większości nie należą.

Bo wiele otrzymałam już wiadomości o tym, że dzięki mojej zachęcie w tym roku czy na te urodziny maluch dostanie koszyk instrumentów. I wyobraźcie sobie co by było, gdybym należała do przedstawicieli takiej „muzycznej klasy wyższej” i odpowiedziała, że ma to sens jedynie gdy… i tu szereg wymogów jakie taki profesjonalny instrument musi spełniać, a następnie odesłała do „prawidłowych” drogich producentów. Oznaczało, by to, że zamiast koszyka maluch dostanie jeden – za to wybitnie brzmiący bębenek. 

I tutaj jeszcze jedna uwaga. Bardzo, ale to bardzo cieszę się, że tacy producenci istnieją. Że robią rzeczy wybitnie dobre. Rozumiem doskonale – sama będąc producentką wartościowej muzyki, jak ogromny jest koszt produkcji takich wartościowych perełek. Cieszę się też niezmiernie, że są ludzie których stać na kompletowanie pięknej kolekcji dobrych instrumentów lub tacy którzy mając tę świadomość, ale portfel mniej zasobny, umieją wyszperać je na pchlich targach. Tak trzymać!

Bo w teorii oczywiście lepsze instrumenty, to lepsze instrumenty. Tyle, że ja nie jestem teoretykiem, ale praktykiem. I szukam rozwiązań dla przeciętnego rodzica, jakim jestem ja, z ograniczonymi zasobami pieniężnymi i czasowymi, natomiast z wielką chęcią wprowadzenia mojego małego dziecka w radość muzykowania.

Jak w skokach narciarskich. Na wstępie odrzucamy skrajne wyniki: instrumenty lutniczne, robione ręcznie, profesjonalne, oraz badziew z AliExpress. 

Co pozostaje? 

Instrumenty ze średniej półki

Tutaj lekko się powtórzę: 

Ogólną zasadą jest dla mnie kupowanie instrumentów z półki „prawdziwe” a nie „dla dzieci”. 

Czasem oznacza to oryginalny bębenek, kupiony na świątecznym targowisku, z membraną ze skóry zwierzęcej za kilkadziesiąt złotych (wersja na bogato, ale wtedy raczej mamy pewność, że nie tylko nasze dzieci, ale i cała rodzina, znajomi, a może nawet dzieci moich dzieci będą mogły z nich korzystać). Kto może, niech kupuje. 

Czasem oznacza to zdecydowanie się na zakup w sklepie z instrumentami, zamiast w sklepie z zabawkami lub supermarkecie (np. kiedy mowa o flecie, ukulele czy dzwonkach chromatycznych). 

Czasem chodzi tylko o to, by kupować sprytnie i zamiast w dziale „zabawki dziecięce -> instrumenty dla dzieci” kupić w sprawdzonych miejscach (polecam je w linkach) za taką samą cenę, jedynie z tą różnicą, że instrument będzie drewniany i bez nadruków.

Nie kupowałabym też w sklepach z zabawkami on-line. Nie mamy wtedy szansy instrumentu wypróbować, a jednak szansa, że to badziew jest całkiem spora. Od tej reguły są pewne wyjątki – wiadomo. Niektóre z zabawkowych sklepów mogą mieć w ofercie sprawdzone marki produkujące czasem „przy okazji” taże pare fajnych instrumentów (np.:  GOKI, BIGJIGS, PLAN TOY, PINTOY), ale w większości skończy się to katastrofą – wściekle kolorowym, ale nie brzmiącym instrumentem czy grającą plastikową zabawką w zdecydowanie zawyżonej cenie.

Instrumenty nie muszą być firmowe. 

Jeśli nie chcesz przepłacać to zdecyduj się na tamburyno, bębenek czy marakasy bez wyrzeźbionego logo marki. W poniższym wpisie sugeruję Wam instrumenty, co do których nie dostrzeglibyście różnicy w brzmieniu produktu markowego i niemarkowego oraz podaję jak szukać u sprzedawców na Allegro, a także podlinkowuję miejsce, w którym można znaleźć drewniane (bez nadruków) instrumenty takie jak: tamburyna, trójkąty, tonbloki, guiro w bardzo przystępnych cenach.

Instrumenty dla maluchów – tanio i dobrze 

A czasem chodzi o mądre kupowanie na okazjach w Lidlu czy Biedronce! 

Szok, ale jednak 😉

Co z instrumentami z marketu?

Plastikowe instrumenty z Auchan czy Tesco trzeba generalnie zaliczyć do badziewia level hard. Ale ostatnio ktoś zapytał mnie na naszej grupie o jakość instrumentów z Biedronki. Zainteresowałam się tym, bo nie znam ich (te z Lidla mam już obczajone) a ich producent – Classic World ma w swojej ofercie kilka świetnych drewnianych zabawek, które służą nam od lat, więc napisałam, że kupię i przetestuję. Ostatecznie instrumenty z Lidla polecam, służą moim dzieciakom i dzieciom na zajęciach już parę lat, są trwałe i całkiem dobrze brzmiące. Sprzedawane są okazyjnie w zestawach. Trójkąty brzmią pięknie i są z wbudowanym sznureczkiem, który nie spada, bardzo fajne jak na swoją cenę są klawesy, tamburyno i bębenki, a dzwonki na kilkadziesiąt sztuk które posiadam brzmią przyzwoicie i dobrze stroją. 

I tu właśnie dochodzimy do ciekawostki.

Jedne z pośród wielu egzemplarzy lidlowych dzwonków były nastrojone „źle”! Wcale nie w naszym tradycyjnym C-dur, ale w skali frygijskiej – od „mi”. Wydało mi się to tak inspirujące, że ten egzemplarz pozostał z nami w domu. Stał się nawet powodem dla którego powstała piosenka „What can you spy” z pierwszego sezonu Pomelody. Właśnie ona jest w skali frygijskiej (mogliście się zorientować, że brzmi nieco inaczej) i właśnie ją mogę z powodzeniem na tych dzwonkach wykonywać. Niesamowitą frajdę sprawia mi też obserwowanie moich dzieciaków, które w te dzwonki swobodnie „nawalają” improwizując tym samym na skali frygijskiej i poszerzając swoje melodyczne horyzonty. 

Pomyślałam, że to doskonały pomysł, by dzwonki produkować w innych niż tylko dur skalach. I wtedy pare lat temu odkryłam prze-fantastycznego producenta – firmę Auris.

Trafiłam tam ponieważ mają oni w swojej ofercie dzwonki pentatoniczne. Ale z perełek dzwonkowych to tak naprawdę tyle. Pozostałe to C dur diatoniczne lub chromatyczne. Są świetnej jakości, pięknie brzmiące, nieziemsko estetycznie wykonane.

Cena jest do tego wszystkiego bardzo adekwatna (od ok. 50 euro wzwyż) – co oznacza, że choć marzy mi się lira od nich (150-250 euro) to długo jeszcze nie będzie mnie na nią stać. Nie jestem w tym chyba sama, bo od lat polecam tę markę wielu osobom, ale prawie nikt się na zakup nie decyduje. 

Gdyby nie „wypadek” z lidlowymi dzwonkami, mogłabym dojść do wniosku, że jestem skazana na nasze C-dur. A tu taki kwiatek wesoły. Postanowiłam się tym  jakże alternatywnym podejściem do „czystego stroju dzwonków” podzielić na grupie. 

Ja mam takie podejście, że nawet cieszę się gdy dzwonki stroją inaczej niż w C-dur 🙂 Bo gama durowa otacza nas wszędzie! Tak samo gdy coś lekko nie stroi (np. flet) to tak naprawdę to jest bardzo rzadka okazja dla dziecka, żeby się spotkać z mikrotonowością. Jak jest nielogicznie typu sztabki są coraz mniejsze, a dźwięk coraz niższy to wiadomo  – przeginka. Albo jak dwie różne sztabki maja ten sam dźwięk. I inne takie kwiatki 🙂 ale jak kiedyś w Lidlu dorwałam dzwonki ze skalą frygijską czyli od „mi, fa, sol…” to byłam zachwycona 🙂 do tej pory uważam je za perełkę w naszej kolekcji 😀 ale wiadomo ze zawsze trzeba zagrać zanim się kupi. Szukam dobrego brzmienia w ukulele na którym ja gram dzieciom, ale jeśli daje małym!!! dzieciom „na poszarpanie” to wcale się nie przejmuję, że struny plastikowe, bo potem mi nie żal jak ją złamią (to mi się raz zdarzyło z dobrym ukulele i był płacz… – mój 😉 ) Także takie mam alternatywne podejście i myślę, że wszystko zależy do czego te instr dzieciom dajemy. Jak do nauki gry na instr – to inna bajka, ale jak do swobodnego muzykowania. To lepiej mieć takie niż żadne, bo krzywdy tym dzieciom nie zrobimy. Choć, rzecz jasna, że jak mamy większą sumkę do wydania to fajnie kupić świetne instrumenty.

I przy tej okazji wywiązała się krótka dyskusja o tym czy niestrojące dzwonki z supermarketu mogą być wartościowe. Jak dla mnie mogą, ale do wszystkiego trzeba podejść świadomie. Jak w życiu.

„Nie czysto” – jest pojęciem względym 

Nieświadome kupowanie badziewia to coś innego niż otwarta głowa i poszukiwanie okazji, dlatego postanowiłam zebrać tu pare moich spostrzeżeń na „rozstrojone dzwonki”

Czy coś jest czysto czy nie czysto? To jest pojęcie bardzo względne.

  • Dla kultury zachodnioeuropejskiej pomiędzy dźwiękim „c” a „cis” nie ma nic. Dla kultury wschodniej tam jeszcze mieści się pół świata. Gdyby ktoś ze wschodu zaśpiewałby nam piosenkę opartą na ćwierćtonach powiedzielibyśmy mu że fałszuje, co kiedy o tym głębiej pomyślimy jest bardzo zabawne, bo to nasz słuch wypada przy jego blado.
  • Może to spaczenie kompozytorki muzyki współczesnej, ale mikrotonowość (czyli muzyka oparta na interwałach muzycznych mniejszych od półtonu) weszła już nawet do naszej kultury – oczywiście narazie w kręgach „sztuki wyższej”, w Europie znana już od mniej więcej XVIII wieku, lecz powszechnie używana była dopiero w modernizmie. Wiecie jak to fajnie móc z taką perspektywą tłumaczyć dziecku, że kiedy przejeżdża palcem po strunie gitary czy skrzypiec to nie przechodzi przez dwanaście dźwięków (a tym bardziej nie 8!) tylko przez całe spektrum różnych częstotliwości
  • Znów, to pewnie specyficzne wykształcenie i znajomość historii muzyki sprawia, że wcale nie rozumiem o co chodzi z gamą C-dur. System tonalny czyli dur-moll, tworzony przez dwa podstawowe rodzaje skal: durową  i molową, choć teraz tak popularny w muzyce rozrywkowej, służył za budulec muzyki artystycznej tylko w okresie od XVII do początku XX stulecia. Na swoich studiach kompozytorskich nie zdarzyło mi się z tego systemu skorzystać! Tak! Nigdy ani ja, ani żaden mój kolega nie wykorzystaliśmy podczas studiów gamy C-dur, ani żadnej innej w systemie dur/moll 🙂 
  • Zagadnienie stroju to dopiero argument. Cały myk polega na tym, że oktawa czyli taki interwał gdzie niższa częstotliwość jest dwa razy mniejsza niż ta wyższa jest dla nas jeszcze zrozumiała. To te dwa okalające dzwonki dźwięki „c”. Jeden nisko drugi wysoko, ale jakby te same. Ale co pomiedzy nimi. Zakładając nawet, że jest ich 12, jakie mają dokładnie mieć częstotliwości? I właśnie odpowiedź na to pytanie zależała od punktu w czasie, ale sprowadzając ją do dwóch głównych koncepcji można było to zrobić w stroju naturalnym i tak było przez większość historii muzyki, aż do połowy XVIII wieku lub równomiernie temperowanym, która to koncepcja ostatecznie wyparła poprzednią w połowie XIX wieku. Wcześniej uważano to za okropny wymysł, który sprawia, że zatraca się indywidualność brzmieniowa poszczególnych tonacji i generalnie żadna nie brzmi czysto 😉 Co ciekawe 200 lat później dla naszych uszu – nie znających alternatywy – to właśnie to brzmienie jest „czyste”, a kiedyś uważane było za niedoskonałe. 
  • Nawet sam pojedynczy dźwięk jest w sobie nieczysty 🙂 Szereg harmoniczny – czyli szereg alikwotów – tonów składowych na które można rozłożyć każdy pojedynczy dźwięk  składa się z kolejnych tonów składowych występujących w jakiejś relacji ze sobą. Co zabawne 7, 11 i 13 składowa harmoniczna jest „nieczysta” czyli nie odpowiada żadnemu dźwiękowi w stroju równomiernie temperowanym

Tutaj przykład utworu mikrotonowego na fortepian. Przeciętnie powiedzielibyśmy, że „to pianino jakieś rozstrojone” 😀

Dzieci uczą się przez kontrast – wiemy, że coś jest szybko, gdy zestawimy to z czymś wolnym. Coś jest głośne wtedy, gdy przed chwilą coś było cicho. Paradoksalnie zrozumienie „czystości” systemu równomiernie temperowanego przychodzi najlepiej wtedy, gdy usłyszymy coś „nieczystego”. 

Muzyka rozrywkowa jest zdominowana przez system tonalny i bez wątpienia nawet mając w domu najbardziej na świecie rozstrojone dzwonki, pianino czy gitarę dzieciaki wyłapią „czystość” gamy C-dur, nawet jeśli nie bądą miały jej idealnej reprezentacji w postaci markowych instrumentów.

Jaka jest alternatywa?

Kto bloga zna ten wie, że wyznaję jeszcze dwa sposoby na niskokosztowe ugryzienie tematu.

  1. Zróbcie sobie instrumenty samemu

Tu nie będę się powtarzać. Polecam zajrzeć w zakładkę „Zrób to sam”. Na pewno coś Wam tam przypadnie do gustu.

  1. To w ogóle nie muszą być instrumenty 

Miska, durszlak, drewniana łyżka, metalowa pokrywka, patelnia, garnek i blacha do pieczenia to jedne z naszych ulubionych „instrumentów” gdzie nikt jeszcze nie przyczepił się i nie wyznaczył reguł strojenia 🙂 Butelka z kaszą czy ryżem, sztućce, kluczyki, śrubki, metalowe nakrętki na sznurkach, klucze francuskie takie instrumenty też wrzućcie do koszyka! A faworytem perkusyjnym w naszym domy były przez długi czas dwa taborety z ikei i pałeczki 

Podsumowanie

Tylko bycie świadomym może nas uratować 🙂 Niech Was strach przed nieczystością dźwięku nie powstrzymuje przed zakupem bębenka, ukulele czy dzwonków, które na Wasze ucho brzmią w porządku, a nie wchodzi w grę opcja zakupu tych świetnych za stówę czy kilka. Bądźcie świadomi, unikajcie grających plastików i drewnianego badziewia które zaraz się rozleci – a to czy coś nim jest możecie ocenić sami, ale nie traktujcie zaopatrywania maluszki w instrumenty jak mistyczną sztukę, której tajniki trzeba zgłębiać latami. Chodzi nam o ostatecznie o to by odkrywać wraz z dzieckiem radość muzykowania, a nie o nakład finansowy jaki w to przesięwzięcie włożymy. Udanych świątecznych zakupów.

 

P.S. Dawajcie też znać – tu, w wiadomości do mnie lub na grupie kiedy uda Wam się znaleźć jakąś perełkę – czyli fajny instrument w przystępnej cenie.

Tym razem na blogu wywiad. Na moje pytania o Metodę Suzuki odpowiada skrzypaczka i pedagog – nauczyciel tej metody, ale także trenerka Pomelody 🙂 – Ania Staniak

Na czym polega metoda Suzuki i dlaczego mówi się o niej „naturalna”? Skąd nazwa „metoda języka ojczystego?”

Metoda Suzuki opiera się nauce poprzez słuchanie muzyki oraz zabawę.

Dzieciaki słuchając codziennie tej samej płyty uczą się melodii ze słuchu. Dokładnie tak samo jak w przypadku języka, z którym najpierw każdy z nas musiał się „osłuchać” zanim powiedział pierwsze „mama i tata”.  

I jak się okazuje do grania nie potrzeba znajomosci nut:) Gra staje się tak samo „prosta” jak mówienie! Hurej! Stąd też nazwa „metoda jezyka ojczystego”. W późniejszych latach, kiedy już granie staje się codziennością, pojawiają się i nuty 🙂

Czy metoda dotyczy tylko nauki gry na skrzypcach?

Początkowo nauka dotyczyła tylko skrzypiec, a to dlatego, że pomysłodawcą tej metody był japoński skrzypek i pedagog Shinichi Suzuki. W związku z tym, że przynosiła ona świetne rezultaty szybko rozszerzyła się na inne instrumenty. Obecnie mamy opcję nauki na większości instrumentów, ale możliwości są różne w zależności od miasta/kraju.

Jakie warunki trzeba spełniać, by móc uczyć się tą metodą? Czy to metoda tylko dla dzieci? Kiedy najlepiej zacząć naukę gry na instrumencie metodą suzuki?

Super jest to, że nie musimy spełniać żadnych warunków, żeby zacząć naukę. Każdy z nas może grać! 🙂 Naukę można rozpocząć od najmłodszych lat. 3-letnich skrzypków jest całkiem sporo, ale też nie brakuje dorosłych, poważnych biznesmenów uczących się tą metodą i grających koncerty razem z dzieciakami 🙂 Każdy wiek jest dobry jeśli tylko chce się grać.

Czy rodzic „nie-muzyk” może być przewodnikiem swojego dziecka w nauce gry na instrumencie? 

Zapisując swoją pociechę na zajęcia, każdy rodzic sam musi przejść szkolenie i przez miesiąc chodzić na własne lekcje skrzypiec. Dopiero po tym czasie do akcji wkracza dziecko ze swoimi mikroskrzypeczkami 🙂 Oczywiście po upływie miesiąca każdy dorosły może dalej kontynuować naukę, co jest bardzo mile widziane.

Taki „nauczony” rodzic daje przykład ćwicząc w domu i wie jak pilnować dziecko, żeby od samego początku ćwiczyło we właściwy sposób. Poza tym rodzic zdaje sobie sprawę z tego, że to granie wcale nie jest tak proste jak może się wydawać, a systematyczna praca w domu uczy obowiązkowości.

Nie wspomniałam jeszcze o dodatkowych lekcjach grupowych, które, poza lekcjami indywidualnymi, również są istotnym punktem nauki. Dlaczego? Ponieważ dają możliwość naśladowania, współpracy i jednocześnie zabawy z rówieśnikami.

Najważniejszym punktem jednak jest systematyczna praca z rodzicami w domu, ponieważ nie ma większego autorytetu dla dziecka niż rodzic. W związku z tym dziecko w naturalny sposób będzie naśladować rodzica, nie nauczyciela, który tylko pomaga i nakierowuje 🙂

A co ze skrzypcami, skąd je wziąć? 

W większości szkół można je wypożyczyć. Nauczyciele wiedzą jaki rozmiar skrzypiec będzie dla Ciebie i Twojej pociechy najlepszy. Oczywiście można też kupić instrument, natomiast w przypadku dzieciaków jest to nieopłacalna opcja ze względu na to, że rosną…

Jeśli oczywiście chcesz możesz kupić skrzypce przez w sklepie muzycznym lub przez Internet. Ale czy będą dobre? :/ W zasadzie te malutkie skrzypeczki nigdy nie brzmią oszałamiająco… można wydać 250 lub 700zł. Te droższe prawdopodobnie będą ładniej wykonane, ale czy będą dobrze brzmieć, hmmm… 

Co z nauką teorii? 

Nie jestem pewna czy we wszystkich szkołach w Polsce, ale generalnie teoria pojawia się w późniejszych latach edukacji. To dlatego, żeby dzieciaki spokojnie mogły dalej kontynuować naukę np. w szkole drugiego stopnia 🙂

Czy ta metoda jest lepsza od tradycyjnej? 

Wg mnie Metoda Suzuki jest lepsza od tradycyjnej, dlatego że wszystko odbywa się w miłej, rodzinnej atmosferze, bez przymusowych egzaminów, w naturalny sposób i poprzez zabawę 🙂 Dlatego grono jej zwolenników stale rośnie!

Jak długo trwa nauka ta metoda? 

Nauka trwa dopóki  nie ukończy się ostatniej książki z serii Suzuki Violin School. Ale nie ma określonego deadline’u. Każdemu to zajmuje taką ilość czasu jaką potrzebuje żeby ogarnąć cały ten materiał.

Jak można stać się certyfikowanym nauczycielem tej metody?

Żeby stać się certyfikowanym nauczycielem Suzuki należy ukończyć 6-stopniowy kurs nauki tą metodą. Po każdym poziomie zdaje się egzamin teoretyczny oraz praktyczny i dostaje się certyfikaty z kolejnego poziomu.

Co gdy wszystko idzie gładko i z entuzjazmem, aż nagle dziecku się „odwidzi”? Jak przełamać kryzys u dziecka? 

Dzieciakom jak wiadomo może się odechcieć w każdej chwili i to nie raz… 😉 Sposobów na zachęcenie i mobilizację jest masa. Można je znaleźć w Internecie na różnych grupach wsparcia rodziców Suzuki 🙂 

 

Ania Staniak – gdyby nie skrzypce zostałaby prawdopodobnie sportsmenką. Wybrała jednak muzykę, a w związku ze swoją wielką miłością do dzieci również nauczanie. Jest absolwentką krakowskiej Akademii Muzycznej. Jeździ po świecie koncertując z Orkiestrą Akademii Beethovenowskiej i kwartetami smyczkowymi Fusion Strings oraz InQuartet.

Najprostsza odpowiedź na pytanie zadane w tytule brzmi: wszystko! i nic!

Sama wielokrotnie skorzystałam z pomocy kanału Super Simple Songs, a nawet uważam, że przyczynił się on w pewnym stopniu do tego, że mój trzylatek jest dwujęzyczny (jesteśmy polską rodziną mówiącą z wyboru do dzieci po angielsku). Bo jeśli traktuje się go jako inspiracja – źródło prostych piosenek, które mają za zadanie wprowadzić dziecku angielskie słownictwo, oglądając je sporadycznie, a w większości przypadków śpiewając dziecku lub z dzieckiem, to wszystko jest w porządku. Sytuacja zmienia się gdy Super Simple Song, Mother Goose Club, Dave and Ava czy kanały im podobne stają się głównym źródłem muzyki i animacji w naszym domu, a my zamiast śpiewać „puszczamy dziecku piosenki”. Wtedy wychowujemy pokolenie bez gustu – po prostu.

By zrozumieć czym różni się bogate estetycznie środowisko, którym w celu pielęgnowania ich gustu powinniśmy otaczać dziecko, od muzyki, animacji czy ilustracji typu fast food zapraszam do osobnego wpisu na ten temat. Tutaj chciałabym poruszyć temat konkretniej, na przykładzie animacji typu Super Simple Songs.

Poczucie dobrego smaku kształtuje się powoli i wymaga pielęgnowania

Czy i w jakiej mierze otoczenie oraz wychowanie mają wpływ na kształtowanie się „dobrego smaku”? Aby się o tym przekonać przebadano dzieci w przedziale wiekowym od siedmiu do jedenastu lat – wychowanych w atmosferze wysokiej kultury plastycznej, otoczonych pięknymi książkami dla dzieci, które nie miały w domu kontaktu ze złymi ilustracjami.

Jedenastoletni chłopiec, przyglądając się obrazkowi Trzy świnki M. Karwina przejawiającemu typowo disnejowską manierę, choć nie potrafił dokładnie ująć w słowa swoje wrażenia –

„…jakoś tak brzydko namalowane, tylko te świnki na pierwszym planie, a otoczenia to nie widać… I kolory takie sztuczne” — widać, że ilustracje te traktuje jako coś, do czego nie można mieć poważnego stosunku.

Dziecko jest w zdolne do przeżyć estetycznych, ma też potrzebę obcowania z przedmiotami i zjawiskami, które uważa za piękne plastycznie, lecz nie jest zdolne do odróżniania rzeczy wartościowych od bezwartościowych pod względem artystycznym, chociaż w zakresie własnej twórczości przejawia często zadziwiające wyczucie estetyczne.

Chcąc zgłębić ten temat, zdecydowano się przeprowadzić inne badania. Pokazano dzieciom dwie prace – Słoneczniki Van Gogha oraz „wątpliwej wartości artystycznej” ilustrację pocztówkową – i poproszono, aby wybrały, tę, która bardziej im się podoba. Badani w wieku od pięciu do sześciu lat, wybierali obraz artysty, lecz starsze z reguły obstawiały alternatywny kicz. Wyniki uznano za dowód negatywnego wpływu otoczenia oraz m.in. złej ilustracji książkowej, na niszczenie wrodzonego poczucia estetycznego dziecka.

Dokładnie tak samo dzieje się w przypadku muzyki. Najlepsze porównanie jakie przychodzi mi do głowy wiąże się z kuchnią. Staramy się ograniczać sól (czy glutaminian sodu) oraz pikantne przyprawy w diecie dziecka nie tylko ze względów zdrowotnych, ale także dlatego, że małe dziecko może cieszyć się w pełni bardzo delikatnym smakiem duszonych warzyw czy mięsa, wcale nie mając wrażenia, że czegoś mu brakuje lub podane mu jedzenia jest niesmaczne. Ale trwa to tylko do momentu gdy nie zasmakuje owych dodatków. Nie posolone ziemniaki dla kilku/kilkunastoletniego dziecka będą „niedobre”, rosołek bez kostki „bez smaku”, a kurczak „mdły”. Tak długo jak dziecko nie przeniknie „fast foodową” muzyką tak długo będą cieszyły go wszystkie odcienie folkloru, klasyki, jazzu, rocka, alternatywy, soulu itd.

Gust wyrabia się z wiekiem, choć dzieje się to powoli. Wiemy już, że kanały typu Super Simple Song nie spełniają więc kryteriów estetycznych (zarówno muzycznych jak i plastycznych).

W takim razie….

Jaka jest alternatywa?

Powtórzę raz jeszcze. Jeśliby skupić się jedynie na aspekcie nauki języka angielskiego poprzez piosenki, będę polecać takie kanały z całym przekonaniem. Dodatkowo, żeby nie być niesprawiedliwa, przyznać muszę, że sam kanał Super Simple Songs wydaje się być już „najprzyzwoitszy” ALE tekst ten skupia się na estetycznych skutkach ubocznych ograniczania przeżyć muzycznych dziecka jedynie do tej formy. Co więc możemy zrobić, w ramach „odtruwania”?

Nie pierwszy raz na tym blogu przeczytacie, że najważniejsze jest aktywne muzykowanie! Dzieci nie uczą się języka z programów telewizyjnych, ale od rodziców do nich mówiących. To samo dotyczy języka muzyki. Z tego punktu widzenia w życiu naszego dziecka powinna przeważać muzyka tworzona (śpiewana/grana) przez rodzica, nad tą biernie percypowaną z płyt CD, internetu, czy TV. Dziecko uczy się poprzez naśladowanie, a więc w niedługim czasie będzie chciało włączyć się do muzykowania.

A to jest istota sprawy! Zawsze dla rozwoju dzieci ważniejsze jest aktywne doświadczenie tworzenia muzyki, a nie bierne percypowanie jej, animacje mają więc za zadanie otworzyć wyobraźnię dziecka, a nie podać mu na tacy to co ma myśleć. Do rozwoju intelektualnego przyczynić mogą się obrazy, które w sposób niebezpośredni przedstawiają sytuacje, zawierają ukryte znaczenia, metafory jednym słowem stanowią wyzwanie dla inteligencji odbiory.

Dobra animacja (muzyka plus obraz) ma więc:

  • obrazować kontekst, ułatwiać pojmowanie konceptu zawartego w tekście piosenki – nie jest to jednak najważniejsze w muzykowaniu, dlatego ma to być jedynie punkt wyjścia dla narracji plastycznej, gdyż nie chodzi tutaj jedynie o obrazowanie samej historii, ale także oddanie jej charakteru (super simple songs, ograniczają się do zobrazowania tego co jest w tekście, co jest dobre z punktu widzenia na tylko i wyłącznie i ok bo to jest nauka angielskiego przez piosenki – nie można tego traktować jako muzyka warta słuchania, animacja warta oglądania)
  • budzić miłe, ale i bogate skojarzenia z obrazem, w sposób nieoczywisty, by otworzyć wyobraźnię na produkcję nowych treści, obraz ma wzmacniać siłę wyrazu warstwy dźwiękowej lub słownej dzięki plastycznej interpretacji znaczeń (super simple song zamykają rzeczywistość)
  • wyrabiać gust dziecka poprzez obcowanie z różnorodnością zarówno w warstwie audio jak i video

Dzieci zasługują na bezpośredni kontakt z najlepszą sztuką!

Przykłady dobrych animacji:

Zwróćcie uwagę na abstrakcyjną narrację w warstwie video, która stanowi kontrapunkt dla jednostajnej warstwy audio. Nie mówiąc już o niezwykle bogatej, artystycznej grafice, która dla wyobraźni dziecka jest doskonałym wybiegiem dla tworzenia nowych treści i jest po prostu wesoła.

To piękny przykład tego, jak wizualizacja tekstu zawartego w warstwie dźwiękowej ułatwia pojmowanie koncepcji odejmowania. Nie ogranicza się jedynie do butelek spadających z murku, ale w finezyjny sposób przenosi widza w świat różnego rodzaju codziennych oraz abstrakcyjnych zdarzeń. Porównajcie także tę „aranżację” muzyczną z innymi wersjami tej znanej piosenki. Delikatna, ale bogata w brzmieniu.

Oprócz bycia po prostu piękną animacją: tak jeśli chodzi o obraz jak i piosenkę, ten krótki filmik buduje świadomość formalną muzyki: ruchy kota skorelowane są z motywami i frazami muzycznymi. Fantastyczna jest tu także warstwa akompaniamentu akordeonu: jak często nasze dzieci mają okazję słuchać tego instrumentu solo!?

Do powstania wpisu przyczyniła się swoją pomocą i merytoryczną wiedzą Katarzyna Feiglewicz-Peszat – artystka wizualna, Mama Antka, która prowadzi zajęcia plastyczne dla dzieci i dorosłych. Dzięki Kasiu!

BIBLIOGRAFIA

Opisane w tekście badanie pochodzą z następujących publikacji:

A. Teodoczyk, Pomiędzy sztuką a edukacją. Ilustracja w książkach dla dzieci i młodzieży, 2014

I. Słońska, Psychologiczne problemy ilustracji dla dzieci, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe, 1977, str 105

http://www.powerofmelody.com/blog/sprawdz-czy-karmisz-swoje-dziecko-estetycznym-fast-foodem/

Wyobraźcie sobie że mówimy do dziecka tylko tak jak ono mówi do nas: baba, dada, am, si, to, brum brum. Nie byłoby to bogate środowisko językowe, sprzyjające rozwojowi mowy. Mimo tego, że dostosowujemy przekaz do możliwości maluszka, staramy się mówić do dziecka w możliwie najbogatszy w słownictwo sposób. Sami również dbamy o to, by mieć szeroki zasób słownictwa, ale wiemy, że aby z niego korzystać musimy najpierw go zgromadzić, w tym celu czytamy różne książki, artykuły może nawet poezję. Czujemy, że istota tkwi w różnorodności. Chcemy bowiem, by nasze słownictwo było bogate zarówno w pojęcia techniczne, naukowe, fachowe określenia jak i obrazowe przymiotniki.

Muzycznie bogate środowisko

Muzyka to język i rządzi się takimi samymi prawami. By nasze dzieci mogły swobodnie i finezyjnie posługiwać się językiem muzyki (a może to osiągnąć każde dziecko!) musimy również zadbać o bogate środowisko muzyczne w domu, które zapewni wartościowa muzyka.

Co to jest wartościowa muzyka?

⁃różnorodność barw (a więc różnorodne instrumentarium)

⁃różnorodność stylistyczna (każdy ze stylów muzycznych to jak inny gatunek książki – rządzi się innymi prawami, a więc wnosi inną wartość)

⁃różne tonacje i skale (istnieje daleko więcej sposobów organizacji dźwięków niż tylko gama wesoła i smutna, muzyka która otacza nas w ogromnej większości utrzymana jest w tonacji durowej, czasem zdarzą się utwory molowe – te smutne – ale to wciąż tak jakby powiedzieć, że obrazy są namalowane farbami niebieskimi lub czerwonymi. A co z całą paletą pozostałych barw?)

⁃różne metra – metrum dotyczy organizacji rytmicznej. Króluje metrum „na dwa” (dwie czwarte) – czyli cały pop, discopolo, regge, hip-hop, drum and base itd itd. Czasem pojawi się trzy i wtedy myślimy: O! To walc! A gdyby chodziło o dietę, to tak jakby zdecydować się jedynie na potrawy słone lub słodkie. Wiemy, że właśnie tam gdzie smaki są nieoczywiste zaczyna się przyjemność jedzenia i choć znamy pociąg dzieci do słodyczy to jednak staramy się dawać im coś więcej prócz pączków.

Przykład wartościowej muzyki dla dzieci:

Przeciwieństwem bogatego muzycznie środowiska będzie więc muzyka, która:

  • zawsze brzmi tak samo
  • jest uboga brzmieniowo
  • jest prymitywna w formie
  • jest tylko wesoła
  • jest tylko „na dwa”

A taka niestety otacza nasze dzieci w znakomitej większości. Atakuje maluchy z radia, telewizji, bajek, plastikowych zabawek, YouTuba. Często będąc jeszcze okraszona jakąś fatalną animacją…. No właśnie!

Plastycznie bogate środowisko

A co z warstwą plastyczną? Co z książeczkami, bajkami, ilustracjami, animacjami którymi „karmimy” nasze maluchy? Tutaj rzecz ma się tak samo jak w przypadku muzyki. Zdolność dziecka do oceny estetycznej pojawia się dopiero ok. 11 roku życia, dlatego to od rodzica i opiekuna zależy jak zostanie ukształtowana. Więc i tutaj toczy się walka pomiędzy wyrazem artystycznym, a fast foodem. I tak jak w muzyce, najważniejszą cechą bogatego środowiska plastycznego jest różnorodność stylów graficznych. Dużą rolę odgrywa właściwe użycie środków wyrazu: kreski, koloru i faktury, co wpływa na uczuciowy i emocjonalny odbiór treści. Ilustrator może „bawić się” konwencjami, tworząc nieszablonowe połączenia obrazu z tekstem. Przekaz jest częściowo ukryty pozostawiając duże pole dla wyobraźni i samodzielnej interpretacji widza – może bawić i śmieszyć, ale może być także trudny i wymagający najwyższego skupienia.

Ilustracja typu „fast food” to pozbawione wartości artystycznych obrazki z książeczek dla dzieci, które można zakupić między innymi w supermarkecie. Cechuje je przede wszystkich przesadna tendencja w stronę malarstwa realistycznego ze szczególnym wskazaniem na disnejowską manierę plastyczno-tematyczną. Fast foodowe ilustracje ukierunkowane są na dosłowne przedstawianie opisanej w tekście sytuacji, nie pozostawiając miejsca na wyobraźnię. Martin Salisbury i Morag Styles, autorzy licznych publikacji na temat ilustracji i literatury dziecięcej, przypisują tego typu grafikom szkodliwy wpływ na dziecięcą wyobraźnię.

Cechy niskiej jakości „fast-foodowych” animacji/ilustracji:

– powtarzana, schematyczna konwencja,

– dosłowność (nadmierny realizm przedstawienia, jedynie imitowanie rzeczywistości,  brak metafory, symbolu, niedopowiedzenia),

– przebodźcowanie kolorystyczne i formalne (brak harmonii kolorystycznej, nagromadzenie intensywnych barw, brak niuansów kolorystycznych, subtelnych zestawień kolorów, nadmierna ilość nagromadzonych środków plastycznych niewspółgrających ze sobą)

lub przeciwnie – bardzo ubogi język plastyczny, jedynie schematyczne kształty, brak zróżnicowania struktur, form

Cechy dobrej animacji/ ilustracji:

– nowe konwencje w kolejnych animacjach (podobnie jak style muzyczne – dziecko jest otwarte na każdą konwencję przedstawienia, nie odrzuca żadnej w przeciwieństwie do dorosłego człowieka), dziecko będzie zainteresowane bardzo różnorodnymi formami – od abstrakcyjnych form po realistyczne, dlatego trzeba dbać o ich różnorodność

– minimalistyczne, geometryczne formy i zredukowane środki będą wyciszać i koncentrować uwagę na całości przedstawienia, z kolei „bogate”, złożone ilustracje będą skupiać uwagę dziecka na pojedynczych elementach, fragmentach ilustracji

– brak dosłowności, nadmiernego realizmu (np. uproszczone, geometryczne formy, które działają bezpośrednio na percepcję dziecka, jednocześnie pozwalają pracować jego wyobraźni),

– niedopowiedzenie, celowe pominięcie danego elementu (pobudza dziecięcą wyobraźnię podobnie jak w muzyce ćwiczenia wykorzystujące audiację),

– bogata gama kolorystyczna, umiejętnie wykorzystana (zarówno kontrastowe zestawienia jak i subtelne barwy, w zależności od przybranej konwencji plastycznej),

Poczucie dobrego smaku kształtuje się powoli i wymaga pielęgnowania. Nasze dzieci zasługują na bogate środowisko estetyczne.Tak samo jak zasługują na jedzenie pysznych potraw a nie tylko pączków. Nie mówiąc już o wpływie bogatego środowiska muzycznego/plastycznego/językowego czy zróżnicowanej, bogatej diety na ich rozwój!

Do powstania wpisu przyczyniła się swoją pomocą i merytoryczną wiedzą Katarzyna Feiglewicz-Peszat – artystka wizualna, Mama Antka, która prowadzi zajęcia plastyczne dla dzieci i dorosłych. Dzięki Kasiu!

P.S. Jeśli macie jakieś pytania, polecam się, piszcie!

BIBLIOGRAFIA

M. Salisbury, M. Styles, Children’s Picturebooks: The Art of Visual Storytelling, Londyn: Laurence King Publishing, 2012

A. Teodoczyk, Pomiędzy sztuką a edukacją. Ilustracja w książkach dla dzieci i młodzieży, 2014

„Dzisiaj wychowuje się dzieci inaczej”.

Niejednokrotnie w swojej krótkiej jak dotąd, matczynej karierze, stwierdzałam z zaskoczeniem, że moja wiedza na temat wychowywania, obszerniejsza jest, niż wiedza mojej własnej rodzicielki (wspaniałej matki trzech córek!).
Celowo używam tu słowa „obszerniejsza”, a nie np. „głębsza” czy „lepsza”, bo świat jakby się poszerzył i wiedzieć więcej po prostu musimy!
Smoczek: „be” czy „cacy”, wózek czy chusta, wanienka czy wiaderko, szczepić czy nie szczepić, chodzić z malcem na angielski – czy to za wcześnie/za późno/bez sensu/strata pieniędzy? A jeśli chodzić to gdzie, od kiedy, jaką metodą?
Współczesna mama więc, już nie tylko karmi, przewija, bawi się i usypia, ale bez przerwy jeszcze „robi research”. Nasi rodzice wychowywali nas, kierując się intuicją, instynktem, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, i ta formuła była w swoim czasie skuteczna, chociaż dziś moglibyśmy uznać ją za ryzykowną.
A więc „dzisiaj wychowuje się dzieci inaczej” – twierdzi Fernando Corominas w swojej książce pt. „Wychowywać dziś”. I trudno się nie zgodzić. Samą książkę przeczytałam dzięki znajomej (dziękuję Agata!) i to właśnie ta pozycja będzie „sponsorem” tego tekstu.

Z trwogą obserwuję maluszki, których plan zajęć w tygodniu jest tak przeładowany, że gdyby należał do dorosłego, uznalibyśmy go za pracoholika. Z drugiej strony skąd wiedzieć czy inwestowanie w daną aktywność, w określonym momencie życia dziecka ma, bądź nie ma sensu. Skoro jednak wychowanie jest nie tylko sztuką (gdzie reguł brak, a każda osoba jest niepowtarzalna), ale także nauką, to muszą istnieć jakieś prawidłowości, które należy poznać, zgłębić, poświęcić czas i wysiłek. I tu z pomocą przychodzą badania nad okresami sensytywnymi.

„Okres sensytywny to czas, w którym organizm jest szczególnie wrażliwy na bodźce ważne dla rozwoju określonej funkcji” (s. 27) Przykład: okres sensytywny odpowiadający chodzeniu występuje między 10 a 15 miesiącem życia dziecka. W tym czasie dziecko samo uczy się chodzić, nikt nie musi mu pokazywać, co powinno robić, bo całe jego ciało “chce” chodzić, potrzebuje tego; jedynym wymogiem jest to, by miało wzór do naśladowania, żeby widziało, jak chodzi jego matka. (s. 39)

Człowiek posiada wolę, odróżnia nas to od zwierząt i sprawia, że jesteśmy wolni i odpowiedzialni. Dzięki swojej woli jesteśmy w stanie, jeśli chcemy, kontrolować własne okresy sensytywne. Możemy sprzeciwić się wykonaniu danego działania w czasie w którym jest ono przewidziane, ale możemy też wykonać to działanie wtedy, gdy odpowiadający mu okres sensytywny już minął. Jednak wykonanie danego działania poza właściwym dla niego czasem wymaga dużo większej siły woli, musimy włożyć w nie więcej wysiłku. Bardzo trudno jest też osiągnąć taki sam wynik.

Dziecko między pierwszym a czwartym rokiem życia jest w stanie nauczyć się języka ojczystego albo kilku języków bez wysiłku, z największą naturalnością, ponieważ znajduje się w okresie sensytywnym związanym z mową. Kiedy wszystkie jego zmysły predysponują je do zdobycia tej funkcji, uczy się mimowolnie, jak w zabawie, opanowując język tak dobrze, jak jego rodzimy użytkownik. (s. 31)

Jeśli chodzi o muzykę jest to jeden z pierwszych okresów sensytywnych, wcześniejszy od nauki mowy, kiedy to całe ciało dziecka predysponowane jest do  słuchania i tworzenia muzyki. (Najpierw rozwija się słuch a potem mowa) Okres sensytywny właściwy dla muzyki rozpoczyna się 4 miesiące przed narodzeniem, w łonie matki, i trwa do drugiego lub trzeciego roku życia, przy czym podstawowe znaczenie ma pierwszych 12 miesięcy. (s. 46)

Zestawienie okresów sensytywnych:

W gąszczu różnych, często sprzecznych informacji, ta prosta tabela wydaje się być doskonałą podpowiedzią jak wybierać aktywności, które proponujemy naszym dzieciom. Nie ma sensu prowadzić dziecko na zajęcia stymulujące sferę, która naturalnie, w odpowiednim czasie rozwijać będzie się znacznie efektywniej. A może nawet nie potrzebne będą do tego zajęcia dodatkowe, jeżeli tylko rodzic będzie posiadaniu odpowiednich narzędzi do tego, by dziecko poprzez naśladowanie go uwolniło swój własny potencjał.

Rodzice często pytają mnie czy jest sens śpiewać z dzieckiem jeżeli oni sami śpiewają nieczysto. Wtedy pytam ich czy jest sens chodzić z dzieckiem jeżeli sama chodzę koślawo, albo mówić do niego jeśli mam lekką wadę wymowy.  Proste prawda?

A więc raz jeszcze:

Całe ciało dziecka “chce” chodzić/śpiewać/tańczyć/mówić i potrzebuje tego; kluczowym wymogiem jest jednak, by miało wzór do naśladowania, żeby widziało, jak chodzi/śpiewa/tańczy osoba, którą chce naśladować, która jest jego autorytetem – kochająca i opiekująca się nim.

Przyznać się chcę, że choć moja wiedza muzyczna pewnie przekracza przeciętną, będąc w ciąży kilka nocy poświęciłam czytaniu historii o tym jak to regularne słuchanie tego czy tamtego uczyniło geniuszy z dzieci różnych pań.

Ale dosyć – basta! Ilość dylematów z jakimi radzić sobie musi przyszła mama jest zbyt duża, by poświęcać czas na zastanawianie się co z tym Mozartem? Bo biedna jest ta mama gdy całe życie wcale miłością do Mozarta nie pałała, a teraz siedzi dzielnie i słucha choć godzinkę dziennie… tylko po co?

No bo właściwie jak to z tą muzyką w okresie prenatalnym naprawdę jest?

Na początek trochę danych

Okres prenatalny to czas kształtowania się receptorów muzycznych i pierwszych reakcji sensoryczno-motorycznych na muzykę.

Między 16 a 20 tygodniem życia płodowego rozwija się zmysł słuchu. W 20 tygodniu dziecko słyszy już tak, jak dorosły. Postrzegane są dźwięki o natężeniu powyżej 40 decybeli (40 dB to tyle co szmery w domu) i kształtuje się umiejętność rozpoznawania bodźców akustycznych. Dlatego właśnie uważa się, że głos matki, który słyszy maleństwo będąc w łonie, zna i rozpoznaje jeszcze przed urodzeniem.

Między 5 a 6 miesiącem ciąży płód zaczyna reagować na silne dźwięki pochodzące z otoczenia. Około 7 miesiąca odbiera już bardziej zróżnicowane bodźce akustyczne: zaobserwowano, że od 7 miesiąca ciąży dziecko motorycznie reaguje na muzykę, wykazując przy tym pierwsze preferencje, a od 8 miesiąca reaguje odmiennie na głos matki, ojca i obcych.

Dźwięki towarzyszące dziecku w okresie płodowym, pochodzą przede wszystkim od matki. Dziecko słyszy jej głos, bicie serca, ruchy ciała, pracę organów wewnętrznych. Odgłosy z zewnątrz docierające do maleństwa są przytłumione, szczególnie wysokie częstotliwości, które łagodzone zostają przez płyn owodniowy. Ciało matki działa więc trochę jak filtr niskopasmowy. Dodatkowo płyn owodniowy ułatwia przewodzenie niskich dźwięków, co w praktyce oznacza, że dzieci w okresie prenatalnym preferują barwy instrumentów o niskim rejestrze (np. wiolonczela, kontrabas, fagot) a instrumenty o wysokim rejestrze mogą być w ogóle niesłyszalne. Maleństwo przedkłada więc głos matki nad jakikolwiek inny dźwięk. Ale uwaga. Gdy mama mówi drobne różnice w spółgłoskach i samogłoskach są narażone na zniekształcenia. To ograniczenie nie dotyczy jednak dźwięków o określonej częstotliwości, dlatego ich wyrazistość przyczynia się do większego zainteresowania śpiewem matki niż jej mową. Eksperymenty wykazały, że noworodki uspokajają się podczas prezentowania im tych samych melodii, których słuchały między szóstym a ósmym (w innych badaniach dziewiątym) miesiącem ciąży. W literaturze przedmiotu znaleźć można twierdzenia, że chociaż nie odnaleziono związku między reagowaniem płodu a rozwojem muzykalności po narodzeniu, to śpiew matki oddziałuje korzystnie na rozwój psychiczny i intelektualny dziecka, w tym na inteligencję muzyczną.

Jakie płyną z tego wnioski

  • Śpiewanie maleństwu w brzuszku ma potężną przewagę nad puszczaniem mu muzyki z płyty.
  • Jeśli już mamy chęć zaprezentować dzieciątku jakieś nagranie należy pamiętać, że dziecko znacznie lepiej słyszy muzykę o niskich częstotliwościach, preferuje więc instrumenty o niskim rejestrze.
  • Mówienie czy śpiewanie nienarodzonemu dziecku przed 16 tygodniem ciąży mija się z celem.
  • Nie ma żadnych wiarygodnych przesłanek ku temu, by sądzić, że muzyka puszczana dziecku wpłynie na jego inteligencję (nie ważne czy jest to Mozart czy Black Sabbath)
  • Nie należy liczyć na to, że nasze działania zrobią z dziecka geniusza, ale
  • WARTO śpiewać maleństwu często i bez przejmowania się tekstem, czy własnym talentem muzycznym.

Moja historia

Ale, ale! Zanim do niektórych rzeczy doszłam,, kiedy po raz pierwszy byłam w ciąży, sama miałam taki pomysł, że sprawdzę na sobie i swoim dziecku tę „legendę” o tym, jak to mama słuchała czegoś całą ciążę, a potem dziecko po urodzeniu to znało/lubiło czy coś tam.
Wybrałam kilka dosyć osobliwych pozycji, które rzecz jasna miały przede wszystkim mnie sprawiać przyjemność (bo na tyle już byłam świadoma) i słuchałam je, podśpiewując przez całą ciążę. Między innymi przesłuchiwałam namiętnie utwór na chór, polskiego renesansowego (!) kompozytora – Wacława z Szamotuł, pt. Już się zmierzcha.

Posłuchacie i pewnie stwierdzicie, że „dziwny wybór” – ale wiecie – mama kompozytorka…
Do szpitala poszłam przygotowana: ze zgraną na komórkę playlistą. Nie wiem co mi się wydawało, że ta playlista ma zdziałać;) Więc leżę w szpitalu po porodzie i pamiętam taki moment w którym mój maluch płakał, a ja już nie wiedziałam o co może chodzić – przewinięty, nakarmiony – co jeszcze? A ja taka zielona, sestresowana, bez grama wiary w siebie i w to, że się nadaję. W trzeciej dobie po porodzie, z perspektywą zostania w szpitalu na tydzień, z komplikacjami, sama z dzieckiem w sali, w środku nocy z kosmiczną huśtawką hormonalną – popłakałam się rzecz jasna razem z malcem i wtedy mi się przypomniało.
Puściłam z tej komóreczki Już się zmierzcha i to się naprawdę wydarzyło. Uspokoiliśmy się! Obydwoje! Odłożyłam go do tego pudełka plastikowego (teraz wzięłabym go w objęcia u siebie w łóżku, ale wtedy wydawało mi się, że „nie wolno”🤦‍♀️zapętliłam ten utwór i tak leżeliśmy zasłuchani.
I wcale nie wiem czy to TEN utwór, czy to DLATEGO, ale wiem jedno – kiedy tak płakałam i słuchałam tego utworu to pomyślałam: „Dziewczyno! Dziewięć miesięcy nosiłaś go pod swoim sercem, Ty, nie kto inny! Myślałaś nawet o takich „pierdołach” jak ta jakich piosenek słuchać, żeby mu dobrze było! Jeśli ktoś tu jest kompetentny i gotowy, żeby się tym Skarbem zaopiekować to jesteś to Ty!” – uspokoiłam się ja, uspokoił się i on.

Utwór ten bardzo wszystkim polecam, choć z perspektywy czasu uważam, że nie jest najlepszy na czas baby bluesa.

Czego słuchaliście Wy?

Bibliografia:

M. Manturzewska, B. Kamińska, Rozwój muzyczny człowieka W: Wybrane zagadnienia z psychologii muzyki, M. Manturzewska i H. Kotarska (red.), Warszawa 1990